,
Obserwuj
Gospodarka

Pogłoski o śmierci dolara były przedwczesne. Gotówka rządzi

Wojciech Kowalik
3 min. czytania
11.03.2026 13:56

Kiedy nad Bliskim Wschodem zaczęły latać rakiety, rynki poszły w jednym kierunku: "cash is the king", czyli, w wolnym tłumaczeniu, "gotówka rządzi". Bo jest płynna i w niespokojnych czasach pożądana najbardziej: łatwo ją trzymać, łatwo ją sprzedać. A gotówka to dla świata synonim amerykańskiego dolara - i do niego popłynął globalny kapitał.

Banknot 100-dolarowy
Banknot 100-dolarowy
fot. Wojtek Laski/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego gdy trwoga to do dolara?
  • Dlaczego złoto wcale nie okazało się tak bezpieczną przystanią, jaką zawsze w takich sytuacjach było?
  • Jak się miewa w tym wszystkim polski złoty?

Przestraszony świat przeprosił się z dolarem. Mimo, że jeszcze kilka miesięcy temu, ba, jeszcze miesiąc temu, amerykański pieniądz nie miał dobrej passy: słabł w oczach, podsycał to zresztą prezydent Donald Trump swoją chaotyczną polityką handlową. Jeszcze kilka tygodni temu dolar był najsłabszy od dekady i "to świetnie" - mówił Trump. Sam do tego zresztą z premedytacją doprowadził, chcąc zaskarbić sobie przychylność amerykańskiego biznesu, który eksportem stoi: ropy naftowej, nowoczesnych technologii, zaawansowanych mikroprocesorów po które stoi globalna kolejka, samolotów, którymi lata świat, samochodów, leków, telefonów komórkowych i tak dalej i tak dalej. Eksporterzy, kiedy waluta jest słaba, zarabiają więcej. Ale problem był szerszy: tonąca waluta była sygnałem poważniejszego problemu.

Upadki i wzloty dolara

Bo świat tracił do dolara zaufanie. Wszystko co robił Trump: wypowiadanie wojen handlowych, nakładanie ceł, cofanie ceł, groźby i wymachiwanie szabelką wobec Grenlandii, Kanady, atakowanie prezesa amerykańskiego banku centralnego i podważanie jego niezależności - wszystko to podważyło zaufanie do stabilnej jak dotąd amerykańskiej gospodarki. Razem z tym słabł dolar, bo świat odwracał się do niego plecami.

I nagle ten symbol siły powrócił w glorii i chwale, kiedy świat przestraszył się wojny w Zatoce Perskiej. Gotówka jest królem, gotówka to dolar, więc w niespokojnych czasach warto go mieć. Sprzedajemy więc ryzykowne aktywa i kupujemy dolara. I robimy to taśmowo: inwestorzy - mówiąc obrazowo - sprzedają cały ryzykowny koszyk, nie patrzą, czy jest w nim polski złoty, węgierski forint czy indyjska rupia - i stąd wynika ostatnie osłabienie złotego. Bo im mocniejszy dolar, tym gorzej dla naszej waluty. To zresztą konkretnie przekłada się na nasze kieszenie, bo przecież w dolarach jest rozliczana ropa naftowa do produkcji paliw. Im droższa ropa i im mocniejszy dolar na rynkach, tym drożej nasze rafinerie kupują surowiec i tym wyższe kwoty widzimy na stacyjnych pylonach.

Szwajcarzy mówią nie

Do dolarowej bezpiecznej przystani świat już uciekł. Chciałby uciec do drugiej, czyli do franka szwajcarskiego, ale to się nie udaje. Dlaczego? Bo kiedy do franka ustawiła się kolejka chętnych, szwajcarski bank centralny wylał na tę kolejkę kubeł zimnej wody. Dał do zrozumienia, że nie życzy sobie nadmiernego umocnienia franka i zasugerował, że będzie na rynku interweniował, jeśli waluta za bardzo urośnie w siłę. Mocny frank od dawna jest gigantycznym problemem szwajcarskiej gospodarki i to utrudnia jej eksport.

Co się dzieje ze złotem?

Za to w ogóle bezpieczną przystanią w sytuacji wojny na Bliskim Wschodzie nie okazało się złoto, które tradycyjnie, przez dziesięciolecia, zyskiwało, kiedy na świecie działo się źle. A tym razem - wcale nie. Czyżby kruszec stracił przyjemny blask bezpieczeństwa?

Złoto ma za sobą szaleńczy rajd z ostatnich miesięcy, w czasie którego biegło przez płotki rekordów i pobijało poziomy, które jeszcze całkiem niedawno wydawały się niewyobrażalne. Złoto na wyścigi kupowali wszyscy: od drobnych ciułaczy, po bonzów światowej finansjery, nie patrząc na cenę. I tak, pod koniec stycznia, złoto dotarło do swojego rekordu wszech czasów na poziomie mniej więcej 5600 dolarów za uncję. I... cofnęło się. Analitycy mówią, że złoto ostatnimi czasy mniej służyło do ochrony kapitału, a bardziej stało się przedmiotem spekulacji, ryzykownej rynkowej gry, w wyniku której ceny zerwały się ze smyczy i wzrosły niemal dwukrotnie. I w tej sytuacji, kiedy nad Bliskim Wschodem zaczęły latać rakiety, na złoto światowy kapitał szukający bezpiecznych przystani spojrzał co najmniej z rezerwą. Złoto drepcze w miejscu w okolicach 5 tysięcy dolarów za uncję, a próba zaatakowania szczytów okazała się krótka i niemrawa. Kruszec okazuje się na razie jednym z przegranych tej wojny.

I tak do bezpiecznego złotego portu świat zawija mniej chętnie, za to do zielonego dolarowego - stoi kolejka. I to się pewnie nie zmieni aż do rozwiązania sytuacji na Bliskim Wschodzie.

źródło: TOK FM