Przywrócili słuch 140 dzieciom. "Nigdy nie usłyszałyby tego, co się dzieje wokół"
- Udało nam się pomóc wielu dzieciom, które bez aparatów nigdy nie usłyszałyby tego, co się dzieje wokół. Mamy poczucie, że nasza praca odmieniła życie wielu osób - przyznaje profesor Dorota Hojan-Jezierska z zakładu protetyki słuchu Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.
Wolontariusze fundacji Redemptoris Missio, która zorganizowała wyprawę na Madagaskar, przyznają, że warunki pracy były trudne. Nie chodzi tu jednak o wysokie temperatury, lecz ciągłe przerwy w dostawach prądu i wody, i inne okoliczności, w których przyszło im pracować. - Pracowaliśmy w szkole otoczonej wysokim murem od okolicznych slumsów. Choć samo ogrodzenie wyglądało bardzo poważnie, to drzwi do szkoły i tak dokładnie ryglowano każdego wieczoru. Byliśmy skazani na siebie przez wiele dni, wręcz skoszarowani w tej szkole z uwagi na niebezpieczną sytuację wokół. To też było dla nas spore wyzwanie - wyjaśnia Michał Tomczak.
Wrócą do Afryki. Będą pomagali dalej
Diagnozowanie jednego dziecka trwało od kilkunastu minut do godziny. Osoby, którym udzielano pomocy, miały często pierwszy raz w życiu kontakt z lekarzami. - Najtrudniejsze było diagnozowanie dzieci, które poza ubytkami lub utratą słuchu, miały jeszcze inne schorzenia lub choroby, choćby spektrum autyzmu. To było dla nas duże wyzwanie - wspomina prof. Hojan-Jezierska.
Jako pierwsze diagnozowane były dzieci z sierocińca, z których większość nie miała poważnych problemów ze słuchem. Większym wyzwaniem była wizyta w szkole dla głuchoniemych, gdzie uczęszczały dzieci z dużymi ubytkami słuchu albo zupełnie niesłyszące.
- W pewnym momencie sądziliśmy, że zepsuł nam się sprzęt do badań obiektywnych, który sprawdzaliśmy na sobie. Nie wszystkim dzieciom udało nam się pomóc, ale naprawdę wiele z nich dostało od nas urządzenia. Było to też słychać, bo z dnia na dzień szkoła robiła się coraz głośniejsza - tłumaczy dr Olgierd Stieler.
Szkoła na Madagaskarze otrzymała zapas baterii i części do aparatów słuchowych na wypadek awarii czy usterek, który ma wystarczyć na dwa lata. Protetycy z poznańskiej uczelni deklarują, że są w stanie wysłać też dla konkretnej osoby nowy, zaprogramowany już aparat. W obsłudze urządzeń przeszkolono też okolicznego laryngologa.
Ekipa z Polski nie wykorzystała wszystkich aparatów. Zespół przywiózł do kraju ponad 300 urządzeń, ale już planuje kolejny wyjazd do Afryki. Bardzo prawdopodobne, że zespół znów poleci do Gambii.