Ryż, czyli... problem wagi państwowej. Czegoś takiego Japonia jeszcze nie widziała
- W Japonii ryż jest podstawą diety (jak w Polsce ziemniaki);
- Ceny ryżu w Japonii wystrzeliły w kosmos, są nawet dwukrotnie wyższe niż rok temu, a tylko w grudniu wzrost cen sięgnął 60 procent;
- Szefowie kuchni w restauracjach kombinują jak się da, właściciele restauracji podnoszą ceny w menu;
- Do akcji wkracza też japoński rząd, który uruchamia rezerwy.
Zaczniemy od końca, czyli od ostatniej decyzji japońskiego rządu - w obliczu ryżowego kryzysu postanowił wkroczyć do akcji i zainterweniować na rynku. Zdecydował, że otworzy strategiczne magazyny i uwolni jedną piątą z miliona ton krajowych rezerw ryżu, trzymanych na czarną godzinę. Pierwszy raz w historii zrobi to w celu obniżenia cen, a nie ratowania rynku w sytuacji klęsk żywiołowych, jak to robił po trzęsieniach ziemi w 2011 i 2016 roku.
Ryż trafi do hurtowników, a docelowo - na sklepowe półki, co ma pomóc w obniżeniu jego cen. Czy pomoże? Tu eksperci rynku spożywczego mają już wątpliwości. Na pewno nie od razu, a jeśli już, to za kilka miesięcy. Tu na marginesie przypomnijmy interwencję naszego rządu w sytuacji rosnących cen masła. Mimo, że rzucił na rynek masło ze strategicznych rezerw, to efektu w postaci niższych cen nie zobaczyliśmy. Ale wracamy do Japonii.
Jakie są powody obecnego ryżowego kryzysu?
Po pierwsze: kluczowym jest tu rok 2023 oraz fala upałów, jaką nad Japonię przyprowadziły zmiany klimatyczne. Z powodu ekstremalnej pogody z wielu plantacji zbierany był ryż gorszej niż zwykle jakości, a z innych nie udało się zebrać niczego. Wiele japońskich pól ryżowych wyschło na wiór. Ryżu było więc mniej, ale apetyty Japończyków i turystów ciągle takie same. I mimo, że ubiegłoroczne zbiory były już lepsze, to kryzysowa machina ruszyła.
Po drugie: od kilku miesięcy pojawiają się ostrzeżenia przed możliwym megatrzęsieniem ziemi - to wystarczyło, żeby Japończycy - zapewne nieco na wyrost - rzucili się do sklepów po zapasy ryżu do swoich spiżarni.
I po trzecie: kiedy ryżu zaczęło brakować, a ceny zaczęły rosnąć, do akcji wkroczyli ci, którzy chcieli na tym zarobić - spekulanci skupujący ryż w oczekiwaniu na jego jeszcze wyższe ceny. Na to samo czekają rolnicy, którzy trzymają ryż w swoich magazynach i czekają z jego sprzedażą, bo może będzie drożej i może uda się więcej zarobić. Ryżu więc w Japonii nie brakuje, ale nie ma go w rynkowym obiegu, leży w magazynach i nie trafia na sklepów - stąd obecne kłopoty.
Japonia ma problem. A może ryż z zagranicy?
A dlaczego w takim razie Japonia nie sprowadzi ryżu z zagranicy? Owszem, robi to - co roku blisko 800 tysięcy ton, ze Stanów Zjednoczonych - przede wszystkim z Kalifornii, ale też z Chin, Tajlandii czy Tajwanu. Problem tylko w tym, że Japończycy wolą jeść swój krajowy ryż - tak jak my wolimy nasze, krajowe ziemniaki, jabłka czy truskawki. Importowany ryż nie trafia więc do domowych kuchni, a do gotowych dań, do posiłków w szkołach czy szpitalach albo do coraz większej liczby restauracji, które w tej sytuacji mają spory problem.
Szefowie kuchni i właściciele restauracji główkują, jak się da. Opracowują specjalne receptury: przez dostosowanie ilości wody używanej w procesie gotowania na parze próbują uzyskać smak i konsystencję produktu z importu zbliżoną do japońskiego ryżu. Albo mieszają ryż importowany z domowym. Choć zapewniają, że akurat w przypadku sushi - czyli narodowej i eksportowej dumy japońskiej kuchni - używają lokalnie uprawianego ryżu. Ale i tak wszystko to nie może nie odbić się na cenach.
Rekordowe ceny ryżu
Jak podają japońskie media, jedna z sieci restauracji z dnia na dzień podniosła ceny flagowych ryżowych onigiri o 20 procent. Inna - podbiła cenę smażonego ryżu nawet o 30 procent. Jeszcze inna - zakończyła bezpłatną usługę oferowania dodatkowego ryżu podczas śniadań i lunchów.
Japończycy lubią kupować ryż w pięciokilogramowych workach - jeszcze rok temu taki worek kosztował równowartość około 50 złotych. Teraz niewiele brakuje do poziomu 100 złotych. Rząd ma wielki problem, również strukturalny: pola ryżowe schną w wyniku katastrofy klimatycznej, szybko starzejące się japońskie społeczeństwo nie ma siły roboczej, która na tych polach mogłaby pracować.
Obecnie nawet 40 procent pól ryżowych leży odłogiem. A to, że Japończycy w kwestii ryżu jeńców nie biorą, pokazuje historia i zamieszki ryżowe. Tak nazwano kryzys w 1993 roku, kiedy po zimnym lecie ryżu zabrakło, a Japończycy spustoszyli sklepy - po nich rząd w Tokio nauczył się mieć zawsze odłożony milion ton ryżu w rezerwach, które właśnie uwalnia. A nazwa "zamieszki ryżowe" pochodzi sprzed blisko stu lat, kiedy ceny ryżu wymknęły się spod kontroli, a na ulice wyszły dziesiątki tysięcy ludzi. Bo kiedy my od czasu do czasu delektujemy się sushi, Japończycy nazywają ryż "pokarmem duszy".