advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Masz kawalerkę w Warszawie? Stać cię na dom w Grecji, Bułgarii, Hiszpanii, a nawet na Bali!

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
20.01.2024 16:16
W ubiegłym roku pobiliśmy rekord w skali wzrostu cen mieszkań w całej Unii Europejskiej. Ceny w Warszawie i Krakowie, napędzane programem kredytów z rządowymi dopłatami, osiągnęły 17 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Przeciętnie, więc mieszkania w niezłych lokalizacjach są jeszcze droższe. Razem z rosnącymi cenami mieszkań na sprzedaż, rosły też czynsze tych na wynajem. Doszło do tego, że jeśli masz kawalerkę w Warszawie, to za miesięczny czynsz, jaki dostaniesz od swojego lokatora, możesz wynająć... dom z basenem w Grecji, domek gdzieś w Hiszpanii, albo nawet na... wyspie Bali. Szaleństwo? Owszem! I nic nie zapowiada jego końca, bo nowy rząd również zamierza dopłacać do kredytów, dalej pompując ceny mieszkań.
|
|
fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

Ten artykuł zaczniemy od dobrej wiadomości: w końcu nas stać! Na razie mieszkańców największych miast, oczywiście nie wszystkich, ale znakomitą większość. Na razie też jest to możliwość potencjalna dla odważnych, a zawdzięczamy ją... rządom. Temu, który był i temu, który jest. Ten pierwszy położył solidny fundament, ten drugi buduje na dokonaniach poprzednika. Konkretnie na dokonaniach na rynku mieszkaniowym. Mamy tam bowiem największy roczny wzrost cen mieszkań w całej Unii Europejskiej. W zależności od ujęcia statystycznego wyprzedza nas jedynie... Chorwacja. Zatem teraz o tym, co w końcu (teoretycznie) leży na wyciągnięcie ręki. I nie chodzi o schowek na miotły.

Wielkie bum na rynku nieruchomości 

Ta opowieść zaczyna się mniej więcej rok temu. Dlatego cofniemy się teraz w czasie do chwili, gdy rząd uruchomił program Bezpieczny Kredyt 2 procent. Uruchomił go na tak zwanym 'dołku kredytowym'. Czyli w chwili, gdy rynek hipotek znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Dlaczego? Dlatego, że kredyt na mieszkanie stał się astronomicznie drogi. By walczyć z potężną inflacją, Rada Polityki Pieniężnej serią podwyżek podniosła stopy procentowe z zera do blisko 7 procent.

Posiadacze kredytów hipotecznych jęknęli z bólu. Wysokość rat wzrosła dwukrotnie. A że zwykle byli zakredytowani 'pod korek', więc ich sytuacja finansowa stała się mocno nieciekawa. I w wielu przypadkach jest taka także dzisiaj. Ci, którzy planowali zakup mieszkania na kredyt, musieli pożegnać się ze swoim marzeniem. Ich zdolność kredytowa gwałtownie spadła, w największych miastach zamiast trzypokojowych apartamentów z potencjałem w zasięgu ręki zostały kawalerki. I to w rozmiarze mikro.

Dopłaty do kredytów im nie pomogły. 'Premiera Tuska zapraszam do grup, gdzie polują na mieszkanie'

Do akcji wkroczył więc rząd z hasłami ożywiania rynku i wsparcia każdego Polaka, który chce kupić mieszkanie. Moment wybrał niefortunnie. Akurat wtedy, po tak zwanej stronie podażowej, czyli na sprzedaż, nowych nieruchomości nie było wiele. Za to chętnych rekordowo wielu. W ten sposób strona popytowa - czyli zachęceni rządowymi dopłatami konsumenci - wpadli na rynek nieruchomości jak bomba. I zrobili na nim to co bomby robią, czyli wielkie bum. Banki nie wyrabiały z analizą wniosków kredytowych, o mieszkania spełniające kryteria programu, toczyły się prawdziwe wojny. Sprzedający przebierali w propozycjach przebijających pierwotną ofertę, bo i tak kolejka stała. Nowe mieszkania drożały w niewidzianym wcześniej tempie. Cenowo Kraków dogonił Warszawę, w obu miastach cena metra kwadratowego mieszkania sięga 17 tysięcy złotych. Za statystyczną pensję miesięczną netto można zatem kupić... jedną trzecią metra kwadratowego. Obecna roczna średnia pensja brutto odpowiada cenie transakcyjnej niecałych 7-miu metrów dla średniej cen największych sześciu miastach. To najmniej od 2011 r. Niezrażony tym szaleńczym wzrostem cen nowy rząd, chce zrobić dokładnie to samo, co zrobił poprzedni tyle, że bardziej. Ale o tym opowiemy za moment.

Skąd te ceny?

Najpierw wyjaśnimy, na co nas w końcu byłoby stać. Oczywiście teoretycznie i nie wszystkich. Zatem dwa słowa o rynku najmu. Tu sytuacja stała się dramatyczna, gdy po wybuchu wojny w Ukrainie do Polski przyjechało w szczytowym momencie ponad 2 miliony ludzi. Znacząca część z nich postanowiła na razie tu zostać. I coś wynająć. Dołączyli do nich przyjezdni z Białorusi, bo Polska postawiła na ten kierunek migracyjny. W ten sposób mamy dzisiaj milion obcokrajowców pracujących legalnie, nie wiadomo ilu pracujących nielegalnie. Część z rodzinami. I wszyscy muszą gdzieś mieszkać. A że pracę mają przeważnie w mieście, więc chcą mieszkać w mieści. W ten sposób ceny najmu w najbardziej obleganej Warszawie sięgnęły jesienią 90c-iu złotych za metr mieszkania w przypadku małego lokum. To znaczy, że najem 50-metrowego mieszkania to blisko 5 tysięcy złotych. Gdzie zatem te dobre wiadomości?

Nie ma tego złego?

Dobre wiadomości będą teraz. Bo dobiliśmy właśnie do grupy najbogatszych państw europejskich. Wynajmując komuś kawalerkę w Warszawie, osiedlenie się w skąpanej słońcem Grecji jest na wyciągnięcie ręki. Wynajem niewielkiego domu z basenem w miejscowości położonej blisko morza, to koszt około 5 tysięcy złotych właśnie. Takie ceny znaleźliśmy na przykład na wiosnę w okolicach Kawali w północnej Grecji. W przypadku umowy długoterminowej może nawet nieco mniej. Podobnie w przypadku wynajęcie mieszkania na miesiąc w popularnej miejscowości turystycznej w Bułgarii. Albo w niektórych mniej popularnych i nie całkiem nadmorskich miasteczkach w Hiszpanii, konkretnie w okolicach andaluzyjskiego Torremolinos. Nawet na egzotycznym Bali wynajęcie domu to od ośmiuset do tysiąca dolarów miesięcznie. Podobnie jest zresztą z zakupem. Wystarczy sprzedać mieszkanie w Warszawie, by kupić w Berlinie lub na wybrzeżu Portugalii. A w najbliższym czasie będzie jeszcze lepiej. Bo ceny mieszkań w Polsce nadal będą rosnąć. Przede wszystkim dlatego, że po wygaśnięciu poprzedniego programu rządowych dopłat do kredytów, w połowie roku ma wejść nowy.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Znane są jego główne założenia. Szczegółów - a to w nich zwykle tkwi diabeł - brak. Wsparcie ma być ograniczone kwotowo. Nie będzie ograniczeń obejmujących cenę metra kwadratowego nieruchomości. Metr po 20 tysięcy? Proszę bardzo, ale kwota dopłaty jest stała. Dla singli do 35-go roku życia to 200 tysięcy złotych. Tyle obejmie zerowa stawka oprocentowania, od reszty trzeba będzie płacić rynkowy procent. Wielkość wsparcia będzie rosła wraz z wielkością rodziny. Będzie też większa w dużych miastach, i to aż o 20 procent. Ograniczeniem będzie wysokość dochodu brutto, dla pary ma to być 18 tysięcy złotych miesięcznie. Program miałby ruszyć w połowie roku, ma z niego skorzystać 50 tysięcy kredytobiorców.

Na pocieszenie, choć niewielkie, informacja, że mieszkania astronomicznie drożały w ostatnim w wielu krajach europejskich. We wspomnianej Chorwacji w ciągu jednego tylko kwartału wzrosły o rekordowe 11 procent. Ale i tam jest taniej niż w Polsce, bo metr kwadratowy w chorwackiej stolicy kosztuje około 12 tysięcy złotych, w Warszawie to 17 tysięcy. Ale i tu i tam marzenie o własnym dachu nad głową z coraz większym prawdopodobieństwem pozostanie tylko marzeniem. A najem przestanie być etapem przejściowym, ale stanem stałym. Z tym że z wynajmem też na razie mamy problem.

Chrześcijaństwo to amoralna religia? 'Gdy Jędraszewski straszył tęczową zarazą, mówił językiem Jezusa'