Atak atomowy na Hiroszimę oczami sprawców. "Myśleliśmy, że bomba nie zadziała"
"O godzinie 8.16, około 43 sekund po tym, jak Ferebee nacisnął przełącznik zwalniający, ładunek znalazł się na wysokości 580 metrów nad ziemią. (...) Ferebee nie trafił idealnie - bomba opadła około 250 metrów dalej. Zamiast nad mostem detonacja nastąpiła nad szpitalem Shima. Dla mężczyzn, kobiet i dzieci znajdujących się w zasięgu fali uderzeniowej nie miało to jednak znaczenia - skutki były takie same". Publikujemy fragment książki pt. "I zdarzyła się Hiroszima" Iaina MacGregora.
Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. "I zdarzyła się Hiroszima. Wyścig po bombę atomową i fatalna decyzja, która zmieniła losy świata" autorstwa Iaina MacGregora w przekładzie Radosława Madejskiego. Książka ukazała się 27 maja 2026 roku nakładem wydawnictwa Muza.
Nad Iwo Jimą Parsons i Jeppson oznajmili Tibbetsowi, że nadszedł czas, aby uzbroić bombę. Dowódca przyzwalająco skinął głową i spojrzał w dół na wyspę. Bez trudu rozpoznał charakterystyczny zarys góry Suribachi i od razu pomyślał o tysiącach amerykańskich marines, którzy zginęli podczas bitwy, zanim w końcu zdołali zatknąć flagę na szczycie. Oficerowie odpowiedzialni za uzbrojenie Little Boya zniknęli w tunelu zapewniającym dostęp do komory bombowej. Kapitan marynarki przez wiele godzin ćwiczył całą procedurę - musiał wyjąć trzy zielone korki zabezpieczające i zastąpić je czerwonymi, które zamykały obwód detonatora. Gdy robił to po raz pierwszy w warunkach bojowych na czoło wystąpił mu zimny pot. Ostatni raz sprawdził, czy wszystko się zgadza, poklepał stalowy korpus i dał Jeppsonowi znak, że mogą wracać. Gdy znów pojawili się w kabinie, Van Kirk uniósł wzrok znad map. "Parsons usiadł obok mnie i wlepił wzrok w panel kontrolny. Zapytałem go, co się stanie, jeśli zapali się któraś z zielonych lampek. Odpowiedział: «Będziemy mieli prze***ne!»”.
Parsons obrócił się w stronę Tibbetsa i poinformował go, że bomba jest gotowa do użycia. Tibbets wydawał się spokojniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. I rzeczywiście taki był. Misja przebiegała zgodnie z planem. Zwiększył moc silników, lekko pociągnął do siebie wolant i Enola Gay zaczęło gładko wspinać się na pułap operacyjny 9 tysięcy metrów. Pogoda była idealna do zrzutu. Widać było linię brzegową oddalonych o 160 kilometrów Wysp Japońskich. Gdy odległość zmniejszyła się do 120 kilometrów, w polu widzenia pojawiła się sama Hiroszima. Van Kirk kontynuował: "Chcieliśmy dokonać zrzutu na kursie 270 stopni, tak jak planował Ferebee. Ucieczka z wiatrem ogonowym nie wchodziła w grę. Liczyła się dokładność. Zresztą i tak nie miało to większego znaczenia, bo południowe wiatry były bardzo słabe. Podchodziliśmy do celu przez długi czas. Krzyknąłem do Toma: «Gdybyśmy robili takie długie podejście w Europie, to by nas tu nie było!»”.
Rozmowy na pokładzie ucichły i zapanowała pełna koncentracja. Wszyscy przystąpili do działania zgodnie z wyćwiczonymi procedurami, przygotowując się do zrzutu. Tibbets przerwał ciszę, przypominając załodze o założeniu gogli, których przyciemniane soczewki należało opuścić dopiero po zrzuceniu bomby. Na pokładzie Necessary Evil lecącego za Tibbetsem Russell Gackenbach uniósł wzrok znad mapy i przyglądał się, jak jego załoga zakłada gogle, podczas gdy samolot zataczał pełny krąg. Trwało to 6 minut i 15 sekund. "Gdy wykonaliśmy ten manewr, obraliśmy kurs prosto na Hiroszimę". - wspominał Gackenbach. (...)
Wysoko na bezchmurnym, błękitnym niebie Tom Ferebee siedział na stanowisku bombardiera w przedniej części przeszklonego przedziału załogi Enoli Gay. Przez celownik bombowy obserwował miasto i wprowadzał poprawki, uwzględniając znoszenie samolotu przez wiatr. Jak podczas wielu wcześniejszych misji konsultował obliczenia z Van Kirkiem i wspólnie doszli do wniosku, że przy prędkości 287 węzłów (ok. 530 km/h) należy zmienić nastawy celownika o osiem stopni, aby skompensować dryf samolotu. Gdy dzieliło ich około 16 kilometrów od celu, Tibbets włączył sprzężonego z celownikiem bombowym autopilota, który utrzymywał stały kurs, prowadząc ich do punktu celowania. Po chwili Ferebee zameldował, że widzi charakterystyczny Most Aioi w kształcie litery T. Nie miał wątpliwości; rozpoznawał go dziesiątki razy na zdjęciach podczas odpraw i ćwiczeń w bazie. Na ten sygnał dowódca misji przekazał mu kontrolę nad końcowym etapem podejścia do zrzutu. Teraz wszystko miało się rozegrać w ciągu najbliższych kilkudziesięciu sekund.
Za nimi, na pokładzie Necessary Evil, zespół obserwatorów zajął pozycje, gotowy na detonację. Russell Gackenbach rozpoznał sygnał, na który wszyscy czekali: "Byliśmy w fazie podejścia do celu i nagle radio ucichło. To nie był przypadek. Cisza w eterze oznaczała, że drzwi komory bombowej Enoli Gay są otwarte, a bomba została zrzucona. W tym momencie naukowcy na naszym pokładzie włączyli stopery. Po upływie określonego czasu operator uruchomił kamerę zamontowaną przy stanowisku bombardiera. Potem zaczęliśmy robić zdjęcia".
Theodore Van Kirk nagle poczuł, jak Enola Gay podrywa się w górę, gdy Little Boy ważący około 410 kilogramów opuścił komorę bombową. "Paul natychmiast wyłączył autopilota i zaczął skręt - 160 stopni w prawo - aby oddalić się od miejsca zrzutu. Maksymalnie ostry przechył, na jaki tylko pozwalała maszyna. Przesunął przepustnice do końca i opuścił dziób samolotu, żeby nabrać prędkości i odlecieć jak najdalej. Musiał to zrobić w ciągu czterdziestu trzech sekund, bo tyle potrzebowała bomba, by osiągnąć wysokość, na której miała nastąpić detonacja".
Little Boy opadał ku ziemi, zmierzając w kierunku Mostu Aioi. Na wysokości około 8 kilometrów aktywował się trzystopniowy układ mechanizmów wyzwalających - najpierw timer odliczający czas od momentu zrzutu, następnie barometryczny czujnik wysokości, a na końcu radarowy wysokościomierz w statecznikach, którego sygnał ostatecznie zamykał obwód zapłonu ładunków inicjujących. O godzinie 8.16, około 43 sekund po tym, jak Ferebee nacisnął przełącznik zwalniający, ładunek znalazł się na wysokości 580 metrów nad ziemią. Tibbets i jego załoga znajdowali się wtedy w odległości około 10 kilometrów, wykonując skręt zgodnie z zaleceniem Oppenheimera. Ferebee nie trafił idealnie - bomba opadła około 250 metrów dalej. Zamiast nad mostem detonacja nastąpiła nad szpitalem Shima. Dla mężczyzn, kobiet i dzieci znajdujących się w zasięgu fali uderzeniowej nie miało to jednak znaczenia - skutki były takie same.
Van Kirk wspominał: "Nie wszyscy w samolocie mieli zegarki, więc odliczaliśmy: «Tysiąc jeden, tysiąc dwa, tysiąc trzy». Myśleliśmy, że bomba nie zadziała, bo te czterdzieści trzy sekundy zdawały się trwać całą wieczność. Nagle zobaczyliśmy oślepiający błysk, a po chwili pierwsza fala uderzeniowa zakołysała samolotem. Jeszcze gorszy od samego uderzenia był huk, który brzmiał jak odgłos pękającej blachy. Ktoś odruchowo zawołał: «flak!»*, ale sierżant Caron siedzący na stanowisku strzelca ogonowego potwierdził, że to fala uderzeniowa i że zaraz uderzy kolejna, choć o mniejszej sile niż pierwsza”.
"Wtedy z ust Boba Lewisa miały paść słowa: «Mój Boże, co myśmy zrobili?» - to ten lepszy cytat, druga notatka w jego dzienniku, zapisana prawdopodobnie dopiero po wylądowaniu na Tinianie. W rzeczywistości jeszcze w powietrzu zawołał: «Patrzcie, ale sk****el dowalił!»”
Na pokładzie Necessary Evil Russell Gackenbach poczuł uderzenie fali dźwiękowej. "Grom odbił się od dziobu naszego samolotu z powodu opływowego kształtu. Pozostałe dwie maszyny oddalały się od miejsca wybuchu, więc dogoniła ich od tyłu. Enola Gay kołysała się przez chwilę, a potem strzelec ogonowy zameldował: «Nadchodzi kolejna»".
Van Kirk wspominał: "W końcu ogarnęliśmy wzrokiem to, co się wydarzyło. Zobaczyliśmy wielką białą chmurę wznoszącą się nad celem, która sięgała już znacznie wyżej niż nasz pułap i nadal rosła. U jej podstawy rozpościerała się nad całym miastem gęsta warstwa dymu, pyłu i wszystkiego, co wyrzuciła fala uderzeniowa. Od razu było jasne, że nie uda nam się przeprowadzić obserwacji z bliska. Nie okrążyliśmy miasta. Przecięliśmy południowo-wschodni kwadrant Hiroszimy, a potem obraliśmy kurs powrotny".
Lecąca na wysokości 8840 metrów Enola Gay oddalała się od miejsca wybuchu, a siedzący na stanowisku strzelca ogonowego sierżant Bob Caron obserwował pozostające w tyle dzieło zniszczenia. Zgodnie z planem w eter poszła zakodowana depesza:
82 V 670. Able, linia 1, linia 2, linia 6, linia 9.
Zadanie wykonane. Pełny sukces. Widoczne efekty większe niż w Alamogordo. Warunki w samolocie po zrzucie normalne. Lecimy do bazy.
Kolejne fale uderzeniowe natychmiast zaalarmowały załogę, która podejrzewała ostrzał przeciwlotniczy. Caron szybko uspokoił kolegów, wyjaśniając im, co się faktycznie dzieje. Nikt nie chciał wkładać ciężkich stalowych kamizelek przeciwodłamkowych. Tibbets, Ferebee i Van Kirk dobrze je znali z licznych misji bombowych w Europie, gdzie musieli mierzyć się z silnym ogniem artylerii przeciwlotniczej. Teraz, w ten przepiękny słoneczny poranek nad Hiroszimą, nigdzie nie było widać japońskich myśliwców. I nie musieli się ich obawiać. Gdy Enola Gay skręciła w stronę morza, Tibbets i Lewis trochę się rozluźnili. Głównym tematem rozmowy podczas lotu powrotnego było zakończenie wojny. Japończycy byli bez szans. Trudno było sobie wyobrazić skalę zniszczeń, jakie pozostawiła za sobą nowa broń.
Russell Gackenbach czuł, że atmosfera w kabinie Necessary Evil jest inna niż zwykle: "Zazwyczaj w drodze powrotnej po bombardowaniu ludzie są zadowoleni. Żartują, są w doskonałym nastroju. Wszystko gra. Tym razem tak nie było. Panowała cisza, czuliśmy się przytłoczeni, zszokowani. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, co właściwie się dzieje, a zanim oddaliliśmy się około 24 kilometrów od miejsca zrzutu, chmura sięgała już wyżej niż my. Widzieliśmy ją jeszcze z odległości 160 kilometrów. Zwłaszcza strzelec ogonowy”.
Widok, który Tibbets miał przed oczami, gdy zatoczył krąg, by przed odejściem na południowy zachód jeszcze raz przyjrzeć się dokładnie celowi, pozostał z nim na resztę życia: "Gigantyczny purpurowy grzyb, o którym mówił Caron, wzniósł się już na wysokość ponad 12 tysięcy metrów, kilka kilometrów powyżej naszego pułapu, i wciąż kipiał ku górze jak coś przerażająco żywego. Ten widok budził grozę i choć byliśmy już daleko, sprawiał wrażenie czegoś, co zaraz nas pochłonie. Gdyby Dante leciał z nami, byłby przerażony!”
Posłuchaj: