W Trójmieście nastroje kiepskie. Turyści i restauratorzy kręcą głowami. "Nie widzę tego kolorowo"
- Nie widzę tego kolorowo. Jest słabo, mniej ludzi, mniej turystów zagranicznych - mówi jednym tchem Piotr Dzik, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Restauratorów i Hotelarzy. - W długi weekend z okazji Bożego Ciała było dużo więcej gości niż w pierwszy weekend wakacji - rozkłada ręce.
Turyści, którzy decydują się przyjechać do Gdańska, coraz częściej oglądają dokładnie każdą złotówkę. - Tak, ludzie chodzą, oglądają ceny do południa. Porównują, gdzie, co i jak, i wtedy wybierają, gdzie jest najtaniej - przyznaje Dzik. - Bardzo się liczą z cenami. Też nie mają za wiele pieniędzy. Każdy człowiek według swojego portfela kalkuluje, żeby odpocząć. Jak kogoś nie stać na wysoką półkę, to po prostu wybiera niższą i stara się robić tak, żeby zadowolić rodzinę i dzieci - tłumaczy dalej restaurator.
Oszczędzamy albo hulamy
Sami turyści spotkani w Trójmieście nie ukrywają, że próbują wydawać mniej. - Lepiej wynająć apartament i sobie tam we własnym zakresie gotować niż korzystać z usług pensjonatu czy hotelu - przyznaje szczerze jedna z turystek.
- Nie korzystamy z żadnych usług gastronomicznych. Sami robimy kawę, obiady i kanapki - zgadza się kolejna.
- Trzeba szukać troszkę dalej od morza. Im bliżej, tym drożej. Zawsze jest tak, że mieszkańcy wiedzą, gdzie trzeba iść, natomiast cała reszta po prostu idzie nad morze i tam przepłaca, niestety - dodaje kolejny turysta.
Zdarzają się jednak też tacy, którzy w czasie urlopu wydatkami zdają się nie przejmować. - Zbieramy cały rok na te nasze wakacje. Wiadomo, że na nad morzem ceny są inne, ale jeśli ktoś się wybiera nad to morze, to chyba powinien się z tym liczyć - tłumaczy z uśmiechem para turystów. - Postanowiliśmy to, co zarobiliśmy, wydać na siebie, i z takim założeniem tu przyjechaliśmy - zapewniają.
- Pracujemy i raz w roku możemy sobie pozwolić. Za rybę i frytki dla trzech osób zapłaciliśmy 190 złotych. To chyba nie jest dużo - zastanawia się kolejny turysta.
Wysokie ceny to ryzyko pustek
- To wszystko jest jak w ringu, walka o przetrwanie - przekonuje Piotr Dzik. - Jesteśmy uzależnieni od konsumentów, a konsumenci od nas wymagają pewnych rzeczy. Od instytucji państwowej też jesteśmy uzależnieni, gdy wszystkie koszty cały czas idą do góry - dodaje.
- Czytałem artykuł, w którym było napisane, że kiedyś w gastronomii dziesięć dni się pracowało na koszty, a pozostałe na swój dochód i na podatki. Teraz pracujemy dwadzieścia dni na koszty, a siedem czy osiem na zarobek. To ciężka praca - podkreśla.
Restaurator zauważa też, że wielu przedsiębiorców wciąż boryka się z zadłużeniem z okresu pandemii. Część z nich próbuje sobie teraz ten czas nadrobić. - Jeśli ktoś wywindował ceny bardzo wysoko, to na swoją odpowiedzialność - drapie się po głowie nasz rozmówca. - Oby nie było tak, że się obudzi z ręką, jak to mówią, w nocniku. Nie wszystkich na takie ceny stać. Jeden pójdzie na stek za 100 złotych, a drugi na rumsztyk za 30. Jak kto na tym wyjdzie? To już ocenimy po sezonie - podsumowuje.