,
Obserwuj
Gospodarka

Rewolucja na rynku pracy? "Żaden game changer, a twardy kij"

6 min. czytania
01.06.2025 07:56
Od 1 czerwca bezrobotni z najkrótszym stażem pracy mogą liczyć na wyższy zasiłek. Zdaniem ekspertów korekta ma sens o tyle, że powinien on wystarczać na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a te nie zależą przecież od stażu pracy. Ale o przełomie mówić nie można. - Nasza polityka to nic innego jak twardy kij, który ma zagonić bezrobotnego jak najszybciej do pracy, niezależnie od okolicznośc - komentuje w rozmowie z tokfm.pl Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy.
|
|
fot. Anita Walczewska / Anita Walczewska/East News

 

  • Od 1 czerwca będą obowiązywały nowe zasady naliczania zasiłku dla bezrobotnych z najkrótszym stażem;
  • Jak mówi w rozmowie z tokfm.pl Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, choć trudno im odmówić racjonalności, to jednak nie są 'rewolucyjne';
  • Podobnego zdania jest adwokatka Joanna Torbe-Jacko, ekspertka BCC i przewodnicząca zespołu do spraw rynku pracy przy rzeczniku MŚP. 'Obecny rząd nie szasta świadczeniami' - ocenia;
  • Zdaniem Komudy wzorem dla nas mogłaby być np. Dania, gdzie dobrowolnie wykupuje się ubezpieczenie od utraty pracy.

 

- I co z tego, że od 1 czerwca dostanę zasiłek dla bezrobotnych wyższy o ok. 300 zł na rękę niż jeszcze miesiąc temu, skoro i tak mam przed sobą wizję, że to kasa tylko na sześć miesięcy, a potem to może być okrągłe zero złotych. O tym już państwo polskie nie pomyślało - skarży się Marek Kaliski w rozmowie z tokfm.pl. Zwraca przy tym uwagę, że nawet po zmianach to dwa razy mniej niż wynagrodzenie minimalne. Stąd, jak od razu przyznaje, blisko mu do panicznych decyzji i nie do końca najlepszych sposobów poszukiwania nowego zajęcia. - Wezmę, co będzie, bez oglądania się na to, co wcześniej robiłem. Tym bardziej, że mam dzieci i hipotekę do spłacenia - zastrzega.

 

Rewolucja na rynku pracy? "To nie game changer"

 

Zasiłek dla bezrobotnych (tzw. kuroniówka) to pieniądze które przysługują osobom bezrobotnym zarejestrowanym w urzędzie pracy (i spełniającym kilka innych warunków). Kwota zależy od stażu pracy, ale od 1 czerwca wchodzi w życie reforma, która wprowadza nowe zasady jego naliczania dla osób z najkrótszym stażem. O ile wcześniej ci, którzy nie przepracowali pięciu lat mogli liczyć na 80 proc. podstawowej stawki przed pierwsze 90 dni jego pobierania, o tyle teraz będą otrzymywali 100 proc. zasiłku podstawowego.

O jakich kwotach mowa? 1567 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, potem 1352,20 zł (co do zasady zasiłek wypłacany jest 6 lub 12 miesięcy). W praktyce dla osób ze stażem pracy krótszym niż pięć lat oznacza to świadczenie wyższe o 357 zł zł przez pierwsze 90 dni. Do tej pory w pierwszych 90 dniach osoby, które miały staż krótszy niż pięć lat, otrzymywały 1210 zł na rękę.

- Zmiany nie są rewolucyjne, choć trudno odmówić im racjonalności. To próba wypośrodkowania pomiędzy tym, żeby faktycznie świadczenia nie demotywowały do szukania pracy, ale z drugiej strony odpowiadały też zasadzie sprawiedliwości społecznej: "OK, pomożemy ci i przez trzy miesiące przynajmniej w minimalnym zakresie, a ty w tym czasie znajdź pracę" - komentuje w rozmowie z tokfm.pl adwokatka Joanna Torbe-Jacko, ekspertka BCC i przewodnicząca zespołu do spraw rynku pracy przy rzeczniku MŚP. Tym bardziej, jak dodaje, że nie ma też co dodatkowo karać za utratę pracy, jeśli ktoś nie przepracował jeszcze pięciu lat.

Upada zakład z ponad 70-letnią tradycją. Większość pracowników to osadzeni

 

"Twardy kij, by zagonić bezrobotnego do pracy"

 

Także w ocenie Łukasza Komudy korekta ma sens o tyle, że zasiłek powinien wystarczyć na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a te nie zależą przecież od stażu pracy. Ale, jak podkreśla, nie można mówić o przełomie. - Żaden game changer. Zasadniczo nie zmienia to sytuacji osób bezrobotnych, bo przecież samo świadczenie jest stosunkowo niskie. Jeżeli popatrzeć na statystyki OECD, które pokazują stosunek zasiłku dla bezrobotnych do średniego wynagrodzenia czy też ostatniego wynagrodzenia za pracę, jakie otrzymywał beneficjent świadczenia, to plasujemy się na końcu międzynarodowych zestawień. Jeśli chodzi o zasiłek dla bezrobotnych to jesteśmy raczej skąpi - komentuje w rozmowie z tokfm.pl ekspert rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i współautor podcastu "Ekonomia i cała reszta".

Zwraca w tym kontekście uwagę, że zasiłek jest dwa razy niższy niż płaca minimalna, która wynosi 3512 zł netto i o ponad 300 zł niższy niż minimum socjalne wyliczane przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Za czwarty kwartał ubiegłego roku wynosiło ono 1863 zł. Dlatego, jak ocenia, jest na tyle niski, że "może nie zagraża biologicznemu przetrwaniu, ale na pewno wyklucza z życia społecznego".

- Nasza polityka to nic innego jak twardy kij, który ma zagonić bezrobotnego jak najszybciej do pracy, niezależnie od okoliczności. Najlepiej w ogóle nie wypłacać mu żadnych świadczeń. A jeżeli już to jak najniższe po to, by to głód motywował do znalezienia zajęcia - podkreśla przy tym. I ocenia, że to "bardzo neoliberalne i turbokapitalistyczne podejście do kwestii bezpieczeństwa ekonomicznego współobywateli".

- A na ile ten wzrost wysokości świadczenia obciąży budżet państwa? - dopytuję.

- Szacuję, że zwiększy wydatki z Funduszu Pracy o ok. 200 mln zł, do 2,4-2,5 mld zł. To nie będzie katastrofa, dla rządu to do udźwignięcia. Tym bardziej, że w Polsce jedynie 16 procent osób bez pracy otrzymuje zasiłek dla bezrobotnych - odpowiada ekspert. Wskazuje przy tym, że to jeden z najniższych wyników wśród krajów OECD.

- Dlatego nadal nie rozumiem tego larum, że uprawiamy jakieś rozpasanie i sami sobie utrudniamy aktywizację zawodową przez to, że w ogóle jakiekolwiek świadczenia wypłacamy bezrobotnym. A wystarczy poczytać internetowe komentarze, gdzie dominują wpisy: "Zamiast wygnać ich do pracy, to im jeszcze więcej dają", "warto być bezrobotnym", "nowa patologia rośnie w siłę", "lepsza kuroniówka", "to państwo schodzi na psy, bezrobotnym pasożytom będą płacić i się śmiać z tych, co pracują" - dopowiada.

'Niżowe pokolenie dobrobytu' idzie do pracy. 'Nie mają żadnych hamulców'

Także ekspertka BCC przekonuje, że "obecny rząd nie szasta świadczeniami", a waloryzacja zasiłku na minimalnym poziomie jest konieczna. - Na pewno nie traktujemy waloryzacji zasiłku dla bezrobotnych jak rozdawnictwa. Popatrzmy chociaż, jak rośnie stawka płacy minimalnej - nie jest prawdą, że ci, którzy pracują nie dostają więcej. Koszty pracy rosną u nas w zastraszającym etapie i jesteśmy na przodzie Europy - podkreśla.

Ocenia też, że problemem jest nie tyle zasiłek, co inne świadczenia, np. 800 plus, bo to ich kumulacja powoduje, że można być zdemotywowanym do pracy. - Powiedzmy to sobie szczerze: w Polsce zasiłek nie jest zbyt wysoki. W Niemczech czy np. w Belgii stanowi procent od wcześniejszego dochodu i zależny jest od stażu pracy. Zasadniczo to ponad 1 tys. euro - dodaje.

 

"Trzy czwarte pensji za niepracowanie" 

 

Zdaniem Łukasza Komudy, wzorem dla nas mogłaby być Dania, gdzie dobrowolnie wykupuje się ubezpieczenie od utraty pracy. Jak wskazuje, ma ono różne stawki w zależności od branży, zawodu, miejscowości czy przynależności do związku zawodowego. - Zwykle płaci się kilka procent swojego wynagrodzenia, ale wraz z utratą pracy otrzymuje świadczenie - co do zasady - zbliżone do dotychczasowej pensji. W Polsce byłoby to nie do pomyślenia. Jak to tak otrzymywać np. trzy czwarte pensji za niepracowanie? To się przecież w głowie nie mieści - dopowiada.

Wskazuje przy tym, że w Danii powstały prywatne firmy ubezpieczające od bezrobocia tzw. A-kasse, z którymi pracownik podpisuje polisę. Przy czym, jak zastrzega, instytucja która wypłaca świadczenie jest jednocześnie zmotywowana do tego, żeby takiego bezrobotnego aktywizować zawodowo. - Współpracuje z jobcenters, odpowiednikami naszych urzędów pracy, wspierając proces przygotowania jak największej liczby jak najlepiej dopasowanych ofert pracy. W efekcie spływają one niemal natychmiast. To rozwiązanie optymalne z punktu widzenia gospodarki, pracownika i pracodawców - przekonuje.

Ocenia jednak, że wprowadzenie takiego rozwiązania wymagałoby przemodelowania naszych instytucji rynku pracy i całej filozofii ich działania. - Nie spodziewam się, żebyśmy w krótkim czasie przystąpili do zasadniczej reformy systemu - zastrzega.

Inna rzecz, wskazuje, że raz po raz powraca do debaty publicznej pytanie, czy osoby które zgłaszają się do urzędu pracy powinny z marszu otrzymywać ubezpieczenie zdrowotne. Nawet jeżeli sygnalizują, że nie potrzebują wsparcia w poszukiwaniu ofert czy doradztwa zawodowego. - Głównie dlatego, że duża część bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach tak naprawdę pracuje. Niektórzy szacują, że blisko połowa zatrudniona jest na czarno. Są zarejestrowani jedynie po to, żeby mieć ubezpieczenie zdrowotne. To ich główna motywacja. Cała reszta aktywności urzędu pracy jest dla nich udręką a nie pomocą - zauważa na koniec.

* imię i nazwisko rozmówcy zmienione na jego prośbę