Badali ciała ofiar katastrofy smoleńskiej. "Trzecia noga włożona do trumny to już przesada"
"Prokuratura podała do publicznej wiadomości tylko najdrastyczniejsze przypadki, ale dobrze, że je ujawniono, bo gdyby informacje wyszły nieoficjalnymi kanałami, to dopiero byłaby sensacja. Ktoś mógłby pomyśleć, że to element walki politycznej, tymczasem rezultaty badań są po prostu smutną prawdą" - mówi Krzysztof Woźniak, który pomagał w kompletowaniu międzynarodowego zespołu biegłych biorących udział w badaniach po ekshumacjach ofiar katastrofy smoleńskiej. Prezentujemy fragment książki Dawida Góry pt. "Prosektorium. Tajemnice polskich medyków sądowych".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Prosektorium. Tajemnice polskich medyków sądowych" autorstwa Dawida Góry wydanej 26 listopada 2025 roku nakładem wydawnictwa Muza.
Z wykształcenia jest mechanikiem samochodowym. Nigdy nie pracował w zawodzie. Sądówka przewijała się w jego życiu od samego początku, bo kilka osób w rodzinie było laborantami. Nigdy nie traktował jej jednak jako realny plan na przyszłość. Był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1990 roku. Do domu wróciła mama i powiedziała, że przyszedł wujek - szukał kogoś do pomocy, bo jego syn nie chciał pracować jako laborant, a miał nagłą sytuację.
Robert się zgodził. Miał dwadzieścia dwa lata i czekał na zagraniczny wyjazd do pracy. Wujek jednak zabrał go do zakładu. Tam Robert poznał szefa katedry profesora Zdzisława Marka. Ten stwierdził, że "chłopaczek" jest wątły i trudno powiedzieć, czy da sobie radę. Ale dał - i to wzorowo. Sekcja pod okiem wujka przebiegła sprawnie.
Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w mijającym tygodniu. Tylko najbardziej zorientowani udzielą więcej niż 8 dobrych odpowiedzi...
Quiz: Myślisz, że jesteś na bieżąco? Sprawdź się w quizie o najważniejszych wydarzeniach ostatniego tygodnia!
Początkowo dla Roberta nie było etatu.
- Kierownik zakładu zagroził jednak lekarzowi wojewódzkiemu, że jak nie będzie miał ludzi do sekcji, to mu wszystkie ciała zwiezie pod gabinet. Nie miał wyjścia - zgodził się na etat dla mnie - opowiada Korzonek.
Pierwszy dzień w pracy był intensywny. Pełna sala, szesnaście ciał. Jedno po drugim przywożone na sekcję.
- Przyznaję, że zastanawiałem się, co ja tutaj robię. Jeden z laborantów szybko wyrwał mnie z rozmyślań. Dał mi igłę i powiedział: "Szyj, młody". Pamiętam to doskonale. To był dwudziesty siódmy grudnia dziewięćdziesiątego roku - precyzyjnie informuje Korzonek.
Wujek, który wciągnął go do pracy, polecił nie brać nic do jedzenia na pierwszy dzień. On, kiedy zaczynał, przez tydzień wymiotował bez przerwy. Robert po kilku godzinach zrobił się jednak potwornie głodny. Od jednej z sekretarek dostał kanapkę z masłem i pomidorem. Do dziś wspomina ją jako najlepszą w życiu.
- Od samego początku miałem predyspozycje. W kolejnych latach chcieliśmy przyjąć jeszcze kogoś i część osób odmawiała już po pierwszym dniu. Jedna prawie zemdlała - opowiada technik sekcyjny. - To nie jest tak, że są szkolenia, kursy czy kierunki przygotowujące do tego zawodu. Od razu wypływa się na głęboką wodę. Młodszych laborantów szkolą starsi. Teraz mam na koncie już kilku własnych podopiecznych. Jednak tutaj nikt nie trafia z przypadku. Bardzo często to synowie osób, które tutaj pracują lub pracowały. Jako że nie ma prawnie ustanowionych procedur, tylko w ten sposób szefowie mają pewność, kogo przyjmują do pracy. Dzięki temu dysponujemy kompetentnymi kolegami, ludźmi, którzy doskonale wiedzą, co i jak mają robić. Do tego podoba mi się atmosfera, czuję się tutaj jak w rodzinie. Wszyscy z szacunkiem podchodzą do zwłok, a z drugiej strony zachowują dobry humor.
Powtarza, że z tragediami, których dotyka, trzeba nauczyć się żyć, a po pracy - zapomnieć o nich. Inaczej by człowiek zwariował od natłoku nieszczęść, ludzkiej głupoty i niepotrzebnej śmierci. Są jednak takie, których zapomnieć nie mógł bardzo długo.
- Wiele osób mnie pyta, jak wytrzymuję zapach w sali. Tymczasem on jest zupełnie normalny. Zdarzają się zwłoki zgniłe lub w daleko posuniętym rozkładzie - faktycznie, wtedy nie jest przyjemnie. Ale to mija. Proszę mi wierzyć, że najgorszy zapach jest wtedy, kiedy odbywają się sekcje zwłok brudnych, zawszonych, zapluskwionych. Chyba każdy z nas, mimo wszelkich procedur bezpieczeństwa, przyniósł już pluskwy do domu - zdradza Korzonek i szybko dodaje, że istnieją jednak sekcje, które swoim ciężarem są w stanie przygnieść każdego bez wyjątku. - Przez piętnaście lat, aż do dwa tysiące piątego roku, nie wykonywałem sekcji dzieci. Załatwiałem sobie, że zajmował się nimi ktoś inny. To było zbyt trudne pod względem emocjonalnym. Teraz już wykonuję wszystkie sekcje, ale nieważne, czy pracujesz trzydzieści lat, czy trzy - to rusza każdego.
Istnieje też niepisana zasada niewykonywania sekcji osób bliskich. Co więcej, pracownik nie wchodzi w tym czasie do sali.
- Miałem kumpla, któremu nie układało się z partnerką. Wyskoczył z dziewiątego piętra. Kiedy się dowiedziałem, że będziemy mieli na stole jego zwłoki, wziąłem sobie dzień wolnego. Nie chciałem ryzykować, że go zobaczę - przypomina sobie Korzonek.
Kiedy mówił o odskoczni od zawodu, nie żartował. Nie jest fanatykiem, ale środowisko krakowskich kibiców zna doskonale. W dawnych czasach kierował "młynem" na trybunach Wisły Kraków, był jednym z najbardziej wpływowych fanów Białej Gwiazdy. Z rozrzewnieniem wspomina ten czas i przyjaźnie, które przetrwały do dziś. Jak mówi, patologia w środowisko kibiców weszła wraz z narkotykami, dopalaczami i wszelkimi innymi używkami. One sprawiły, że dobry nastrój i wzajemny szacunek ustąpiły miejsca nienawiści i agresji.
- Pamiętam, jak do sali sekcyjnej przywieźli "Człowieka" [Tomasz C., jeden ze znanych kibiców Cracovii, zginął w 2011 roku od ciosów między innymi maczetami - przyp. red.]. Przyjechała jego kobieta w ciąży. Nie był to odpowiedni moment, ale z szacunku pokazałem jej ciało, żeby mogli się pożegnać. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że tego nie zrobię, bo kibicował innemu klubowi - opowiada Korzonek.
Od lat dziewięćdziesiątych zmieniła się też kultura śmierci.
Robert wyznaje, że kiedyś podczas okazywania zwłok rozpacz, płacz były na porządku dziennym. Trudne, ale prawdziwe, ludzkie momenty.
- Dziś na dziesięć osób to może dwie zapłaczą - mówi jakby nadal zdziwiony Korzonek. - Czasem aż trudno uwierzyć. Kiedyś mieliśmy sytuację, że dzieciaki założyły się, kto położy głowę na torach. Zwycięstwo skończyło się śmiercią. Zwłoki odbierali rodzice. Zachowywali się tak, jakby przyszli po tort na urodziny, a nie pożegnać własne dziecko. To częsty przypadek. Kiedyś to było duchowe przeżycie, a teraz tylko sprawa do załatwienia. Do dziś mnie ciarki przechodzą, kiedy o tym myślę.
***
Jednym z ważniejszych zadań Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie były sekcje zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej. Krzysztof Woźniak pomagał w kompletowaniu międzynarodowego zespołu biegłych biorących udział w badaniach po ekshumacjach.
Cztery ciała skremowano, a dziewięć ekshumował i zbadał wcześniej, w latach 2011 i 2012, międzyuczelniany zespół biegłych z Bydgoszczy, Gdańska i Wrocławia. Od roku 2016 do 2018 wykonano osiemdziesiąt trzy badania. Sekcje rozpoczęto sześć lat po katastrofie. Przeprowadzano je w Warszawie, Krakowie oraz Lublinie.
- Początkowo prokuratura nie zdecydowała się na sekcje. Dopiero kiedy jedna z rodzin zaalarmowała, że w protokole przesłanym przez Rosjan opisywano narząd usunięty chirurgicznie w przeszłości, podjęto wreszcie decyzję o przeprowadzeniu badań - przypomina profesor.
Jak podawała Polska Agencja Prasowa, w trumnach poza ciałami osób, które miały się tam znajdować, znaleziono sześćdziesiąt dziewięć różnych szczątków ludzkich pochodzących od dwudziestu sześciu osób. Analizę dostarczonych przez Rosjan dokumentów wykonał zespół ekspertów z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu - jeszcze przed ekshumacjami. Rażące błędy dotyczyły… dziewięćdziesięciu procent ofiar. W przypadku czterdziestu ośmiu osób błędnie rozpoznano obrażenia albo wykonano ich sprzeczny opis. Z niektórych opisów wynikało, że sekcje wykonano wcześniej niż oględziny.
- Prokuratura podała do publicznej wiadomości tylko najdrastyczniejsze przypadki, ale dobrze, że je ujawniono, bo gdyby informacje wyszły nieoficjalnymi kanałami, to dopiero byłaby sensacja. Ktoś mógłby pomyśleć, że to element walki politycznej, tymczasem rezultaty badań są po prostu smutną prawdą - komentuje Woźniak. - Jednak niezależnie od tego, do jakich wniosków doszliśmy podczas badań, to wycinek sprawy, w której istotne jest działanie różnych specjalistów - podstawowe jest na przykład badanie wraku. Ja badam zwłoki.
W pracach uczestniczył też między innymi Filip Bolechała. Twierdzi, że same opinie po sekcjach, które wykonano w Rosji, nie były napisane tragicznie, ale niezbyt szczegółowo.
- Gorzej, że opisano działania, których faktycznie nie wykonano. Pisano na przykład, że nacięli zwłoki na grzbiecie, a żadnego nacięcia nie było. Stwierdzono więc coś, co nie istniało. Nie chodzi o to, żeby ich pracę potępiać w czambuł. Na pewno kiedy wykonuje się sekcje na szybko i jest gigantyczna presja czasowa, można popełnić błędy. Ale trzecia noga włożona do trumny to już przesada. A niestety widziałem taką sytuację na własne oczy - mówi Bolechała.
Woźniak dodaje, że na niwie medycyny sądowej pracuje już trzydzieści osiem lat, a mimo tego stara się wierzyć, że ludzie nie są przede wszystkim złośliwi i perfidni.
- Trzeba patrzeć na jasną stronę życia, a polityką się nie zajmuję. Zresztą przy tworzeniu zespołu badającego ciała po katastrofie kierowaliśmy się jedną zasadą - jeśli pojawią się jakiekolwiek naciski polityczne, kończymy współpracę. Może jestem ślepy, ale naprawdę takich nacisków nie zaobserwowałem. Prokuratorzy biorący udział w badaniach prezentowali wysoki poziom i mam pozytywne wrażenia z tej współpracy. W odróżnieniu od niektórych z nich nie żałuję, że zgodziłem się uczestniczyć w badaniach - zaznacza Woźniak.
Twierdzi ponadto, że opublikowanie wyników będzie nadzwyczajnym momentem. Samo doświadczenie pracy medyków sądowych przy masowej katastrofie lotniczej jest cenne. Żałuje tylko, że ekshumacje wykonano tak późno.
Posłuchaj: