advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Chiński statek przybił do niemieckiego portu. W Europie strach

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
05.03.2024 13:06
Trasę tego statku pilnie obserwowali szefowie europejskich firm motoryzacyjnych: BYD Explorer 1 przywiózł do Europy trzy tysiące tanich, chińskich samochodów elektrycznych. I to dopiero początek, bo takich jednostek ma wkrótce płynąć w naszym kierunku cała flotylla. Chińczycy produkują elektryki jak szaleni i już nie są w stanie upchnąć ich na swoich drogach, więc łakomym okiem patrzą na Europę. I mają w ręce jeden, najważniejszy atut: cenę.
|
|
fot. siwabudv/Envanto Elements

Już tu jest. Po ponad miesiącu podróży przybił do portu. Konkretnie do portu Bremerhaven w Niemczech. Jest superoszczędny, nowiuteńki, a swoją podróż rozpoczął od wielkiej fety na chińskim nabrzeżu z fajerwerkami na koniec. Dlaczego żegnano go z fajerwerkami? I dlaczego stał się bohaterem jednej z najważniejszych historii gospodarczych na świecie tego roku, a może nawet tej dekady? Historia na razie nie ma końca, ale według europejskiej prasy jest straszna. Bo statek - podobno - przywiózł do Europy śmierć.

Wojna z pokładu AWACS. Odsłaniamy kulisy 'nowego oka polskiej armii'

Statek ro-ro, czyli roll-on-roll-off, to taki, który w ładowniach mieści wszystko, co da się tam wtoczyć. Od samochodów, autobusów, ciężarówek, naczep i przyczep, po maszyny rolnicze, budowlane i górnicze. Oraz lokomotywy, wagony, a nawet całe pociągi. Dlaczego przybicie do portu w Bremerhaven statku, których po świecie pływają setki, stało się europejską sensacją? Bo statek jest czarterowany przez chińskiego producenta elektryków. I został specjalnie przystosowany do transportu tego typu pojazdów. Przywiózł właśnie trzy tys. aut za jednym zamachem. Czyli mniej więcej tyle, ile BYD sprzedał w Europie przez cały ubiegły rok. A to wcale nie koniec. To, co widzimy w Europie jako pierwszy wielki transport z Chin aut na baterie, jest częścią wielkiej operacji. Zarządził ją chiński rząd, a biorą w niej udział wespół w zespół tamtejszy przemysł stoczniowy i motoryzacyjny. W ścisłej współpracy organizują wielki światowy przerzut aut elektrycznych na krańce świata.

Chińskie elektryki zaleją Europę?

BYD czeka już na siedem kolejnych statków ro-ro. Każdy z nich zabierze do Europy siedem tys. aut. I w ciągu roku odbędzie zapewne kilka podróży. Przewiezie zatem kilkadziesiąt tysięcy samochodów, załóżmy, że będzie to 35 tys. Statków jest w sumie osiem. Zakładając, że będą dostarczane sukcesywnie, uruchomienie morskiego mostu pomiędzy azjatyckimi a europejskimi portami oznacza elektryczną inwazję. I kilkaset tysięcy chińskich aut na baterie na rynku w Europie. A to tylko jednego z producentów. Bo kolejka na morzu już ustawia się długa. Najwięksi chińscy producenci będą odbierać w tym roku dziesiątki statków ro-ro, sumie ponad 60. Wszystkie są budowane z myślą o wożeniu aut na baterie. I wszystkie napędzane są tanim płynnym gazem. Kadłuby mają pokryte specjalną powłoką ograniczającą tarcie, przez co zużycie paliwa jest jeszcze mniejsze. Dzięki temu wożenie aut przez pół świata podnosi ich cenę w ograniczonej skali. A chiński przemysł stoczniowy pracuje pełną parą. Zapotrzebowanie jest tak wielkie, że nowe doki buduje się nawet na rzekach. A potrzeby rosną. Bo Chiny mają wielką nadprodukcję aut elektrycznych. Które trzeba komuś sprzedać. Żeby sprzedać, trzeba je najpierw zawieźć.

Tylko jeden z koncernów, czyli wspominany BYD, wyprodukował w ubiegłym roku trzy mln elektryków. Ćwierć miliona sprzedał na całym świecie. Przegonił na świecie Teslę i jest liderem sprzedaży w swoim segmencie w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. W Japonii, ojczyźnie motoryzacji, co piąty importowany samochód jest marki BYD. Pozostali chińscy producenci też nie zasypiają gruszek w popiele.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Chiński elektryk ma uniwersalną broń

W ubiegłym roku Chiny przegoniły Japonię w kategorii największy na świecie eksporter samochodów. A to dopiero początek. Bo Chiny właśnie poszły na wojnę z Europą. Do walki stanęły z najgroźniejszym orężem w dłoni, czyli ceną. Najtańsze auto BYD kosztuje niecałe 14 tys. dolarów, a więć około 56 tys. złotych. Producent ogłasza zatem początek nowej ery, w której auta na prąd są tańsze niż auta na benzynę. Tutaj uwaga na marginesie: średnia cena nowego auta w Polsce wyniosła niecałe 175 tys. złotych i była o blisko trzy proc. wyższa niż rok wcześniej. Jest i dobra wiadomość: ten trzyprocentowy wzrost był najniższy od ponad dwóch lat.

A skoro o cenach mowa - europejscy producenci kontratakują. Na targach motoryzacyjnych w Genewie Renault pokazało elektryczne auto miejskie za równowartość około 125 tys. złotych, elektryczna dacia ma kosztować poniżej 100 tys., Stellantis, właściciel marek Peugeot i Fiat, planuje w ofercie auto na prąd w podobnie niskiej cenie. Renault planuje obciąć koszty produkcji o prawie połowę. Auta na baterie zbudowane są mniej skomplikowanie, do ich składania potrzeba mniej ludzi, a większość elementów ma być produkowana na miejscu w Europie. Króluje polityka: 'żadnych zbytków'. Nie będzie podgrzewanych foteli czy chromowanych wykończeń. Bo konsumenci nie cierpią na nadmiar gotówki, więc mocno trzymają się za kieszenie.

Prezesi europejskich koncernów motoryzacyjnych widzą więc przed sobą przede wszystkim ciemność. Bo - ich zdaniem - Chińczycy mogą obniżyć ceny do poziomów, o których nikomu się dzisiaj nie śni. A to oznaczałoby jedno: śmierć europejskiej motoryzacji.

Samochody elektryczne na ostrym zakręcie. Dlaczego nad rynkiem elektryków zachodzi słońce?

Chiński elektryk a polska Izera

I na koniec najnowsze wieści z frontu walki o polski samochód elektryczny. Bo projekt lada moment ma wejść w ostry zakręt, który może katapultować go prosto do rowu. Chodzi, jak nietrudno się domyślić, o pieniądze. Ale po kolei. Najpierw stan gry. Jest działka pod fabrykę, jest tajny projekt auta, którego nikt nie widział. Jest deklaracja chińskiej firmy Geely, że podzieli się technologią budowy aut na baterie. Żadnych formalnych umów nie ma. Nie ma też za co kupić technologii ani zbudować fabryki. Pojawił się więc pomysł, by pieniądze na fabrykę dała Unia Europejska. Konkretnie w programie postpandemicznym znanym jako KPO. W sprawie jest postęp, bo pieniądze z Brukseli właśnie zaczynają płynąć do Polski. I tu pojawia się problem. Bo chiński koncern chciałby w polskiej fabryce skręcać swoje samochody. Omijając w ten sposób europejskie cła i sprzedając auta w Europie jeszcze taniej. Chińskie auta. Bo polską Izerę czysto potencjalnie skręcano by kątem. O ile w ogóle. W tej sytuacji rząd lada moment podejmie decyzję, czy rzecz sobie darować. Razem z połową miliarda złotych, które już na ten projekt wydano z naszych, bo publicznych pieniędzy.

Na koniec o fabryce koncernu BYD, tego samego, którego pierwszy statek ro-ro był w Chinach żegnany z państwową pompą i pokazem fajerwerków. BYD startuje właśnie z budową fabryki na Węgrzech. Zamierza ją uruchomić do końca przyszłego roku, a to dwa razy szybciej niż standardowo. Zwykle od wbicia łopaty po zjazd pierwszego auta z taśmy mijają cztery lata lub więcej. A kto pierwszy, ten lepszy. W tej historii Chińczycy na Węgrzech zdecydowanie są na prowadzeniu. Najważniejszy jest optymistyczny z pewnego punktu widzenia finał. Polska śmiercią rodzimej motoryzacji nie musi się martwić. Sami wiecie dlaczego.

Twój kolejny samochód może być chiński. Ceny robią wrażenie