"Pojawiły się pomysły, żeby iść z koktajlami Mołotowa na biura PiS". "Festiwal nienawiści" i śmierć Adamowicza [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższe fragmenty pochodzą z książki 'Pusty gabinet. Paweł Adamowicz: prezydent, szef, przyjaciel' autorstwa Antoniego Pawlaka. Książkę wydaną nakładem Wydawnictwa WiMBP w Gdańsku, możesz kupić tutaj.
Rozpętał się prawdziwy festiwal nienawiści. Media publiczne prześcigały się w opluwaniu Pawła. W oskarżaniu go o wszystkie możliwe grzechy i przestępstwa. Był według nich złodziejem, kombinatorem, łapówkarzem, oszustem, sprzedajnym politykiem, współodpowiedzialnym za aferę Amber Gold i tak dalej. Właściwie nie bardzo można było znaleźć coś, o co go nie oskarżano. A on sprawiał wrażenie, jakby to go nie dotyczyło.
Któregoś dnia spojrzał na mnie z uśmiechem. - Wiesz, do tej pory nie oskarżyli mnie chyba tylko o nekrofilię. No chyba, że o czymś jeszcze nie wiem - powiedział.
Bardzo się o niego niepokoiłem. Nie wierzyłem, że to wszystko, to całe g**no, jakie na niego wylewano, mogło po nim spływać jak woda po kaczce. - Jak sobie z tym wszystkim radzisz? - zapytałem.
- Polityk powinien mieć skórę twardszą niż hipopotam - odpowiedział nieomal radośnie. - Olewam to, ignoruję. Atakują mnie, atakują, a potem im przejdzie i znajdą sobie następnego kandydata na ofiarę samosądu publicznego. Naprawdę nie ma się czym przejmować.
- Nie kłam, Paweł. Proszę cię, nie kłam. Zbyt dobrze się znamy, żebym w to uwierzył. Na zewnątrz faktycznie nie dajesz nic po sobie poznać. Ale, jestem o tym przekonany, tam gdzieś w środku na pewno się gotujesz.
- Masz rację - westchnął po chwili z rezygnacją. - To mnie rzeczywiście wiele kosztuje. Zbyt wiele. Stałem się drażliwy, nie śpię po nocach... Zapadam tylko w krótkie drzemki. A wtedy mam koszmary, które mnie rozbudzają. Wczoraj przyśniło mi się, że funkcjonariusze CBA wyprowadzają mnie z gabinetu. W kajdankach. Prowadzą przez sekretariat, przez korytarze urzędu. Wszędzie pełno ludzi, urzędników, sekretarek, interesantów, dziennikarzy. I wszyscy… Wszyscy są odwróceni, wszyscy udają, że nic nie widzą. Ty też, Antek, ty też. Jestem sam. Jestem otoczony samotnością i obojętnością… Przestaję być Pawłem Adamowiczem. Staję się Pawłem A. Staję się człowiekiem, którego twarz na prasowych zdjęciach musi być zapikslowana. Zabrali mi nie tylko życie, zabrali mi także sny.
Sięgnął po szklankę z wodą.
- Ale tak naprawdę niepokoję się nie tyle o siebie, co o moich najbliższych. Jak oni dają siebie z tym radę. Na przykład moi rodzice, którzy kilka razy dziennie słyszą z telewizora, że ich syn, którego starali się wychować na porządnego człowieka, jest pospolitym złodziejem, kryminalistą. Albo Magda. Albo córki. Tereska jest jeszcze mała, więc pewnie niewiele z tego do niej dociera. Ale Tunia już dużo kuma. Jak oni to wszystko znoszą? I myślę, że jest im ciężko. O wiele ciężej niż mnie.
***
Trzynastego stycznia wieczorem siedziałem w domu. Nagle zawoniła Anna. Zadzwoniła z Warszawy, z jakiegoś studia radiowego, gdzie miała występować jako ekspert od edukacji.
- Był zamach na Adamowicza. Podczas odpalania Światełka do Nieba - powiedziała.
- Posłuchaj - odpowiedziałem wkurzony na maksa. - To naprawdę nie jest najlepszy żart…
- Nie żartuję. Włącz telewizor.
Włączyłem TVN24. Na ekranie zobaczyłem uśmiechniętą twarz Pawła. Stał, w ręku trzymał mikrofon. Mówił: 'Gdańsk jest szczodry, Gdańsk dzieli się dobrem, Gdańsk chce być miastem solidarności. Za to wszystko wam serdecznie dziękuję, bo na ulicach, placach Gdańska wrzucaliście pieniądze, byliście wolontariuszami. To jest cudowny czas dzielenia się dobrem. Jesteście kochani. Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie. Dziękuję wam!'
Po tych słowach jakiś młody człowiek podskoczył do niego i zaatakował nożem. Na scenie. Na oczach tłumu. Na oczach telewizyjnych kamer. Widziała to cała Polska. Adamowicza w stanie ciężkim odwieziono do szpitala. Trzy groźne rany. Walczy o życie. Z tego, co słyszę, nie jest to łatwa walka. Kiedy zaszokowany oglądałem to po raz enty, zadzwonił telefon. To Edek Krzemień, kolega jeszcze z czasów pracy w 'Gazecie Wyborczej'. Powiedział: 'Napisz dla nas, dla OKO.press coś o Pawle Adamowiczu. Przez lata byłeś jego rzecznikiem i z tego, co wiem, byłeś z nim blisko. Napisz, jaki tak naprawdę jest'.
Atak nożownika stał się naturalnym pretekstem do takich pytań. Siadłem nad laptopem i zacząłem pisać. Czułem ulgę, że mam coś konkretnego do zrobienia. Że nie jestem skazany na to, by długo w noc siedzieć wpatrzony w ścianę, pogrążony w nadziei, że jednak przeżyje.
Byłem z nim na stole operacyjnym, choć siedziałem w swojej maleńkiej kuchni i próbowałem sklecić tych kilka akapitów o nim. I cały czas obawiałem się, że mój tekst będzie zbyt łzawy i zbyt sentymentalny.
Ale przede wszystkim pilnowałem się, by pisać 'jest', a nie 'był'. Takie małe zaklinanie rzeczywistości. Taka prośba, by Bóg cofnął swój wyrok. By się choć raz zlitował. Modlitwa do kogoś, kogo nie ma. A jeżeli nawet jest, to i tak ma nas wszystkich gdzieś.
Tekst zakończyłem sentymentalnym wołaniem do leżącego w szpitalu Pawła: 'Jak wiesz, nie umiem się modlić. Ale jeśli w tej trudnej sytuacji może ci pomóc modlitwa niewierzącego, to wiedz, że modlę się za twój powrót do nas'.
Dzień ostatni był jak dzień pierwszy. To znów przede wszystkim pustka. Pustka urzędowych korytarzy. Choć nie była to ani sobota, ani niedziela. To był poniedziałek, czternastego stycznia 2019 roku. Po tych pustych korytarzach z rzadka ktoś przemykał. W udawanym pośpiechu, z alibi urzędowych dokumentów w dłoniach, ze śladami łez na policzkach.
Później, już po południu, na drzwiach urzędniczych pokoi nieśmiało zaczęły się pojawiać zdjęcia prezydenta, przekreślone ostrym cięciem kiru. Na trzecim piętrze pusty, osierocony i zamknięty gabinet, do którego nikt nie wchodzi. Przed drzwiami jak graniczny szlaban - portret Pawła na sztalugach i wazon z kwiatami.
Długie miesiące bałem się dnia, kiedy będę musiał do tego gabinetu wejść.
Co chwila dzwonił do mnie któryś z zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opowiadając, czego się dowiedział ze szpitalnych przecieków. Z tego, co mówili, wynikało, że nie jest dobrze, że on umiera. Gdzieś w środku spodziewałem się tego. Ale wypierałem tę wiedzę, zaklinałem rzeczywistość. Jakbym wierzył w to, że jak nie dopuszczę do siebie myśli o jego śmierci, to on nie umrze.
Dzwonili dziennikarze z całej Polski. Lata rzecznikowania u Pawła, lata współpracy z nimi zrodziły więź bardzo czasami osobistą. Dzwonili, by mnie pocieszyć, by powiedzieć, że są ze mną w tych trudnych chwilach, żebym się trzymał.
I często powtarzali to, co jako pierwszy powiedział mi tego dnia Rafał Kalukin z 'Polityki'. - Antek, zdajesz sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna, prawda? Ale jestem przekonany, że po tym, co się zdarzyło, pewne rzeczy nie będą już możliwe. Już nie wrócą ta koszmarna nienawiść, te publiczne pomówienia, to rozrabianie człowieka.
Nie miałem takiej nadziei. Zbyt dobrze tkwiła mi w pamięci histeria pojednania, która wybuchła po śmierci Jana Pawła II. To wszechogarniające bratanie się. To przekonanie, że teraz już będzie, że musi być inaczej. To 'inaczej' trwało kilka dni. Tylko na tyle wystarczyło nam pary. Potem wszystko wróciło do naszej polskiej normy. Do nienawiści.
Niby dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Zszedłem na drugie piętro do gabinetu szefowej kultury. Siedziało tam kilkoro przyjaciół. Siedzieli, milczeli i płakali. Dla wszystkich było jasne, że Paweł umrze. Może dziś, może jutro, ale umrze. Siadłem z nimi.
Po kolejnych kwadransach milczenia jedna z koleżanek jakby się obudziła. - Słuchajcie, nie ma co tutaj siedzieć - powiedziała szeptem. - Pojedźmy do mnie. Napijemy się wina, pogadamy o Pawle.
Pojechali. Nie zabrałem się z nimi. Nie potrafię śmierci kogoś bliskiego przeżywać w gromadzie. W takich chwilach muszę być sam. Wsiadłem w samochód i pojechałem do domu.
Gdzieś po czternastej, w połowie drogi, zadzwonił telefon. - Panie rzeczniku - odezwał się męski głos. Od dawna nie byłem już rzecznikiem, ale wciąż tak się do mnie zwracano. - Panie rzeczniku… Pan prezydent przed chwilą umarł…
I w słuchawce rozległ się wielki, długi szloch.
A więc stało się - pomyślałem. Stało się to, czego się spodziewałem. Stało się nieuchronne. Spodziewałem się tego, ale wiadomość była jak cios prosto w serce.
W przeddzień śmierci Pawła koło dziewiątej wieczorem działacze Komitetu Obrony Demokracji zaproponowali, by w poniedziałek na Długim Targu odbyło się czuwanie w jego intencji. Pomysł zrodził się z pragnienia zamanifestowania solidarności z prezydentem, z nadziei, że do nas wróci.
Była jeszcze druga intencja tego czuwania. Na wieść o zamachu w środowisku KOD wybuchały niekontrolowane emocje, rósł gniew. Ludzie zaczęli licytować się na radykalne pomysły. Wściekłość, gniew i ból przesłoniły trzeźwe myślenie. Emocje górowały nad rozsądkiem. Pojawiły się pomysły, by iść z koktajlami Mołotowa na biura PiS-u albo zwołać pod szpital tłumy.
Pomysł czuwania miał spacyfikować te radykalne zamiary. Radek Szumełda, szef gdańskiego KOD, obawiał się, że te skrajne pomysły grożą utratą kontroli nad wydarzeniami i mogłyby doprowadzić do kolejnej tragedii. Pomyślał, że trzeba zrobić coś pozytywnego dla Pawła. Zaproponował zatem ten wiec-czuwanie (...).
Stałem w tym wielkim tłumie. Widziałem setki płaczących. Płakali także ci, o których wiedziałem, że są (a od kilku godzin byli) przeciwnikami Adamowicza. Widziałem ludzi padających sobie w ramiona. Jakby czuli potrzebę przytulenia się, potrzebę fizycznej bliskości. (...)
Nieprzebrane tłumy zjawiły się też na jego pogrzebie w Bazylice Mariackiej.
- Jeśli prawdą jest, że pamięć jest nieśmiertelnością - mówiła nad urną zamordowanego męża Magda - to z nami Paweł będzie zawsze. Wierzę, że zostaniesz oczyszczony ze wszystkich pomówień. Ty uczyłeś otwartości, miłości, empatii, zachęcałeś do czynienia dobra - tu, w małej ojczyźnie, w Gdańsku. Wierzę w to, że to dobro rozleje się dalej, na inne miasta, cały świat. Że podziały zaczną się zacierać…
Wtedy chyba wszystkim się wydawało, że stała się rzecz tak straszna, że to nieszczęście pojedna ludzi. Że po zamordowaniu Pawła Adamowicza nie będzie powrotu do języka nienawiści, bo oto mieliśmy dowód wprost, do czego ten język może doprowadzić. Ale były to tylko naiwne marzenia, pobożne życzenia. Język nienawiści powrócił. Ze zdwojoną siłą. I ma się w Polsce bardzo dobrze.