"Sprzedaj w maju akcje i jedź na wakacje". Słynna giełdowa maksyma ma sens?
Warto na wstępie przypomnieć stare znane porzekadło wilków z Wall Street: "Sell in may and go away" ("Sprzedaj w maju akcje i jedź na wakacje"). Czy ma ono sens?
I tak i nie. Na giełdzie nie ma bowiem prostych przepisów.
Zwolennicy tego porzekadła przekonują, że rynki akcji osiągają gorsze wyniki w półrocznym okresie między majem a październikiem. Dzieje się tak dlatego, że inwestorzy poznali już wszystkie wyniki spółek za pierwszy kwartał roku i myślami są już na letnich wakacjach. Ruch na parkiecie jest mniejszy, a stopy zwrotu - niższe. Sprzedają więc akcje i na rynek wracają w lepszym - ich zdaniem - okresie jesienno-zimowym. Przytaczają też przykłady z poprzednich 50 lat, według których latem można było liczyć na nawet 10-krotnie niższe stopy zwrotu niż jesienią, zimą i wiosną.
Ale przeciwnicy teorii "Sell in may and go away" mówią, że rynek mocno się zmienia, co widać choćby w ostatnim czasie. Od 2016 do 2021 roku - czyli w ciągu pięciu lat - aż czterokrotnie amerykański S&P500 dał okazję do zarobku, raz sięgającą nawet 5 procent. A w ciągu 10 lat okres od maja do października wygenerował ujemną stopę zwrotu tylko dwa razy, największą - w ubiegłym roku.
Na podstawie giełdowych porzekadeł oczywiście nie ma co budować strategii inwestycyjnych. Te trzeba oprzeć o dywersyfikację i długi horyzont inwestycji. W przeciwnym razie to nie inwestycja, a spekulacja, a ta dla mniej doświadczonych inwestorów często kończy się fatalnie.
Słuchaj całego "Codziennego Podcastu Gospodarczego":
Przyjrzyjmy się zatem konkretom, czyli sytuacji na rynkach. Jesienią ubiegłego roku ich słabość aż raziła w oczy. Światowy kapitał wolał wtedy bezpiecznie umościć się w bezpiecznym amerykańskim dolarze, z którego - w rytm podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych - można było lepiej zarobić. I nie bać się kapryśnej giełdy, która może dać fajerwerki zysków, ale może też przynieść realne straty.
Przyszedł jednak moment, w którym inwestorzy zobaczyli majaczący na horyzoncie koniec cyklu podwyżek stóp procentowych. Zaczęli więc szukać inwestycyjnych okazji - w tym tych bardziej ryzykownych, właśnie na giełdzie. Na tej fali zyskuje też warszawski parkiet i polski złoty. Dobrych nastrojów nie przyćmiły nawet kłopoty amerykańskiego sektora bankowego.
Dlaczego lepsze jest gorsze?
Warszawska giełda w objęciach hossy jest od listopada ubiegłego roku. W styczniu wyznaczyła swój szczyt na poziomie 1955 punktów na WIG20 i teraz ta liczba jest giełdowym obiektem pożądania. Bo indeks dwudziestu największych spółek cały czas o ten psychologiczny próg się ociera, na moment nawet go w ostatnich dniach przekroczył, ale zaraz później się od niego cofa. Przekroczenie tej bariery mogłoby otworzyć drogę do dalszego marszu w górę. Nieźle radzą sobie także średnie i mniejsze spółki. Warto też przypomnieć, że zbliża się lipiec, który statystycznie - obok stycznia - bywa dla warszawskiego parkietu najlepszym miesiącem.
Chyba że pojawi się coś, co zmąci optymistyczne nastroje. Tak dzieje się już w Stanach Zjednoczonych. Po pierwsze - ostatnio rynki żyły obawami o możliwą niewypłacalność kraju, w rytm szukania w Waszyngtonie porozumienia dotyczącego podniesienia pułapu zadłużenia rządu USA i tym samym uniknięcia niewypłacalności, która byłaby fatalną wiadomością dla rynków.
Po drugie - stan amerykańskiej gospodarki okazuje się lepszy od oczekiwań, na co wskazują ostatnie dane. Dlaczego zatem lepsze informacje z gospodarki są gorszą wiadomością dla giełd? Bo umacniają dolara. Powodują, że Rezerwa Federalna może dłużej trzymać stopy procentowe na rekordowo wysokich poziomach i wstrzymywać się z obniżką. Przez to dłużej będzie się opłacało inwestowanie w amerykańską walutę i pieniądze w mniejszym stopniu będą płynęły na giełdę. Zresztą dolar, który ostatnio nie miał dobrej passy, w ostatnich dniach odzyskuje znów siły.
Ciekawe? Słuchaj także o złocie, które znowu robi się złotym interesem!