Rosji brakuje pieniędzy na wojnę. Dlatego chce osłabić rubla
Rosja przestaje zarabiać na sprzedaży surowców. Po czterech latach ciągłych sukcesów Moskwa wpadła pod wodę, a wpływy z handlu ropą i gazem były najniższe od ponad pięciu lat. Ostatnio tak mało jak w ubiegłym miesiącu sprzedała w lipcu 2020 roku, czyli dwa lata przed wojną w Ukrainie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego rosyjski budżet coraz bardziej trzeba spinać na trytytki?
- Dlaczego strumień petro-rubli płynących do państwowej kasy wysycha?
- Jak na własnych kieszeniach odczuwają to szeregowi Rosjanie, którym coraz trudniej przeżyć do pierwszego?
Najpierw o tym, jak bardzo nie idzie Rosji zarabianie na surowcach, czyli dwa słowa o skali spadku. W styczniu do moskiewskiej kasy ze sprzedaży ropy wpłynęło o ponad 13 procent mniej niż miesiąc wcześniej. Główne powody są dwa: po pierwsze ropa jest bardzo tania. Ten stan rzeczy świat zawdzięcza między innymi rekordowemu wydobyciu w Ameryce, która pompuje najwięcej w historii. Cieszą się amerykańscy kierowcy i ich prezydent, bo tania ropa to tanie paliwo. A to właśnie obiecał swoim wyborcom Donald Trump. Oraz po drugie: silniejszemu rublowi. To ostatnie Rosja zrobiła sobie sama, strzelając z monetarnej armaty we własne kolano.
Machina wojenna napędzana gotówką
Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie w lutym 2022 roku, rosyjski budżet wojskowy rośnie w zawrotnym tempie. Z analizy niemieckiego wywiadu wynika, że w ubiegłym roku wydatki te sięgnęły około 250 miliardów euro, czyli prawie jednej dziesiątej całej rosyjskiej gospodarki. Na początku była to mniej więcej połowa tej wielkości, tak przynajmniej wyglądają mniej lub bardziej oficjalne szacunki. Ile naprawdę Kreml wydaje na operację militarną w Ukrainie? Niemcy twierdzą, że nawet dwie trzecie więcej niż wykazuje w budżecie ministerstwa obrony. Resztę upycha po kątach, a inwestycje w infrastrukturę czy projekty informatyczne, choć realizowane dla wojska, kwalifikuje jako cywilne. Najwięcej jednak pochłania działalność "bieżąca", w tym produkcja amunicji i wyposażenia oraz utrzymanie ludzi i sprzętu. Ale i tutaj po latach wielkiej prosperity przyszły lata chude.
Na ten rok rosyjski rząd prognozuje w przemyśle zbrojeniowym gwałtowne hamowanie. Wartość produkcji w tej branży ma wzrosnąć o 4-5 procent. To sześć-siedem razy mniej niż w ostatnich latach, gdy tempo wzrostu wynosiło imponujące 30 procent. Branża napędzana ogromnymi pieniędzmi z budżetu pracowała 24/7, fabryki uruchamiały nocne zmiany i desperacko szukały ludzi do pracy, oferując im wściekle wysokie pensje, dosłownie porywając sobie nawzajem specjalistów. Zapotrzebowanie na ręce do pracy było tak wysokie, a zarobki tak atrakcyjne, że Rosji zaczęło brakować ludzi w branżach cywilnych. Przemysł wojskowy zatrudnił od wybuchu wojny około 800 tysięcy nowych pracowników!
Astronomiczne wydatki na wojnę napędziły inflację i podniosły koszty kredytów. Po kieszeni dostali szeregowi Rosjanie, szczególnie spłacający pożyczki samochodowe, i przemysł cywilny, bo podrożały kredyty inwestycyjne. Ropa jest tania, Moskwa coraz słabiej - jak już wiecie - na niej zarabia. Nadziei nie widać, bo eksperci prognozują, że gdy chodzi o ropę - drożej nie będzie, bo świat ma za dużo surowca. Rosyjski rząd musi budżetową kołdrę naciągać, więc podnosi podatki i opłaty.
Wszystkim wiedzie się źle
Od stycznia VAT w Rosji wzrósł o dwa punkty procentowe, co jeszcze mocniej nadwyręża nadgryzione inflacją domowe budżety szeregowych Rosjan. Już w ubiegłym roku ich wydatki rosły szybciej niż pensje, więc konsumenci ograniczali się jak mogli. Rządowa "Rossijskaja Gazieta" pisała, że w końcówce roku rynek elektroniki odnotował największy spadek popytu od 30 lat. Sprzedaż aut skurczyła się blisko o jedną czwartą, raty stały się dla Rosjan za wysokie, wzrósł też podatek od złomowania. Jednocześnie zniknęła większość ulg dla biznesu, w tym zwolnienia podatkowe dla małych i średnich firm. Co nie znaczy, że dużym wiedzie się znacząco lepiej.
Rosyjski gigant stalowy Sievierstal zaraportował najniższy zysk od 2009 roku, gdy branżę pogrążył zachodni kryzys finansowy. Dzisiaj koncernowi wieje w oczy wiatr ze wschodu, Rosja musi konkurować z bardzo tanią stalą z Chin. Chińczycy swojej nie potrzebują, bo przeżywają zapaść w budownictwie. Produkcję, z której kiedyś budowali apartamentowce, upychają na świecie, po dumpingowych cenach.
Na koniec wracamy do rosyjskiej kasy, dochodów z ropy i gazu oraz prognoz na ten rok. Tu w porównaniu z ubiegłym niewiele ma się zmienić. Świat wciąż będzie mieć więcej ropy niż mu potrzeba. Dzisiaj w tankowcach na całym świecie na lepsze czasy czeka jej aż 100 milionów baryłek, z czego połowa to ropa rosyjska i irańska (obie objęte międzynarodowymi sankcjami), podczas gdy rok wcześniej było to jakieś 10 razy mniej. Szanse na to, że surowiec podrożeje, są mizerne. I dlatego jedynym sposobem pomnożenia gotówki ze sprzedaży jest osłabienie waluty.
Plan na ten rok
W ubiegłym roku rosyjski rubel był jedną z najlepszych walut na świecie. Umocnił się wobec dolara amerykańskiej o prawie połowę - najbardziej od 30 lat. Według danych zebranych przez Bloomberg ten wzrost dał rosyjskiej walucie miejsce w światowej pierwszej piątce inwestycji natychmiastowych z najwyższą stopą zwrotu. Po platynie, srebrze, palladzie i złocie. Jak to się stało? Po pierwsze: rubel się umacniał, bo z powodu międzynarodowych sankcji finansowych w Rosji spadło zapotrzebowanie na waluty. A po drugie: by zdusić inflację, bank centralny podniósł stopy procentowe do rekordowego poziomu. W rezultacie podrożały kredyty i spadły wpływy do budżetu ze sprzedaży surowców, bo transakcje rozlicza się tutaj w dolarach. A im mocniejsza waluta, tym mniej w kasie ze sprzedaży za granicę. Trzeba więc sytuację odwrócić - rubla osłabić, by zarobek zwiększyć. I to jest rosyjski plan na ten rok. Wciąż jednak niewystarczający, by wojnę bez większego wysiłku, jak do tej pory, z górką finansować.
źródło: TOK FM