,
Obserwuj
Gospodarka

Umowa o surowcach. Trump ma kota w worku, a Zełeński gwarancje bezpieczeństwa

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
06.05.2025 12:43
Ta historia rozpoczęła się od trzęsienia ziemi w Białym Domu, później nastąpiło kilka gwałtownych zwrotów akcji. Chodzi o amerykańsko-ukraińską umowę dotyczącą rzadkich surowców, którą w końcu udało się podpisać. Donald Trump jest przekonany, że ubił świetny interes, ale fakty tak ochoczo tego przeświadczenia nie potwierdzają.
|
|
fot. Julia Demaree Nikhinson / AP Photo
  • Ukraińskie złoża rzadkich surowców zostały skatalogowane jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, od tamtego czasu analogowe mapy leżą w sejfie zamknięte na klucz;
  • Nawet w Ukrainie są głosy, że nie wystarczy wbić łopaty w ziemię, żeby wykopać żywą surowcową gotówkę;
  • Na razie o ukraińskich złożach jedno wiadomo na pewno: doskonale wyglądają w oficjalnej prezentacji, która już zwiedziła kawał świata;
  • Ukraińcom umowa daje natomiast stałą obecność Amerykanów w ich gospodarce.

 

Ta historia opowiada o ukraińskich złożach mineralnych, a zaczyna się dawno, dawno temu. W kraju, który słusznie przeszedł do historii. Kraj ten to Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Republika, która jest tego dramatu bohaterką, nazywa się Ukraina, wówczas należąca do ZSRR, jak wiele innych przemocą wciśniętych pod wspólną komunistyczną flagę z sierpem i młotem.

Mapy tajemnicze. Prolog

Za czasów komunistycznego państwa radzieckiego po raz pierwszy i ostatni w ukraińskiej ziemi kopano w poszukiwaniu cennych minerałów. Kopanie było przekrojowe i profesjonalne. A do Ukrainy zjechały ekipy moskiewskich akademików, by stwierdzić gdzie, ile i czego leży. I na takim stwierdzeniu się wówczas skończyło. Rezultaty wielkich poszukiwań prowadzonych od lat 60-tych do lat 80-tych zapisano na analogowych mapach i umieszczono w archiwach należących wówczas do ZSRR. I na tym się skończyło. Większość z nich nie została nigdy scyfryzowana. I nieprędko zostanie. Bo jest dzisiaj fizycznie zamknięta na klucz. W stanie wojny archiwalne zbiory wyłączono z użytku.

O ukraińskich złożach jedno wiadomo na pewno - doskonale wyglądają w oficjalnej prezentacji. To kilkanaście stron w PowerPoincie, można je obejrzeć w portalu Ukraińskiej Służby Geologicznej. Prezentacja zwiedziła kawał świata, kilka razy wizytowała Stany Zjednoczone. Po raz pierwszy jeszcze przed polityczną zmianą warty w Białym Domu. Była też w wielu europejskich stolicach, w tym Berlinie i Brukseli. Europa miała nawet spisany z Kijowem kalendarz prac nad specjalnym paktem na rzecz metali ziem rzadkich.

Ostatnie informacje w tej sprawie na stronę urzędu trafiły jesienią. Bo jesienią Amerykanie wybrali na prezydenta Donalda Trumpa, a surowce krytyczne stały się przedmiotem pożądania nowej ekipy w Białym Domu. Dlaczego? Światowym monopolistą są tutaj Chiny, które z minerałów zrobiły gospodarczy oręż. I nie wahają się go użyć. Na przykład, by pokonać największą gospodarczą konkurencję, czyli Stany Zjednoczone. A chodzi o surowce, bez których nie tylko nie ma nowoczesnych technologii, ale przemysłu w ogóle. I dlatego w tej historii - cała na biało - pojawiła się Ukraina. Ze swoimi zasobami mineralnymi, które sama reklamowała jako największe w Europie.

Plus i minus

Zatem teraz szybki przegląd tego, co Ukraina może mieć w ofercie. Na początek lit. Ukraina podtrzymuje, że ma największe złoża na kontynencie. Lit jest niezbędnym materiałem w produkcji baterii do samochodów elektrycznych. Problem w tym, że rynkowe ceny litu w ostatnim czasie gwałtownie spadły i są dzisiaj najniższe od czterech lat. Światowa produkcja przegoniła zapotrzebowanie, czyli litu jest więcej niż potrzeba. Powstały nowe kopalnie, a zachód przestał tak chętnie kupować auta na prąd. Wydobycie z kolejnego złoża - w Ukrainie - jest więc ekonomicznie wątpliwe.

Kolejny surowiec, czyli tytan. Tytanu Ukraina też może mieć najwięcej w Europie. Jest jednym z niewielu krajów, które go wydobywają. A to materiał niezbędny w transporcie lotniczym i produkcji sprzętu medycznego. Problem w tym, że Ukraina nie przetwarza go w gąbkę tytanową używaną do budowy kadłubów samolotów.

I na koniec metale ziem rzadkich. Bez siedemnastu pierwiastków z końca tablicy Mendelejewa nie ma żadnej zaawansowanej technologii od odkurzacza po satelitę telekomunikacyjnego. Minerały rzadkie wbrew swojej nazwie wcale rzadkie nie są. W przyrodzie występują powszechnie, problem w tym, że w niezwykle małych ilościach. Łatwiej je wydobyć niż przetworzyć. Technologia jest kosztowna i średnio opłacalna. Jeszcze mniej opłacalne jest wożenie gór kamieni do przetworzenia. Światowym monopolistą są Chiny. I nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.

(Stosunkowo) szczęśliwe zakończenie. Epilog

Wiemy już, że Ukraina może mieć to, czego Ameryka potrzebuje, by zapewnić sobie surowcowe bezpieczeństwo. Wiemy, że sens otwierania w Ukrainie nowego wydobycia jest nieoczywisty. I teraz epilog. Po miesiącach wzajemnych oskarżeń o neokolonializm i megalomanię, po co najmniej kilku zwrotach w sprawie głównych punktów porozumienia, umowę zawarto. Kto i co na niej zyska? Ukraina zapewniła sobie amerykańską stałą obecność w gospodarce. Bo Amerykanie mają objąć w połowie specjalny fundusz, do którego będą trafiać przyszłe opłaty licencyjne i koncesyjne. Fundusz ma inwestować w rozwój Ukrainy, a amerykańskie biznesy będą miały pierwszeństwo przy przyznawaniu nowych licencji na wydobycie 57 surowców mineralnych. I to w zasadzie koniec konkretów. Cała reszta ma zostać ustalona w porozumieniach technicznych.

Na koniec cytat z byłego szefa Ukraińskiej Służby Geologicznej: myli się kto myśli, że w Ukrainie wystarczy wbić w ziemię łopatę, by wykopać żywą gotówkę. I wniosek, który coraz szybciej krąży na politycznych salonach: jeśli ktoś w tej sprawie wykazał się negocjacyjnym mistrzostwem - to zdecydowanie nie jest to Donald Trump.