advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Dom we Włoszech za 1 euro? Brzmi świetnie, ale to może być pułapka

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
4 min. czytania
01.04.2024 13:08
Kolejne włoskie miasteczka podchwyciły pomysł sprzedaży obcokrajowcom domów za symboliczne jedno euro. Program po raz pierwszy pojawił się ponad 15 lat temu i miał przyciągać inwestorów do wyludniających się miejscowości. I są takie, które już ogłosiły sukces, to nie brakuje takich, gdzie okazał się porażką. I choć dom za jedno euro brzmi kusząco, to może stać się kosztowną pułapką, bo remonty takich nieruchomości pochłaniają dziesiątki, a nawet setki tysięcy euro.
|
|
fot. travnikovstudio/EnvatoElements

Ten artykuł będzie o marzeniach, które zderzają się z rzeczywistością. Marzeniem, o którym piszę, jest dom we Włoszech, który można kupić za jedno euro. Taką możliwość dały już dziesiątki włoskich miasteczek. Rzeczywistością - i to nieraz brutalną - koszty, które trzeba ponieść później i biurokratyczny koszmar, jaki trzeba przejść. I choć jest miasteczko, które świętuje wielki sukces swojego programu, to w tym samym czasie, inne ogłaszają spektakularną klapę.

Pomysł na uratowanie wymierających miasteczek

Na pomysł programu sprzedaży obcokrajowcom domów za jedno euro wpadł w 2008 roku ówczesny burmistrz miasteczka Salemi na zachodzie Sycylii. Miasteczko mocno ucierpiało w trzęsieniu ziemi w 1968 roku, jego najstarsza część do dziś nie została w pełni odbudowana. Taka propozycja burmistrza miała ściągnąć do wyludniającego się miasta zagranicznych inwestorów i nowych mieszkańców. Pomysł szybko podchwyciły władze innych wyludniających się włoskich miasteczek. Jednym z najbardziej znanych jest Mussomeli, położone około dwóch godzin jazdy na południe od Palermo. I właśnie to miasteczko chwali się teraz wielkim sukcesem swojego uruchomionego w 2017 roku programu.

W ciągu pięciu lat działania tego programu sprzedało się 95 procent wszystkich wystawionych na sprzedaż domów - to około trzystu nieruchomości. Sto z nich, to domy za umowne jedno euro, dwieście - to nieruchomości w nieco lepszym stanie, ich ceny zaczynają się od 5 tysięcy euro i wymagają mniejszego remontowego nakładu pracy. Teraz władze mówią nie tylko o wzroście liczby mieszkańców ze wszystkich stron świata - na ulicach słychać języki: angielski, francuski i hiszpański, ale też o dziesięciokrotnym wzroście liczby turystów.

Masz kawalerkę w Warszawie? Stać cię na dom w Grecji, Bułgarii, Hiszpanii, a nawet na Bali!

A paradoksalnie miastu pomogła w tym... pandemia. Bo skoro spora część świata pracowała wtedy zdalnie, to dlaczego nie robić tego z domu na włoskiej Sycylii? Domy schodziły wtedy jak świeże bułeczki, a wiele osób zdecydowało się tam zostać ze względu na wolniejsze tempo życia i niskie koszty utrzymania. Sukces na całej linii. Ale są też porażki.

Problematyczne prawo spadkowe

Z sycylijskiego Mussomeli przenosimy się do położonego na skalistym płaskowyżu w regionie Lacjum, sto kilometrów na południe od Rzymu, miasteczka Patrica. Jeśli spojrzeć na zdjęcia - bajka: kamienne miasteczko na zboczu góry z widokiem na dolinę Sacco. Miasteczko, które wymiera razem z opuszczającymi je mieszkańcami. Jego władze również chciały więc skorzystać z pomysłu sprzedaży domów za jedno euro, ale tam program okazał się absolutnym fiaskiem. Bo sprzedały się zaledwie... dwa domy. Dlaczego?

Bo okazało się, że domy, które miały pójść na sprzedaż, mają skomplikowaną sytuację właścicielską. Opuszczone budynki w starych włoskich miastach są często podzielone między wielu spadkobierców, którzy posiadają tylko część – np. łazienkę, balkon, kuchnię – i zgodnie z włoskim prawem niczego nie można sprzedać bez pisemnej zgody wszystkich spadkobierców. A szukanie ich okazało się szukaniem igły w stogu siana, bo - jak mówi burmistrz - krewni albo byli skłóceni, albo nie utrzymywali kontaktu, albo mieszkali rozrzuceni po całym świecie. W tej sytuacji, jeśli zabrakło choć jednego podpisu - dom nie mógł trafić na sprzedaż.

Diabeł tkwi w szczegółach

Dom za jedno euro dobrze brzmi, ale w programach włoskich miasteczek diabeł tkwi w szczegółach. Bo trzeba zapłacić prowizję pośrednikowi nieruchomości - to kilkaset euro oraz zapłacić za akt notarialny - to około trzech tysięcy euro. Plus ewentualne podatki. Wciąż niewiele jak na dom, ale nieruchomości bywają w takim stanie, że prawdziwą studnią bez dna okazuje się remont takich, często zrujnowanych posiadłości. A nowi właściciele mają obowiązek wyremontować je na przykład w dwa lata. I tu koszty idą w grube tysiące, jeśli nie setki tysięcy.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Takie historie przytacza serwis CNBC, cytujący ludzi, których koszty remontu rosną nawet czterokrotnie: z zaplanowanych pierwotnie 10 tysięcy do 40 tysięcy euro, albo z 40 tysięcy do 140 tysięcy euro. Bo lista prac bywa nieskończona: problemy konstrukcyjne, popękane ściany, dziurawe dachy, słabe fundamenty, przestarzałe instalacje elektryczne i hydrauliczne... Można wymieniać i wymieniać. Jedna z cytowanych przez CNBC osób na remont takiego domu wydała ponad czterysta tysięcy euro! I trzeba mieć na to żywą gotówkę, bo bank na prośbę o kredyt na remont takiej nieruchomości może parsknąć śmiechem.

Do tego dochodzi włoska biurokracja, która może przyprawić o zawrót głowy: trzeba poruszać się w labiryncie formularzy, zezwoleń, pozwoleń, przepisów i podpisów. Plus bariera językowa. Do tego, jak zauważają obserwatorzy, programy włoskich miasteczek bywają iluzoryczne i często są sposobem na zdobycie rozgłosu i politycznego kapitału lokalnych władz. W takiej sytuacji marzenie o włoskim domu za jedno euro i śniadaniu na tarasie może twardo zderzyć się ze ścianą... wymagającą kosztownego remontu.