Polak w "kongijskim piekle". "Zapomniałem, że jestem człowiekiem"
"Kiedy mnie zauważali, pokazywali sobie palcami, a potem wybuchali śmiechem, gwizdali, wiwatowali. Centrum Kinszasy poruszały się tłumy ludzi, szybko stałem się w nim główną atrakcją. W pewnym momencie grupa kilkudziesięciu osób zaczęła biec za pikapem, wyszydzali mnie, krzyczeli coś do mnie wściekle, niektórzy wygrażali mi, machając scyzorykami albo nożami. Czułem się kompletnie obdarty z godności, poniżyli mnie, zrobili ze mnie małpę przed całym miastem. Nie wytrzymałem, schowałem głowę między kolanami i zacząłem płakać." Publikujemy fragment reportażu Jarosława Kocemby i Mariusza Majewskiego pt. "Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Jarosława Kocemby i Mariusza Majewskiego pt. "Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa", która ukaże się 22 kwietnia 2026 roku nakładem Wydawnictwa Harde.
(...) Zaczęło się przesłuchanie. Oficer nie prowadził żadnych gierek, zadawał rzeczowe pytania, które ze zrozumiałych dla mnie powodów musiały paść. Między innymi: po co przyjechałem do DRK, jak długo miałem tam zostać, gdzie chciałem pojechać, co chciałem zobaczyć, czy kogoś znam w Gomie, w Rwandzie i tym podobne. Nie dziwił się, jak jego poprzednicy, gdy słyszał moje tłumaczenie o byciu podróżnikiem i o chęci dotarcia do miejsc, w których wcześniej nie byłem. W ogóle niczemu się nie dziwił, mało tego, sprawiał wrażenie, jakby go cała moja sprawa nic nie obchodziła, notował tylko moje przetłumaczone odpowiedzi i rzadko kiedy nawet na mnie spoglądał. Na koniec przesłuchania to ja zwróciłem się jednak do niego:
- Jestem niewinny, zdaje pan sobie z tego sprawę?
Po raz pierwszy mi się przyjrzał.
- Pana sprawa jest bardzo trudna, niech mi pan wierzy, naprawdę szalenie trudna - stwierdził.
- Jak to? Chociaż jestem niewinny?
Tłumacz wydawał się rozbawiony tym, co mówię, ale przekazywał moje pytania.
- Panie Marius, wysoko postawione osoby w naszym kraju podejrzewają pana o szpiegostwo. O szpiegostwo na rzecz Rwandy, z którą toczymy wojnę. Rozumie pan, w jak trudnej sytuacji się znalazł?
- No dobrze, ale przecież składam wyjaśnienia, a z nich jasno wynika, jak absurdalne są te podejrzenia. Przecież pan to wie.
- To nie takie proste. W czasie wojny nic nie jest proste. Może mi pan wierzyć. Niestety, na razie będzie pan musiał zostać w więzieniu.
- Jezu, ale na jak długo? Kiedy to wszystko wreszcie się skończy?
- Nie wiem, ale proszę nie liczyć, że szybko. Tak jak mówiłem, sprawa jest śmiertelnie poważna.
Załamały mnie te słowa. Przez chwilę nie byłem w stanie z siebie nic wydusić.
- Błagam pana, błagam - wymamrotałem w końcu łamiącym się głosem. - Niech mnie pan przynajmniej nie odsyła z powrotem do tego samego więzienia. Nie przeżyję tam. Nie ma pan pojęcia, jak tam jest. Błagam, zabierzcie mnie do innego więzienia! - Z trudem powstrzymywałem się od płaczu.
Wtedy jego twarz po raz pierwszy zdradziła jakieś emocje. Chyba zrobiło mu się mnie żal. Chwilę się zastanawiał, po czym stwierdził:
- Dobrze, załatwię panu inne więzienie.
Wykonał jakiś telefon, po czym wyszedł z pokoju i wrócił z szeregowym żołnierzem, który kazał mi z sobą iść. Wyprowadził mnie z budynku prokuratury i skierował do zaparkowanego pikapa. Chciałem wsiąść do tyłu, ale on zatrzasnął mi drzwi przed nosem i pokazał kolbą karabinu na pakę. Wszedłem na nią i usiadłem na wąskiej ławeczce, ustawionej na tyle wysoko, że od klatki piersiowej w górę wystawałem ponad krawędź paki. Wszedł na nią jeszcze odprowadzający mnie żołnierz, a potem jeszcze dwóch kolejnych i samochód ruszył. Jechaliśmy w stronę centrum Kinszasy. Gdy się do niego zbliżyliśmy, kierowca znacznie zwolnił. Myślałem, że szykuje się do parkowania, ale w tym momencie usłyszałem krzyk żołnierza, stojącego obok mnie. "Mundele, mundele, mundele!" - darł się ze wszystkich sił do ludzi wokół nas. Przechodnie na początku rozglądali się, próbując dostrzec, skąd dobiega wrzask. Kiedy mnie zauważali, pokazywali sobie palcami, a potem wybuchali śmiechem, gwizdali, wiwatowali. Centrum Kinszasy poruszały się tłumy ludzi, szybko stałem się w nim główną atrakcją. W pewnym momencie grupa kilkudziesięciu osób zaczęła biec za pikapem, wyszydzali mnie, krzyczeli coś do mnie wściekle, niektórzy wygrażali mi, machając scyzorykami albo nożami. Czułem się kompletnie obdarty z godności, poniżyli mnie, zrobili ze mnie małpę przed całym miastem. Nie wytrzymałem, schowałem głowę między kolanami i zacząłem płakać. Żołnierze śmiali się ze mnie, jeden z nich uderzył mnie kolbą karabinu w splot słoneczny, zawyłem z bólu i zrozumiałem, że mam siedzieć wyprostowany, tak by wszyscy mnie widzieli. Kierowca włączył nawet koguta dźwiękowego, by zwróciło na mnie uwagę jeszcze więcej ludzi. Jeździliśmy tak po centrum Kinszasy wśród szydzącego ze mnie tłumu. Setki ludzi, cholera, były ich tysiące, rozumiesz… Patrzyłem, jak tysiące ludzi wokół pozbawia mnie godności. I tak przez jakąś godzinę. Zapomniałem wtedy, że jestem człowiekiem.
W końcu jednak zostawiliśmy centrum Kinszasy za sobą i skierowaliśmy się na południe. A gdy zaczęło się już ściemniać, znaleźliśmy się na drodze, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. W rowach z obydwu stron spływały w naszym kierunku rzeki śmieci. Płynęły szybkim nurtem, więc strumień wyrzucał śmieci też na samą drogę. Cała była pokryta butelkami, opakowaniami plastikowymi, kablami, ubraniami, jakimiś tkaninami, kartonami, żarówkami, oponami i niezliczoną ilością innych najróżniejszych śmieci. Smród był nie do wytrzymania, spojrzałem, skąd to wszystko spływa i zobaczyłem przed sobą w oddali mury i porozstawiane przy nich wieżyczki strażnicze. Od razu się zorientowałem, że to więzienie, ale dopiero, gdy się zbliżyliśmy, dostrzegłem na murze duży napis: "Prison Centrale Makala" - "Więzienie centralne Makala".
Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w ostatnich dniach. Tylko najbardziej zorientowani udzielą więcej niż 8 dobrych odpowiedzi.
Quiz: Co pamiętasz z mijającego tygodnia? Sprawdź swoją wiedzę! [QUIZ]
Pikap zatrzymał się przy dużej, stalowej bramie. Jeden z żołnierzy machnął karabinem, pokazując mi, że mam zejść z naczepy. Zaprowadził mnie do drzwi obok bramy. Pamiętam ten krok nad progiem. A więc stało się, znów jestem w więzieniu - pomyślałem, by po chwili stać już na ogromnym, prostokątnym i rozciągającym się głównie w poprzek więzienia dziedzińcu wielkości boiska piłkarskiego, na którym gdzieniegdzie stały porozrzucane budynki. Żołnierz pokazał mi ręką na wprost: tam na końcu dziedzińca zauważyłem furtkę. Zrozumiałem, że mam do niej iść. Zaczynało się już robić ciemno. Było raczej pusto, ale pojedynczy więźniowie, którzy mnie zauważali, zaczynali do mnie krzyczeć, niektórzy gwizdali, kilku pokazało mi dłonią gest podcinania gardła. Bałem się. Pod furtką czekało na mnie dwóch więźniów. Rozkazali mi iść ze sobą. Otworzyli furtkę i weszliśmy na szeroką raptem na kilka merów, ale za to ciągnącą się przede mną bardzo daleko ścieżkę. Po jej obydwu bokach wyrastały co jakiś czas piętrowe budynki. Dostrzegłem też, że ścieżka w oddali rozwidla się na boki.
Przeszliśmy może z kilkadziesiąt metrów, gdy zbliżyliśmy się do grupki dziesięciu-dwunastu więźniów. Moi przewodnicy przeszli środkiem, więc idąc nieco z tyłu, liczyłem, że zostanę przepuszczony. Tak się nie stało. Kiedy znalazłem się między nimi, już wiedziałem, że mam problemy. Zaczęli coś do mnie mówić, wyglądali na wściekłych, ktoś stanął mi na drodze, nie zatrzymałem się, podszedłem do niego, a on splunął mi w twarz. Nie zareagowałem, chciałem tylko iść dalej, próbowałem się przecisnąć, nie patrząc nikomu w oczy, zacząłem odsuwać ich rękami. I nagle poczułem, jak pięść ląduje na mojej twarzy, instynktownie schowałem głowę w rękach i to mnie uratowało, bo po chwili zaczął się na mnie sypać już grad ciosów. Upadłem na ziemię. Grupa zaczęła mnie okładać pięściami i kopać po głowie, plecach, nogach, czułem uderzenia na całym ciele. Do dziś nie mam pojęcia, jakim cudem wstałem, ale zmusiłem się, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to już nigdy nie wstanę. Okładany po całym ciele, przeszedłem ze dwadzieścia metrów, aż nagle przestali mnie bić. To nie był koniec mojego koszmaru. Kilku zaczęło mnie przytrzymywać, ktoś chwycił mnie za szyję i lekko dusił, poczułem, jak któryś zdejmuje mi spodnie i bieliznę, po czym rozszerza z całej siły moje pośladki. Bałem się tego, co zrobią dalej, ale oni po prostu zaczęli się ze mnie śmiać. Pokazywali sobie nawzajem mój biały tyłek i żartowali ze mnie. Chcieli mnie upokorzyć. W końcu mnie puścili i szybkim krokiem poszli dalej ścieżką. Żałowałem wtedy, że mnie nie zabili, że nikt z nich nie wyjął noża i ze mną nie skończył.
Potwornie się czułem, obnażony, poniżony, bez szans na jakąkolwiek obronę.
Podciągałem z powrotem bieliznę i spodnie, gdy wcześniej prowadząca mnie dwójka kazała mi się pospieszyć. Wskazali na drzwi do piętrowego budynku po prawej stronie. Polecili mi wejść do środka i znaleźć ostatnią celę na pierwszym piętrze, na końcu korytarza. Nie miałem pojęcia, czy mogę im ufać, ale nie miałem wyjścia.
Wszedłem do więziennego bloku. Nie był duży, wszerz nie miał więcej niż kilkanaście metrów, w głąb ciągnął się może na trzydzieści. Zaraz za drzwiami natrafiłem na faceta siedzącego za małym biurkiem. Słowem się nie odezwał, tylko palcem wskazał do góry. Schodami znajdującymi się za nim wszedłem na pierwsze piętro. Po lewej stronie wzdłuż korytarza ciągnęły się cztery zakratowane cele, po prawej były poręcze, przez które z łatwością można było spaść na parter. Na korytarzu było dużo osób, wszyscy młodzi, znacznie młodsi ode mnie; niektórzy leżeli na podłodze i podnosili się z niej, by pozwolić mi przejść. Przez chwilę panowała kompletna cisza, wszyscy bez słowa wpatrywali się, jak idę. Ale przeszedłem z dziesięć metrów i nagle usłyszałem za sobą wściekły ryk, wtedy wybuchła wrzawa, zaczęli krzyczeć, niektórzy podeszli do barierek, by walić w nie z całej siły. Dostrzegłem, że w celach więźniowie leżą już na łóżkach. Kim są więc ci na korytarzu? - pomyślałem. W tym wrzasku i otoczony agresją, kierowałem się zgodnie ze wskazówkami w stronę końca korytarza.
- A strażnicy? Żadnego nie było w pobliżu? Jak to możliwe? - przerywam Mariuszowi.
- W Makali w ogóle nie ma strażników. A przynajmniej nie w tej części, po której poruszają się osadzeni. Nie ma ich w blokach, na dziedzińcu, na ścieżkach łączących różne części więzienia. Żołnierze są na wieżyczkach wokół murów, z których obserwują, czy ktoś nie ucieka, ale poza tym nie interesują się tym, co dzieje się w Makali. Więźniowie są tam kompletnie pozostawieni sami sobie - odpowiada mi, po czym wstaje z kanapy, żeby odebrać telefon.
Posłuchaj: