Donald Trump topi dolara. Tak może się to odbić na polskim złotym
- Donald Trump w planie uczynienia Ameryki znów wielką na razie topi swoją własną walutę;
- Decyzyjny chaos w sprawie ceł wywołał odwrót światowego kapitału od amerykańskiej waluty i poszukiwania nowych bezpiecznych przystani;
- To o tyle niezwykłe, że dotychczas na świecie panowała zasada "jak trwoga, to do dolara". Teraz ta zasada się odwróciła - i można ją określić słowami: "jak trwoga to jak najdalej od dolara";
- Światowy kapitał szuka miejsca w bezpieczniejszych: franku szwajcarskim i złocie;
- Perspektywy dla złota nie są dobre z dwóch powodów: pierwszy leży w Narodowym Banku Polskim, drugi - za naszą wschodnią granicą.
Amerykański dolar tak słaby do euro nie był od trzech, do złotego - od czterech, a do franka - od kilkunastu lat. Od początku kadencji Donalda Trumpa stracił już około 10 procent, a na rynku walutowym w tak krótkim czasie - to bardzo dużo. Spadki przyspieszyły od momentu, gdy zaczął się celny chaos amerykańskiego prezydenta, który jednego dnia cła wprowadzał, drugiego zawieszał, trzeciego podwyższał, a decyzje w tej sprawie potrafiły się zmieniać w ciągu godzin.
Panicznie reagowały na to giełdy, a dolar stanął nad przepaścią. Rynki zadały sobie pytanie, kiedyś nie do pomyślenia: czy dolar amerykański może utracić swój niepodważalny do tej pory status bezpiecznej przystani?
Na pewno wiemy jedno: dolar huśta się w górę i w dół, bo polityka Donalda Trumpa wzmaga obawy o recesję w Stanach Zjednoczonych. W związku z tym rynki wyceniają, że stopy procentowe w USA mogą spadać bardziej niż się tego do tej pory spodziewały. A obniżki stóp - w modelowych przypadkach - korzystne dla waluty danego kraju nigdy nie są, bo mniej opłaca się w nią inwestować.
Dolar jest nie tylko walutą amerykańską. Jest walutą światową - to fakt. Jego kurs odczuwamy na poziomach od wielkiej gospodarki - bo świat trzyma w nim aż 60 procent rezerw walutowych (dla porównania: w drugim co do popularności euro - 20 procent, a w japońskim jenie i brytyjskim funcie - po 5 procent), aż po nasze codzienne życie. Bo choćby w dolarach rozliczany jest światowy handel ropą naftową, a to bezpośrednio przekłada się na ceny paliw na stacjach. Obserwowane i zapowiadane na najbliższy czas obniżki benzyny i diesla na polskich stacjach to właśnie efekt sprzymierzenia dwóch sił: z jednej strony taniejącej ropy naftowej, a z drugiej - właśnie słabego dolara.
"Dedolaryzacja" rynku. Co to oznacza?
Rynek przechodzi proces szybkiej "dedolaryzacji" - mówią analitycy, patrząc na to, co dzieje się w ostatnich dniach. Co to znaczy? To stopniowe odchodzenie od dolara w globalnym systemie finansowym.
Bo światowy kapitał - na fali obaw o nieprzewidywalność amerykańskich władz, które nadszarpnęły wiarygodność dolara - szuka dla siebie nowych "bezpiecznych przystani". I znajduje je:
- po pierwsze we franku szwajcarskim, który znów gwałtownie drożeje i do dolara jest najsilniejszy od grubo ponad dekady,
- po drugie w złocie, które też uważane jest za bezpieczne albo przynajmniej bezpieczniejsze na niepewne czasy i bije rekord za rekordem, a kolejne wielkie światowe banki inwestycyjne podwyższają prognozy dla złota.
Najnowsza prognoza - banku Goldman Sachs - wskazuje, że do końca roku złoto może osiągnąć 3700 dolarów za uncję, a za rok - może docierać do astronomicznych 4 tysięcy dolarów. A już w ciągu ostatniego roku złoto zyskało jedną trzecią i w kilka tygodni z łatwością przebijało kolejne poziomy: 3 tysięcy, 3100, a ostatnio - 3200 dolarów za uncję. I chociaż świat dla dolara nie ma w tej chwili realnej alternatywy, to - jak mówią ekonomiści - Donald Trump podważa podstawy tego, co dało początek światowej dominacji dolara.
Słaby dolar. Trump robi to celowo?
A może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Donald Trump jasno dawał do zrozumienia w swojej pierwszej kadencji, że chce słabszego dolara i mówił, że silna waluta zabija amerykańską gospodarkę. Teraz tak jasnych deklaracji nie składa, ale ekonomiści zwracają uwagę, że amerykański prezydent uważał, że dzięki słabszemu dolarowi amerykańskie towary staną się tańsze dla zagranicznych nabywców, co ma wspomóc krajową produkcję, zapewnić miejsca pracy i pomóc zmniejszyć deficyt handlowy kraju. Ale ekonomiści do tak prostej recepty podchodzą z dużą ostrożnością.
Donald Trump chce przekupić Grenlandczyków? Nowy pomysł prezydenta USA
Zwykle bywało tak, że im słabszy dolar, tym lepiej dla złotego. Działała tu od lat zasada: słabszy dolar, to mocniejsze euro, a złoty zachowuje się jak euro, tylko bardziej. Tym razem jednak tak prostego przełożenia nie ma, bo i dla złotego perspektywy nie są najlepsze.
Złoty słabnie do euro i franka - dlaczego? Odpowiedzi należy szukać na naszym, krajowym podwórku i za naszą wschodnią granicą. Ostatnie tygodnie przyniosły zwrot w polityce pieniężnej banku centralnego. Wiadomo, że wielkimi krokami zbliżają się obniżki stóp procentowych, więc wyparowuje jeden z czynników, który grał na umocnienie złotego: wysokie stopy procentowe powodowały, że papiery powiązane ze złotym były lepiej oprocentowane i po prostu się światowemu kapitałowi opłacały. Teraz - ze spadającymi procentami - złoty już tak atrakcyjny nie będzie. To jeden czynnik, a drugi - od początku roku złotego napędzały nadzieje na jakąś formę uspokojenia sytuacji związanej z wojną w Ukrainie. Z każdym kolejnym tygodniem jednak taka nadzieja się nie przybliża, a więc i z tego powodu dobry nastrój wokół złotego gaśnie.
Jak to wszystko przełoży się na nasze kieszenie? Słabszy dolar, to dobre informacje z punktu widzenia cen paliw. I dobre informacje dla tych, którzy w najbliższym czasie wybierają się na przykład na wakacje do Stanów Zjednoczonych. Droższy frank szwajcarski znów bardziej obciąży kredytobiorców walutowych. Droższe euro to z kolei zła wiadomość dla planujących wyjazdy choćby na południe Europy. Ale dobra dla firm eksportujących swoje towary na Zachód. A zatem - słabszy złoty to nie dla wszystkich zła wiadomość.