,
Obserwuj
Gospodarka

Zimno, ciemno i do domu daleko, ale... są tłumy. Ile kosztują wakacje w Antarktyce?

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
15.03.2025 18:03
Zamiast ciepłego morza - lodowaty ocean. Zamiast leżaków i drinków z palemką - wieczny śnieg i lodowce. To najnowsze trendy w turystyce - coolcation - tłumaczone jako "chłodne wakacje". Wycieczki za koła podbiegunowe robią się coraz bardziej popularne. Grenlandia buduje nawet dla turystów nowe lotnisko.
|
|
fot. East News
  • To będzie odcinek o granicach, konkretnie o granicach turystyki;
  • Zmiana klimatu i coraz bardziej wypchane portfele napędzają podróże w nietypowe kierunki;
  • Rosnące jak grzyby po deszczu biura polarnej podróży wożą głodnych wrażeń turystów za koło podbiegunowe południowe - na Antarktykę;
  • Na turystykę stawia też Grenlandia;
  • Przyrodnicy załamują ręce. Bo już teraz od spalin zwożących turystów śmigłowców, samolotów i wycieczkowców, bielutki arktyczny śnieg robi się... coraz bardziej czarny.

Zaczynamy od pewnego odludnego miejsca. Chodzi o osadę, którą w 1911 roku wznieśli norwescy wielorybnicy. Opuścili ją 20 lat później - po załamaniu się cen oleju wielorybiego, którego w tamtych czasach używano do lamp oświetlających domy. To nieprzyjazne miejsce - arktyczny masowy grób, zatoka usiana kośćmi wielorybów z rozpadającymi się chatami rybaków i zardzewiałymi monumentalnymi zbiornikami na tłuszcz.

Miejsce to odżyło na chwilę po II wojnie światowej, gdy zamieszkiwali je brytyjscy naukowcy. Ostatecznie zostało opuszczone po wybuchu miejscowego wulkanu, który zmusił uczonych do panicznej ucieczki.

To Deception Island - wyspa położona w jednym z najbardziej niedostępnych i odstręczających miejsc na świecie - za kołem polarnym, nad wodami Oceanu Południowego. To jednocześnie jedno z najtłumniej odwiedzanych miejsc w Antarktyce. Tak tłumnie, że na alarm biją polarnicy. Masowa turystyka narusza bowiem delikatną równowagę w przyrodzie, która nie znała dotychczas skutków osobistej działalności człowieka.

Tłumy turystów na Grenlandii

 

Tymczasem do brzegów Antarktyki przybiło w ubiegłym roku... sześć razy więcej statków wycieczkowych niż rok wcześniej! Tłumy turystów pędzonych trendami z TikToka - to tu, to tam - opanowały najmniej dostępne, do niedawna dziewicze rejony świata. W tym Grenlandię. 

Grenlandia to największa wyspa na świecie, zamorskie terytorium Danii położone na północ od Europy. Podróżujący samolotem do Stanów Zjednoczonych zwykle podziwiają ją z góry. Geograficznie należy do Ameryki Północnej, historycznie i politycznie - do Europy.

Na czołówki gazet trafiła ostatnio z zaskakującego powodu. Grenlandię chciałby skolonizować dla siebie prezydent USA Donald Trump. W jego opinii ukryte pod wiecznym śniegiem mineralne skarby mogłyby zapewnić Ameryce surowcowe bezpieczeństwo. Czy ich wydobywanie jest na dalekiej północy możliwe? I czy jest opłacalne? To sprawa dyskusyjna. 

Grenlandia liczy na coolcation

 

W związku z tym Grenlandia - słabo zaludniona i w 80 procentach pokryta przez lądolód - szuka nowych źródeł gotówki. I liczy na trend znany w turystyce jako coolcation (gdzie turyści decydują się na wyjazd w chłodniejsze regiony). Dlatego zainwestowała górę gotówki we wrota - konkretnie wrota lotnicze.

Wrota rozwiązują podstawowy problem Grenlandii - brak możliwości wygodnej podróży. Zanim stanęły otworem przed podróżnymi z całego świata, chętni do oglądania zorzy polarnej w drodze do grenlandzkiej stolicy musieli przesiadać się co najmniej dwa razy. I dlatego władze wyspy zbudowały dla nich port lotniczy. Z pasem startowym na tyle długim, że może przyjmować wielkie rejsowe samoloty. Każdy z nich przywozi co najmniej 200 pasażerów.

Płynie 'ściek z mediów'. Polak mieszkający na Grenlandii o zamieszaniu wokół wyspy

Rejsowe bezpośrednie połączenia z Europy i USA zapowiadają od czerwca linie skandynawskie i amerykańskie. Na razie do Nuuk (stolica i największe miasto Grenlandii) latać będą od czerwca do września. A za rok do Illulisat - słynącego z gigantycznych gór lodowych, odrywających się od grenlandzkiego lądolodu. Prace nad przedłużeniem pasa na tamtejszym lotnisku są mniej więcej w połowie.

Dlatego Grenlandczycy już liczą przyszłe zyski. Podobnie jak miejscowy rząd, który chce z turystyki zrobić nowe źródło solidnego zarobku. Bo miejscowa gospodarka niemal w całości opiera się na rybołówstwie. No i oczywiście na usługach dla ludności prowadzonych za pieniądze Danii, która co roku przelewa na rachunek Grenlandii sowitą dotację.

Dodatkowym źródłem dochodu ma być turystyka. I dlatego za 10 lat liczba odwiedzających wyspę miałaby się potroić. A Grenlandzka stolica - dzisiaj miasto wielkości Mławy - znacznie się rozrosnąć i dorobić nowych hoteli, bo w tych działających obecnie tak wielka masa turystów - na pewno się nie zmieści. Ale jest też inna strona turystycznej mody na niszowe wakacje, napędzane socialowymi wpisami.

I teraz o tym, czym Arktyka ani Antarktyka nie chciałyby się stać w przyszłości.

Chodzi o Islandię. Ta północna wyspa, która ma zaledwie 370 tysięcy mieszkańców, przeżywa rok w rok najazd ponad 2 milionów turystów. Po tym jak niecałe 20 lat temu przeżyła gospodarczą katastrofę, gdy upadł jej system bankowy, turystyka stała się dla Reykjaviku najważniejszym źródłem gotówki. I powodem narodowego bólu głowy. Dlatego rząd wprowadza tam nowy podatek turystyczny, limity dla wycieczkowców i ogranicza najem krótkoterminowy. Grenlandia chce iść islandzkim śladem. Planuje niemały - bo kilkudolarowy - podatek od każdej nocy spędzonej na wyspie i zakazy wjazdu dla turystów w najczęściej odwiedzane rejony, w zależności od natężenia ruchu. Na przykład w największym parku narodowym na świecie - Parku Narodowym Grenlandii.

Ile kosztują wakacje w Antarktyce?

 

Na koniec cennik wprost z bieguna południowego. Choć agencje turystyczne obsługujące turystykę w Antarktyce wyrastają jak grzyby po deszczu, to wciąż kierunek dla podróżnych z wypchanymi portfelami. Koszt wycieczki? Od mniej więcej 20 tysięcy dolarów w górę. Pobyt w luksusowym obozie na biegunie południowym to prawie cztery razy tyle.

Kontynent chroniony jest zapisami Traktatu Antarktycznego - umowy podpisanej 80 lat temu przez ponad 50 państw na świecie. Daje ona naukowcom swobodę w badaniach, a kontynent chroni przed zniszczeniem, w tym przed zarabianiem na unikalnej przyrodzie. Nie chroni jednak przed trendami rodem z TikToka, napędzanymi przez bogatych poszukiwaczy unikatowych przeżyć, zwożonych na pokładach wycieczkowców, helikopterów i samolotów, z których spaliny czynią śnieżnobiały krajobraz Antarktyki z roku na rok coraz bardziej... czarnym.