,
Obserwuj
Kultura

Miastowi zazdrościli ludziom z PGR-ów. A potem przyszła "terapia szokowa" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

7 min. czytania
09.06.2024 12:58
"Ci z pegeerów, myślą ci z miast i wsi, dostali wszystko. I dlatego zadzierali wysoko nosy. A jak walnęło, to wszystko potracili. Wyszli z biedy i bieda znów na nich spadła" - pisze Bartosz Panek w reportażu "Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach".
|
|
fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki 'Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach' autorstwa Bartosza Panka, wydanej 25 maja 2024 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Ludzie wyrabiali sobie opinię, patrząc na szczegóły. Im bardziej zazdrościli, tym więcej ich zapamiętywali (i tym bardziej jednoznaczne wydawali sądy).

Ci w miastach nie rozumieli, dlaczego półroczne zarobki kolejowe albo nauczycielskie były takie same jak premie w kombinacie. Zazdrościli dodatków do pensji, wyższych niż sama pensja, i kupowanych za nie firanek (co roku) i mebli (co drugi rok). Zazdrościli, że jak w pegeerowskim mieszkaniu odkleją się płytki PCV, to przychodzi brygada i rozwija nowiutką wykładzinę. A to przecież dworusy, nawet nie chłopskie dzieci, tylko teraz najmują się do pracy na państwowym, a nie u dziedzica. Zazdrościli żłobków w każdej kombinackiej wsi, bo kraj bardziej potrzebował rąk pracowników pegeerów niż rąk robotnika i inteligenta. Zazdrościli, że jak trzeba wykarmić dwanaścioro ludzi, to niczego im nie zabraknie. I jeszcze dyrektora dobrego jak ojciec. Taki dyrektor załatwi w szpitalu pilną operację, pomoże wybrać dywan do nowego mieszkania, a w Wigilię przyjedzie z opłatkiem do obory.

'Żarnobyl'. Dlaczego w Polsce nie udało się wybudować elektrowni jądrowej w Żarnowcu? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Dziś też zazdroszczą. Dyrektorka przedszkola ma dwa i pół tysiąca emerytury, a traktorzysta z pegeeru prawie cztery.

W Głubczycach pamiętają, że ich medalowy kombinat, czempion do samego końca - w 1988 roku osiągnął trzeci wynik w kraju - miał własne stacje meteorologiczne i komputery z ELWRO, a zakładowa syrena bosto dowoziła obiad robotnikom polowym. Pamiętają ubraną w biały kożuszek zootechniczkę, która po oborze chodziła z parasolką i podnosiła nią ogonki jałówkom. Zaglądała, czy jest czysto.

W Śremie opowiadają o Koguciku z Manieczek, pawilonie drobiarskim (taki szyld wisiał nad drzwiami), w którym jadło się kurczaki z rożna. W soboty i niedziele zjeżdżało tam na obiad pół Poznania. Niektórzy brali na wynos i jedli w dworskim parku albo w lesie za szkołą.

Wspomina się bąble wyskakujące na skórze od oprysków z samolotu. Pamięta woń niedomytych dzieci. Powtarza się opowieści o bimbrze pędzonym w chlewiku i wypitych facetach, których żony wyganiały na noc do komórki na kartofle.

Ale to jakby mniej ważne. Na wierzch wyłazi zazdrość, że ci z pegeerów na chwilę awansowali. Bo wszyscyśmy wyszli z tej samej nędzy - dzieci i wnuki biedniaków, ratajów i fornali. W miastach jest nas solidna brygada.

Na wsi, tu gdzie przed wojną były Niemcy, prawie nikt nie ma ziemi po dziadku. Niemal wszyscy dostali z reformy. A i tam, gdzie przed wojną była Polska, tej ziemi wiele nie było. Co jednak gospodarz, to gospodarz. Gospodarze siedzą na swoim hektarku i podpatrują tych z pegeeru. Widzą zagnojonych parobków. Dworusy, pegeerusy - tak o nich myślą. Oni są wielodzietni, my tylko małorolni. Oni najmują się do krów, nam władza podnosi podatki. Ty z pegeeru, a studia skończyłaś, słyszy niejedna synowa przy niedzielnym rosole w Małopolsce, na Mazowszu, na Kujawach. Na starych chłopskich ziemiach.

W Starym Lublińcu na Podkarpaciu funkcjonowało określenie "burki pegeerowskie". Czy można dowalić bardziej? Małgorzata Łachowska, która spędziła dzieciństwo w dawnym pegeerowskim bloku, ale w otoczeniu gospodarstw indywidualnych, wspomina, że tak się nie mówiło ani na bezrobotnych, ani na ludzi, którzy się odnaleźli po upadku kombinatu, ale na dzieci. I to dzieci przezywały dzieci.

Gospodarzy skręca, bo ich ojcowie musieli oddawać państwu szarwark, a pegeerus przyszedł na gotowe. Dostał trzynastkę, cztery pokoje w bloku i ciepło z centralnego. A u nas zapieprz, świątek piątek trzeba w polu robić.

Jednego pegeerus nie odbierze gospodarzom: swojego. Choćby to było pół hektara piątej klasy. Zawsze to lepiej niż najmować się do krów i do żyta.

Ci z pegeerów, myślą ci z miast i wsi, dostali wszystko. I dlatego zadzierali wysoko nosy. A jak walnęło, to wszystko potracili. Wyszli z biedy i bieda znów na nich spadła.

Nowa Polska zrywa z polityką pełnego zatrudnienia. Pracy jest tyle, ile potrzebuje wolny rynek. W pierwszych latach po okrągłym stole zwalniają nie tylko upadające fabryki. Zwalnia również budżetówka. Dochodzi do "redukcji przerostów zatrudnienia" o ponad dwa miliony etatów.

Patrzę na mapy z początku i połowy 1992 roku. W kilku miejscach czarne plamy rozlewającego się bezrobocia. Z koszalińskiego i słupskiego nacieka na pilskie, z suwalskiego i olsztyńskiego na elbląskie i ciechanowskie, i dalej - na włocławskie, płockie i łódzkie. Czarna plama jest w wałbrzyskim. Czarna plama oznacza, że stopa bezrobocia przekracza osiemnaście procent.

Nałożyło się na to bagatelizowanie bezrobocia. Sondaż z początku 1990 roku przynosi informację, że siedemdziesiąt jeden procent ankietowanych godzi się ze zwolnieniami "nieefektywnych pracowników". W takim samym stopniu społeczeństwo akceptowało upadłość nierentownych przedsiębiorstw. Nowa władza widziała aprobatę dla bezrobocia i nikt - co wiemy po latach - nie doszacował jego skutków. Wtedy myślało się o nim jako o przejściowych kłopotach, chwilowych niedogodnościach. Jak o grypie. 

Bartosza Panka 'Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach', Wydawnictwo 'Czarne'
Bartosza Panka 'Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach', Wydawnictwo 'Czarne'
materiał y prasowe

Powszechność bezrobocia zaskakiwała wszystkich. Nikt nie przygotował się na taką jego skalę. Ani państwo, które sądziło, że pracownicy upadających pegeerów zahaczą się w miastach i przyjmą każde niskopłatne stanowisko. Ani ludzie pozbawieni pracy, którzy podpisując wypowiedzenia, zaczęli rozumieć, na czym polega terapia szokowa.

- Czy dało się inaczej? - pytam byłego ministra rolnictwa Jacka Janiszewskiego.

- Oczywiście! Ale trzeba brać pod uwagę kontekst. Początek lat dziewięćdziesiątych to była rewolucja. W każdej wojnie i każdej rewolucji jakieś pokolenie coś traci. Ludzie nie byli gotowi na tę rewolucję. A wtedy ryzykowało się wszystko.

- Naprawdę nie się nie dało? - pytam Adama Tańskiego, który w 1991 roku był ministrem rolnictwa, a potem przez dziesięć lat szefował Agencji Własności Rolnej.

- Gospodarstwo można było teoretycznie przekształcić w spółkę. Ale sądy nie chciały rejestrować spółek, które nie gwarantowały wypłacalności. Większości, przy zderzeniu z rynkiem, zagrażała upadłość. Spółki miały być etapem przejściowym, prowadzącym do komercjalizacji i prywatyzacji.

Wydawało się, że w pegeerach ten model nie przejdzie, bo pracownicy nie byli nim zainteresowani. Mieli po prostu skąpe zasoby.

- To znaczy, że pegeery upadły zbyt szybko i nagle?

- Przeciwnie. To wszystko było spóźnione. Na początku do wyników wliczało się zapasy według cen urzędowych. Rynek zweryfikował te wyceny, więc część zysków była papierowa. Załogom wydawało się, że mają prawo do premii. Część dyrektorów uległa presji i finansowała premie kredytami, wskutek czego wzrosło zadłużenie. Kiedy okazało się, że dwie trzecie pegeerów ma kłopoty ze spłatą kredytu i grozi im upadłość, musieliśmy działać. Bo wtedy groziła nam masowa upadłość w rolnictwie.

- Byli pracownicy pegeerów pytają czasem, czy nie dało się anulować tych długów.

- Kraj sam miał długi w bankach państwowych. Był niewydolny, nie obsługiwał wcześniejszych zobowiązań. Można było powiększać deficyt albo przenieść długi do budżetu. Ale wzrosłaby inflacja i spotęgowałby się chaos.

W byłych pegeerach ludzie widzą to inaczej: wcześniej państwo chroniło, a teraz zachowuje się tak, jakby wymierzało karę. Ale blok na skraju pola nie jest miejscem posiadania racji.

Dramat na polach i w sadach. 'To nie były przymrozki, tylko prawdziwe mrozy'

Teczkę z wycinkami prasowymi o pegeerach, studiuję w Archiwum Akt Nowych przez dwa dni. W latach siedemdziesiątych trudno znaleźć miesiąc bez doniesień o sukcesach państwowego rolnictwa. Aktualności z pegeerów dostawały miejsce na jedynkach "Trybuny Ludu" i "Sztandaru Młodych" oraz gazet wojewódzkich. Partyjna prasa podsycała zainteresowanie rolnictwem uspołecznionym. Wspierała pegeery w kontrze do wsi chłopskiej, przedstawianej najczęściej jako niesocjalistyczny anachronizm i symbol zacofania, licząc, że ten wizerunek utrwali się wśród czytelników miejskich.

To napięcie uchwycił popularny serial telewizyjny "Daleko od szosy". Leszek, główny bohater siedmioodcinkowej produkcji, porzuca rodzinne gospodarstwo, w którym nie potrafi się odnaleźć, i rozpoczyna życie w Łodzi. Tam kończy szkołę, dostaje pracę, a przede wszystkim - znajduje miłość. Ale matka Ani, jego ukochanej, nie akceptuje chłopaka ze wsi.

Po przełomie okrągłostołowym zainteresowanie mediów skupiło się na ludziach biznesu, przedsiębiorcach, prezesach i menedżerach, na tych, którzy wprowadzali do Polski nowinki z zagranicy, lansowali mody i innowacje. Wieś, a z nią osiedla popegeerowskie, stała się nie tylko obciachowa, ale też biedna i nierokująca.

Tyle że pegeerowcy nie mieścili się w dychotomii miasto-wieś, rolnik-robotnik. Nie należeli ani do jednych, ani do drugich. Byli pomiędzy, z boku, na marginesie. Czyli nigdzie.

'Osiedle, którego Włocławek się wyrzekł'. 'Jeśli o czymś myślę, to o ucieczce z tego miejsca' [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Długie jest trwanie stereotypu niezaradnego, roszczeniowego pegeerowca. Raz przyklejona łatka nie chce odpaść, a i nikt nie potrafi jej zdrapać. Jakby społeczna wiedza i wrażliwość w tej konkretnej sprawie na lata zredukowała się do powtarzanych algorytmicznie prostych obrazków.

Świadczy o tym konstrukcja artykułu w "Dzienniku Polskim" już z 2000 roku. "Ukraść nie ma gdzie, bo wszystko biedne" - mówi w nim dziennikarzowi sołtys wsi Białowice między Żaganiem a Zieloną Górą. Tekst kończy się wspomnieniami o piciu wódki z milicjantami i flaszkach opróżnianych na pierwszej zmianie. Czasem kończyło się to upadkiem do rowu - razem z traktorem. Jeden ze zwolnionych traktorzystów zapewnia przy tym, że bardzo lubił swoją pracę.

Socjolożka Beata Łaciak przeanalizowała popularne seriale telewizyjne z pierwszych lat XXI wieku. W Plebanii byli pracownicy pegeeru dewastują sprzęt w ośrodku wczasowym, choć mogliby pracować u nowego właściciela przy remoncie obiektu. To rodzaj szantażu na inwestorze: przestaną niszczyć, jeśli przyjmie ich do spółki. Jest jasne, że w tej sytuacji wybierają destrukcję, bo żaden przedsiębiorca nie zgodzi się na taki układ.

Jeśli coś pozytywnego się przytrafia bezrobotnym z upadłego pegeeru, to nigdy dzięki ich własnym staraniom, lecz zrządzeniem losu, za sprawą siły zewnętrznej czy hojnego współczującego mecenasa. Beata Łaciak zauważa, że "bezrobotna rodzina z upadłego PGR-u zakłada sklep, bo żona lokalnego biznesmena niespodziewanie odwdzięcza się gotówką za obronę przed rosyjskim bandytą". Zasadniczo jednak mieszkańcy osiedli popegeerowskich to bohaterowie bierni, których jedynym zajęciem jest niezmienne sączenie taniego wina.

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>