,
Obserwuj
Gospodarka

Ta decyzja Trumpa może się spodobać w Europie. Na horyzoncie niższe ceny

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
31.03.2025 11:49
Amerykańskie salony samochodowe idą na rekord sprzedaży. Ustawiły się do nich kolejki chętnych po nowe auta, zanim wchodzące z życie cła na sprowadzane z zagranicy samochody podbiją ich ceny o kilka-kilkanaście tysięcy dolarów. Najmocniej wzrost cen odczują miłośnicy aut dużych, popularnych w stanach konserwatywnych tak zwanych pick-upów.
|
|
fot. Stanislaw Bielski/REPORTER/East News
  • W tym odcinku pójdziemy po rekord. Konkretnie po rekord salonowej sprzedaży nowych samochodów w Ameryce;
  • Gdy prezydent Trump wprowadza zaporowe cła dla aut produkowanych poza USA, producenci motoryzacyjni, pośrednicy i sprzedawcy oraz szeregowi Amerykanie głowią się, co począć dalej;
  • Dodatkowe, astronomicznie wysokie opłaty właśnie wchodzą w życie, Ameryka ma nadzieję odbudować dzięki nim swój przemysł samochodowy. Być znów wielką i to szybko. Czy po dekadach światowej motoryzacyjnej współpracy, ma szanse się usamodzielnić? Czy Amerykanie będą kupować amerykańskie samochody? I czy ta wielka motoryzacyjna rewolucja ma znaczenie dla polskich kierowców?

Zaczniemy od analizy konkretnego przypadku. Bo sytuacja, w której znaleźli się dzisiaj Amerykanie, planujący kupno nowego samochodu, jest nie do pozazdroszczenia. Pan Mark Smith miał zamiar pozbyć się starzejącego Buicka Envision. Oddając go w rozliczeniu za równowartość mniej więcej 55 tysięcy złotych, po rabacie i w ramach akcji promocyjnej chciał kupić model Sorento południowo koreańskiej marki Kia. Nowe auto kosztowałoby go w gotówce około 80 tysięcy złotych. Swój plan zamierzał zrealizować za kilka miesięcy, zbierając w tym czasie brakującą kwotę. Był przekonany, że mu się uda. Aż do chwili, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił zaporowe cła na nie-amerykańskie samochody. W tym samej chwili plan pana Smitha odjechał z piskiem opon w siną dal. Dlaczego? Bo pan Smith nie zdążył zgromadzić gotówkowego wkładu w nowe auto. Nie zdąży też tego zrobić w ciągu najbliższego miesiąca. W tym czasie na salonowych placach skończą się "zapasy" aut sprowadzonych do USA przed wejściem w życie nowych opłat. Aut z niższymi cenami. Bo te, które przypłyną lub dojadą do Ameryki po 3 kwietnia będą znacznie droższe. I dlatego na amerykańskim rynku samochodowym odbywa się istne szaleństwo.

Tesla ma poważne kłopoty. Musk z nietypową prośbą do pracowników

Bo Amerykanie stanęli w kilometrowych kolejkach po nowe auta. Kto żyw pędzi do salonu samochodowego zdążyć przed podwyżkami. Większość największych sieci pośredników motoryzacyjnych ściągała w ostatnich tygodniach - ile się dało. Zapychały się więc terminale morskie dla statków wiozących auta. Ciągnęły karawany lawet z Kanady i Meksyku, gdzie wiele marek produkuje na rynek amerykański. Na salonowych placach stanął zapas aut na miesiąc do półtora intensywnej sprzedaży. Autoryzowani sprzedawcy światowych marek zagrzewani są do walki o klienta wezwaniami z centrali: "Szanowni Państwo - idziemy po rekord!". Konkretnie po rekord sprzedażowy. Marzec i kwiecień mogą być dla amerykańskich sprzedawców aut - najlepszym czasem w historii. Potem ten cud-miód-ultramaryna już się nie powtórzy.

Tak podskoczą ceny

Ceny pójdą w górę. Jak bardzo? Wysokość podwyżek rynek próbuje skalkulować od miesięcy. Nie wiadomo bowiem w jakiej części podwyżkę cła do 25 procent wezmą na siebie producenci, w jakiej sieci dealerów i o ile więcej zapłacą kupujący. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi auta podrożeją o kilka do kilkunastu tysięcy dolarów. W zależności od marki, klasy auta i jego dotychczasowej ceny od 5 do 15 tysięcy dolarów. Tak przynajmniej wyliczają analitycy banku Goldman Sachs. Najmocniej wzrost cen odczują miłośnicy aut dużych, popularnych w stanach konserwatywnych tak zwanych pick-upów. Nieco mniej kupujący japońskie, koreańskie czy europejskie SUV-y. Ale podrożeją też auta używane - o tym dlaczego powiemy za chwilę - i auta marek amerykańskich nieobciążone wysokim cłem.

Ameryka czterema kołami stoi. Amerykański rynek jest największym rynkiem motoryzacyjnym na świecie, gdy chodzi o auta z napędem tradycyjnym nie ma sobie równych. Amerykanie są wystarczająco zamożni, by kupować nowe, drogie auta, w wielkim kraju pokonują wielkie odległości, codzienne życie zostało więc zorganizowane tak, by każdą najdrobniejszą sprawę wygodnie załatwić jadąc samochodem. [BRZDRĘK] Rocznie na amerykańskim rynku sprzedaje się 16 milionów nowych samochodów. Połowa tej liczby wjeżdża do salonów z zagranicy. Bliskiej i dalekiej. Najwięcej z Meksyku, potem z Japonii, Korei Południowej, Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Słowacji oraz pozostałych państw Unii Europejskiej. Problemu tanich chińskich elektryków Ameryka nie ma. Bo obowiązują na nie 100-procentowe cła. I dlatego najtańszy chiński elektryk jest w USA droższy niż standardowa Tesla.

A teraz o braku równowagi. Konkretnie równowagi między popytem a podażą. Jeśli wysokie cła zniechęcą azjatyckich i europejskich producentów do sprzedawania aut w USA - popyt przebije podaż. Kupujących będzie więcej niż sprzedających. A to dodatkowo podniesie ceny. Także aut produkowanych na miejscu w USA, nieobjętych cłami. Oraz aut używanych. Bo wysokie ceny nowych samochodów zmuszą Amerykanów do wizyt w komisach. I zainteresowania się autami z drugiej ręki. Bo wyższe ceny detaliczne to wyższe raty w kredytach samochodowych. Które już dzisiaj w USA są rekordowo wysokie. I wynoszą przeciętnie równowartość 2,5 tysiąca złotych.

Własne fabryki?

I teraz czas na odpowiedź na pytanie: czy aby na pewno o to w tej operacji chodziło? O odebranie części Amerykanów marzenia o nowym aucie? W odpowiedzi słowa prezydenta USA, którzy zaporowe cła zarządził. Która brzmi tak: "To, że ceny wzrosną obchodzi mnie najmniej, bo Amerykanie zaczną kupować amerykańskie auta". Tyle lider największej gospodarki na świecie. Który nie tylko nie martwi się podwyżkami, ale nawet ma na nie nadzieję. Bo w jego opinii Ameryka ma mnóstwo własnej produkcji. A jak jest naprawdę? Stany Zjednoczone nie mają dzisiaj żadnej marki ani modelu, który powstawałby w całości a Ameryce z amerykańskich części i podzespołów. Auta, które wyjeżdżają z linii produkcyjnych w USA składają się w różnej części z elementów importowanych. Najbardziej amerykańska Honda jest amerykańska w trzech czwartych. W jednej czwartej jest zagraniczna. W przypadku Mazdy te same proporcje wynoszą 20 do 80. I choć cła na sprowadzane z zagranicy elementy - wchodzą w życie miesiąc później - niewiele to zmieni. Na świecie nie ma logistycznych cudów. Zmiana w łańcuchach dostaw wymaga czasu i zachodu. I przewidywalnych warunków gospodarczych.

Może zatem najrozsądniej byłoby wybudować w Ameryce własną fabrykę? Może byłoby. Tyle, że taka inwestycja to kwestia lat, nie miesięcy. Kosztuje miliardy i jest ryzykowna pod każdym względem. Bo pomimo dobrego planu może się skończyć barkiem rąk do roboty. I kosmicznymi kosztami materiałów do produkcji. Bo Donald Trump wprowadził już zaporowe cła na import stali i aluminium. I planuje zrobić to samo z miedzią. A to materiały niezbędnego do produkcji samochodów. I mikroprocesorach nie wspominając. W których specjalizuje się Azja. I które do swoich aut sprowadza stamtąd nawet ultra amerykańska Tesla.

Na koniec bliższa ciału koszula niźli sukmana, czyli europejski rynek motoryzacyjny wobec celnego chaosu po amerykańsku. Po pierwsze: Unia Europejska zapowiada odwet. Jeśli nałoży wysokie cła na amerykańskie auta, gwałtownie zahamuje w Polsce import indywidualny. Do kilkuprocentowego cła, podatku VAT i akcyzy kupujący będą musieli dołożyć na przykład kolejne 25 procent wartości. Dzisiaj import używanych samochodów zza Oceanu jest najszybciej rosnącym importem indywidualnym w Polsce. W ubiegłym roku takich aut sprowadzono o 65 procent więcej niż rok wcześniej. Po drugie: rynek motoryzacyjny zmieni się globalnie. Auta produkowane w Azji, które nie trafią do USA, bo staną się tam za drogie, komuś trzeba będzie sprzedać. Może nawet taniej. I to by była bardzo dobra wiadomość.