,
Obserwuj
Gospodarka

Bańka pękła z hukiem. Tak upadł gigant ze Szwecji. "Największe bankructwo w historii kraju"

Wojciech Kowalik
4 min. czytania
30.12.2025 14:59

Northvolt, firma produkująca baterie do samochodów elektrycznych, ogłosiła bankructwo. Większego upadku w historii Szwecji nie było. W tym przypadku wszystko poszło nie tak.

fot. ABACA/Abaca/East News

Podsumowujemy rok 2025 w tokfm.pl. Dlatego przypominamy nasze najlepsze artykuły z minionych dwunastu miesięcy. Oto jeden z nich. Pierwsza publikacja artykułu miała miejsce w marcu 2025 roku.

  • Ta firma miała zabrać Europę w świat technologicznej przyszłości, a właśnie spadła z bardzo wysokiego konia;
  • Szwedzki Northvolt, który produkował baterie do samochodów elektrycznych, ogłasza bankructwo;
  • "Podobnie jak wiele firm w sektorze akumulatorów, Northvolt doświadczyło w ostatnich miesiącach szeregu wyzwań, które zaszkodziły pozycji finansowej, w tym rosnących kosztów kapitału, niestabilności geopolitycznej, zakłócenia łańcucha dostaw i zmiany popytu na rynku" - czytamy w komunikacie koncernu.

Northvolt produkował baterie do samochodów elektrycznych. Początki były obiecujące: świetny pomysł, mnóstwo pieniędzy, stojący w kolejce inwestorzy i wizjonerski biznesplan. Seria fatalnych biznesowych decyzji obróciła to wszystko w pył. Razem z tym bankrutują europejskie nadzieje na uniezależnienie się od azjatyckiego monopolu dostaw baterii do samochodów elektrycznych, a nawet - szerzej - o przełom na rynku motoryzacyjnym.

To, co napisane na papierze, przekłada się na ciężkie pieniądze - w kasie zieje wielka dziura i pięć miliardów euro długów. Ale katastrofa nadciągała już od miesięcy. Jesienią ubiegłego roku zasoby gotówki firmy kurczyły się w takim tempie, że w Stanach Zjednoczonych firma złożyła wniosek o ochronę przed wierzycielami - i już było wiadomo, że dzieje się źle.

Dlaczego coś, co mogło być skazane na sukces, właśnie wali się w gruzy?

Początek tego biznesu to 2017 rok. Firmę założyło dwóch byłych dyrektorów z amerykańskiej Tesli. Fabrykę postanowili postawić tam, gdzie mieli dużo czystej energii z elektrowni wodnych oraz skarby w postaci rzadkich minerałów pod ziemią. Biznes miał być odpowiedzią na rosnącą jak na drożdżach chińską dominację w elektromobilności. Baterie ze Szwecji miały trafiać na przykład do europejskich fabryk samochodów. Nic dziwnego, że w wizję zaangażowali się giganci europejskiej motoryzacji: Volkswagen i BMW, a także inne światowe firmy. Pieniądze popłynęły szerokim strumieniem, tym bardziej że swoje dolary włożyły tam jeszcze amerykańskie wielkie banki inwestycyjne.

I co? Udało się zebrać 15 miliardów dolarów. Pieniędzy było jak lodu, fabryka stanęła pośrodku niczego, na polanie w lesie w pobliżu szwedzkiego miasteczka Skellefteå, prawie 800 kilometrów na północ od Sztokholmu. Kiedyś były tam zresztą kopalnie złota. Lokalizacja miała być plusem, ale szybko okazało się, że ten plus został przysłonięty przez minus - brakowało chętnych do pracy pod kołem podbiegunowym: od menedżerów po szeregowych pracowników na taśmie produkcyjnej. Menedżerów ściągnięto z Korei i Japonii. Szeregowych pracowników - skądkolwiek, tak bardzo skądkolwiek, że przy nowym procesie technologicznym pracowali ludzie stu narodowości i kilkudziesięciu języków. Jak się przy tym porozumieć? Podobno rady nie dawał nawet Google Translator. A wszystkim trzeba było oczywiście za to nieźle zapłacić

Northvolt wszystko budował od zera

Biznes, który miał zapewnić Europie dostawy baterii do samochodów elektrycznych, jest biznesem ekstremalnie trudnym. Trzeba wykwalifikowanej kadry, profesjonalnego działu badań i rozwoju, dobrze wyszkolonej załogi, dostępu do rzadkich surowców, ultranowoczesnych maszyn i sterylnej czystości. Northvolt to wszystko budował od zera, na szybko. Linię technologiczną i serwis do niej kupiono w Chinach, więc z chińskim serwisem nie było łatwo się porozumieć. A szefowie firmy, do których stały kolejki inwestorów z wypchanymi portfelami, działali na zasadzie "hulaj dusza, piekła nie ma". Jeszcze na dobre nie rozruszali jednej fabryki, a już wbijali łopaty pod budowę kolejnych: w Niemczech, w Kanadzie i w Polsce.

Nic dziwnego, skoro w szczytowym momencie firma miała zamówień na 50 miliardów euro, a po baterie ustawiły się w kolejce Volkswagen, BMW, Volvo czy Scania. Coraz więcej płynących do firmy pieniędzy podkręcało tempo. Menedżerowie, skupieni na dotrzymywaniu wyśrubowanych terminów, poganiali pracowników. Słabo przeszkolona załoga raz po raz ulegała wypadkom. Co przyniosło fabryce wyjątkowo złą sławę i dodatkowo skomplikowało rekrutację.

Wielkie kłopoty szwedzkiego giganta

Z metody "wszystko, wszędzie, na raz" wyszły produkty tak złej jakości, że szefowie fabryk samochodów złapali się za głowy. Wad było tak dużo, że Volkswagen musiał powołać specjalną grupę, która kontrolowała jakość produktów przyjeżdżających ze szwedzkiej fabryki. BMW zerwał kontrakt za 2 miliardy dolarów i zamiast szwedzkich, montuje w swoich samochodach droższe baterie z Korei Południowej. A kiedy szefowie Nortvolta wciąż w dobrych nastrojach roztaczali swoje wizje, dziura w finansach firmy rosła, nie rosła za to wydajność fabryki - osiągnęła zaledwie kilka procent planu. Jesień ubiegłego roku to już seria decyzji tak złych, że wszystko zaczęło walić się jak domek z kart. Firma wstrzymała wydatki, zwolniła 1600 osób, zatrzymała produkcję kluczowych elementów baterii - które, zamiast produkować, chciała kupować u azjatyckiej konkurencji, a więc dokładnie tej samej, od której Europa chciała się uniezależnić.

Bańka pękła z hukiem

Jakby tego było mało, firma zaczęła wyprzedawać swoje zapasy materiałów do produkcji baterii. Z 15 miliardów dolarów, jakie miała na początku, zostało... 30 milionów - tyle ile wystarczy na tydzień działalności. Polski zakład Nortyhvolta w Gdańsku został wystawiony na sprzedaż - i zainteresowana jest nim Scania. Bańka pęka z hukiem, marzenia inwestorów i - mówiąc górnolotnie - całej motoryzacyjnej Europy - również. Bo w całej tej historii nie chodziło tylko o fabrykę produkującą baterie do samochodów elektrycznych. Chodziło o europejskie uniezależnienie się od chińskich i szerzej - azjatyckich dostawców ogniw dla przemysłu motoryzacyjnego. Żeby dać odpór Chinom, które rozpychają się na rynku tak mocno, że europejskie koncerny motoryzacyjne są w zbiorowym odwrocie. Najkosztowniejszy start-up w historii europejskiego przemysłu już w tym nie pomoże. Bo zamiast powoli chodzić po linie tego arcytrudnego biznesu, zaczął po niej biegać. I to bez asekuracji.

Źródło: TOK FM