Świat oszalał na punkcie... kubka. Przez przypadek, który przynosi teraz gigantyczne pieniądze
Ten odcinek będzie o przybyszu z przeszłości. Konkretnie z lat 80. XX wieku, gdy królował na budowach, a jeszcze wcześniej na kempingach i amerykańskich bombowcach. Oraz oczywiście w samochodach na honorowym miejscu zaraz obok kierowcy. Ten wielki hit ostatnich miesięcy swoją popularność zawdzięcza zbiegowi okoliczności oraz TikTokowi. To właśnie tam doszło do zmartwychwstania kubka termicznego klasy monster. Od miesięcy jego sława niesie się przez świat, a popularność stała się tak wielka, że termos z rączką stał się przedmiotem poważnych opracowań marketingowych i trafił na czołówki najpoważniejszych mediów. Jak to możliwe, że nieefektowny, a dla wielu nawet obciachowy produkt, stał się przedmiotem zbiorowej obsesji i kto zarabia na niej masę pieniędzy?
Na start historia, która obiegła media społecznościowe lotem błyskawicy, podawana z rąk do rąk doczekała się setek milionów wyświetleń. To historia zdjęcia samochodu, w którym wybuchł pożar. Auto spłonęło, właścicielka nakręciła telefonem wideo, żeby uwiecznić, co z niego zostało. I się zaczęło. W zniszczonym przez ogień wnętrzu uchował się... kubek, a w kubku lód. Wideo poniosło się w świat i stało się globalnym wiralem. A prezes firmy produkującej kubki ogłosił światu, że... kupi kobiecie nowy samochód.
Kilka miesięcy później media obiegło inne zdjęcie. Opublikowała je amerykańska policja z Roseville w Kalifornii, a przedstawiało samochodowy bagażnik. Bagażnik był wypełniony plastikowymi kubkami i butelkami na wodę jednej marki. Wszystkie były kradzione, ich wartość przekraczała równowartość 10 tys. złotych. Tak, to nie jest pomyłka. Bo kubki tanie nie są, a pomimo to przed sklepowymi półkami toczą się o nie prawdziwe bitwy. Coś na kształt polskich potyczek o klapki Kubota w sklepach popularnej sieci dyskontów.
Skąd absurdalna popularność kubków?
Po pierwsze: amerykańska tradycja. Firma powstała ponad 100 lat temu, sławę zyskała dzięki termosom, ich wyjątkowość w poprzednim wieku polegała na konstrukcji: dwie warstwy stali nierdzewnej a pomiędzy nimi nic, czyli próżnia. W 1918 roku termosy Stanleya reklamowano jako niezniszczalne. Dlatego szczególnie popularne stały się tam, gdzie mogła im się stać estetyczna krzywda, czyli na przykład na budowach. Ale latały też z pilotami bombowców w czasie drugiej wojny światowej, wszystkie w tym samym firmowym kolorze przygaszonej leśnej zieleni.
Po drugie: świadome wykorzystanie trendu, Stanley wyszedł z brudnej zieleni do jasnych pastelowych kolorów, poszerzył klientelę o... kobiety. Zwłaszcza te, które chcą się trzymać zdrowo. I zawsze mieć przy sobie świeżą, chłodną wodę.
Po trzecie: ekologia, coraz więcej osób, zamiast kupować wodę w jednorazowych plastikowych butelkach, sięga po naczynia wielorazowego użytku, zwłaszcza gdy tak jak Stanley Cup utrzymują temperaturę chłodnych napojów przez 11 godzin, a jeśli dodatkowo użyje się lodu, aż przez dwa dni. Kawa ma być w tym kubku gorąca przez osiem godzin, czyli akurat tyle ile średnio wynosi dzień pracy. Oraz wygoda. Kubek mieści się w niemal każdym samochodowym uchwycie na napoje, można go myć w zmywarce, jest dla praworęcznych i leworęcznych, można go używać z rurką lub bez. Ma też dożywotnią gwarancję, No i odpowiada na najważniejszą z potrzeb. Potrzebę posiadania rzeczy ładnych. W tym konkretnym przypadku mniej chodzi o kształt, bardziej o kolor. Bo firma systematycznie wypuszcza na rynek nowe kolekcje w najpiękniejszych barwach świata. Które kojarzą się przede wszystkim z czymś przepysznym.
Po czwarte: media społecznościowe, a konkretnie TikTok. W ciągu kilku ostatnich miesięcy publikacje z kubkami na wynos miały prawie miliard wyświetleń, hasztag z nazwą produktu pojawił się ponad 8 mld razy, kubek był fotografowany pod niemal każdą szerokością geograficzną, a dla amerykańskich nastolatek stał się jednym z najbardziej pożądanych prezentów gwiazdkowych.
I po piąte: być może najważniejsze, na czele firmy produkującej termosy z rączką i gumową słomką, bo tak wygląda słynny Stanley Quencher, stoi ten sam człowiek, który uczynił pospolite crocsy towarem kolekcjonerskim z cenami sięgającymi kilku tysięcy dolarów za parę z limitowanej serii. To za jego sprawą w crocsach fotografowały się największe światowe gwiazdy jak Justin Bieber i przechadzały się w nich modelki na największych pokazach światowej mody w Paryżu i Londynie. Z krindżowych (krindż = obciach) plastikowych chodaków, noszonych do spodni od piżamy, stały się przedmiotem pożądania nastolatków.
Zimowa herbata będzie droższa. Kawa i owoce też. Problem leży na Morzu Czerwonym
Kubek Stanley hitem hitów
Dzisiaj kubki Stanley są torebkami Birkin wśród pojemników na wodę codziennego użytku, sprzedawane są w limitowanych seriach, o serię walentynkową w kolorze fuksji właśnie toczą się w sklepach zacięte boje. Na dodatek firma nie reklamuje swoich produktów, bo... nie musi. Nie obniża też cen, kubka Stanleya nie uświadczysz na żadnej wyprzedaży. Za to pojedyncze sztuki z krótkich serii kosztują 300 dolarów i więcej. Firma zaś w ciągu czterech lat swój zysk pomnożyła przez dziesięć. I z dolnej sklepowej półki, gdzie smutne zielone termosy stały zaraz obok zakurzonej tuby z piłkami do tenisa, trafiła na najbardziej widoczne miejsce.
Historia światowego sukcesu litrowego kubka nie jest więc historią przypadku. Podobnie jak historia skórzanych klapków niemieckiej marki Birckenstock, niebywałej popularności koloru różowego Barbiecore, torebek nerek z nylonu, czy francuskich żeliwnych naczyń z pokrywką marki Creusset. Na punkcie których świat oszalał w czasie pandemii, gdy postanowił piec domowy chleb na zakwasie. Wszystko za sprawą mediów społecznościowych, a właściwie jednego z nich, które rządzi zbiorową wyobraźnią. I zarabia. Dał swoich chińskich właścicieli pieniądze, o których filozofom się nie śniło.