,
Obserwuj
Kultura

"W Czechach jest jak z tą babą pod korzeniem". Wady czeskiej pohody

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
14.09.2025 19:49

"W czeskim społecznym imaginarium pohoda to nie tylko spokój, ale często także zgoda na to, by nie zajmować się sprawami drażliwymi. Zamiast konfliktu - wzruszenie ramion. Zamiast zaangażowania - ironiczny uśmiech. W skrajnych przypadkach pohoda zamienia się w je mi to fuk albo je mi to ukradený - 'wszystko mi jedno, wisi mi to' - w akt emocjonalnej dezercji" - pisze Jakub Medek, autor książki  "Dobrý den. Chmiel, tożsamość i luz. Polskie mity o Czechach".

fot. East News/Piotr Jędzura

Poniższy fragment pochodzi z książki "Dobrý den. Chmiel, tożsamość i luz. Polskie mity o Czechach" autorstwa Jakuba Medka, która ukaże się 24 września nakładem wydawnictwa MANDO.

Nie będę w tej materii oryginalny - gdybym miał wybrać najbardziej czeskie słowo, to byłaby to pohoda. Powiem więcej - gdybym miał opisać Czechy jednym tylko słowem, to użyłbym właśnie tego. Problem zacznie się w momencie, w którym spróbuję to określenie przetłumaczyć komuś, kto nie zna czeskiego. Ba, nawet znajomość języka tu może nie wystarczyć - by rozumieć pohodę, trzeba rozumieć też czeską mentalność. Sami Czesi za bardzo w tym nie pomogą - bo pohoda to stan ducha, odczucie, życiowy kompas i całe mnóstwo innych rzeczy, które są oczywiste dla tych, co ich doświadczają, i przez tę oczywistość trudne do ubrania w słowa.

Po co więc w ogóle o tym piszę w książce o polskich stereotypach na temat Czech? Jak Polacy mieliby kojarzyć swoich południowych sąsiadów z czymś, czego - jak sam przed chwilą napisałem - właściwie nie da się opisać?

Bo nie sposób znaleźć jednego polskiego słowa, które oddawałoby znaczenie pohody jeden do jednego. I nie da się też napisać słownikowej definicji, która wyjaśniałaby pohodę opisowo. Jej zewnętrzne przejawy jednak widać, widzi je każdy, kto do Czech jedzie i kto po powrocie opowiada o "czeskim luzie". W tym znaczeniu jest to więc ewidentnie polski stereotyp o Czechach jako narodzie luzaków. Tyle że jak zwykle nad Wełtawą i ta sprawa nie jest taka prosta. Czeski luz ma swoje zalety, ma też całkiem sporo wad. Poza tym nie każdej kwestii dotyczy.

"Dobrý den. Chmiel, tożsamość i luz. Polskie mity o Czechach", Jakub Medek
fot.

Wydawnictwo MANDO

***

Tak czy inaczej, muszę jakoś patrona tego rozdziału zdefiniować. Pohoda jest to więc stan ducha, w którym rzeczy nie są idealne, ale są wystarczająco dobre. To codzienny kompromis między oczekiwaniem a pogodzeniem się. To życie bez spiny, bez nadmiaru ambicji, bez potrzeby ciągłego udowadniania sobie i innym, że wszystko trzeba przeżywać na najwyższych obrotach.

Czasem, tłumacząc w Polsce pohodę, używam określenia "wywalone". Chociaż ono też nie jest dobre - pohoda jest stanem pozytywnym, tu nie ma rezygnacji, poddania się, przegranej walki, odpuszczenia, które może się z owym "wywalonym" kojarzyć.

Pohoda wyraża się w języku przez wszechobecne v pohodĕ ("spoko, okej") czy to je pohoda ("ale przyjemnie!") albo w pytaniu jsi v pohodĕ? ("wszystko w porządku?"). W tym czysto lingwistycznym sensie widać tu pokrewieństwo z polskim określeniem "bycia pogodnym".

Ale pohoda to przede wszystkim styl życia. Czeski dystans do wzniosłości, patosu i wielkich słów ma wiele wspólnego z tą postawą. Pohoda nie znosi tragizmu. Zamiast poświęcenia wybiera ironię, zamiast cierpienia dla idei - kufel piwa i bačkory - kapcie.
Na ten szczególny sposób emocjonalnej organizacji życia wciąż trafiamy w literaturze czeskiej. U Jaroslava Haška dobry żołnierz Szwejk zachowuje niezmącony spokój nawet w obliczu wojennego absurdu. Niektórzy czytają jego pohodę jako formę oporu, inni jako wyraz bierności czy ucieczki w bezrefleksyjność. U Bohumila Hrabala toczy się spokojne życie prowincji: z dźwiękiem butelek, rozmowami na zapleczu i urokami zwyczajności, która nie wymaga niczego więcej, choć czasem jest to zwyczajność wsobna, niechętna do zmian i nieufna wobec obcych. Pełne pohody są też humor Wericha czy gawędy Šimka i Grossmanna, z ich powściągliwym uśmiechem, który niczego nie musi udowadniać, ale też czasem niczego nie próbuje głębiej zrozumieć.

V pohodĕ jest świat, który nie chce być heroiczny. Chce być zwyczajny. I marzy o tym, żeby mu wszystko i wszyscy dali spokój.

Redakcja poleca

***

Pohoda może więc być dobra i zła równocześnie. Albo inaczej - odległość dzieląca zdrowy dystans do świata od muru, którym się od niego odgradzamy, nie jest specjalnie wielki.
- Pohoda? Przecież to zwykle znaczy tyle co obojętność - mówi Mariusz Surosz, historyk i pisarz mieszkający w Pradze. Mieszkający, jak sam podkreśla, od tak dawna, że patrzy na Czechy trzeźwo.

W czeskim społecznym imaginarium pohoda to nie tylko spokój, ale często także zgoda na to, by nie zajmować się sprawami drażliwymi. Zamiast konfliktu - wzruszenie ramion. Zamiast zaangażowania - ironiczny uśmiech. W skrajnych przypadkach pohoda zamienia się w je mi to fuk albo je mi to ukradený - "wszystko mi jedno, wisi mi to" - w akt emocjonalnej dezercji.

Pohodą można też tłumaczyć słabą mobilizację społeczną w kwestiach, które nie dotyczą bezpośrednio komfortu codziennego życia. Pohoda jest skuteczna w neutralizowaniu napięć, ale niekoniecznie w ich rozumieniu czy rozwiązywaniu. W sytuacjach wymagających empatii, otwartości na inność, działania w imię wartości pohoda może być nawet przeszkodą.

- Z jednej strony Polakom brakuje do wielu spraw dystansu i w tym są znacznie bardziej podobni do Słowaków. Z drugiej ten brak dystansu daje większą wrażliwość, chociażby na cudzą krzywdę. Jak się dzieje coś złego, to Polacy tam lecą pomagać z całą husarią. A w Czechach jest jak z tą babą pod korzeniem - wpadła, to wpadła, ktoś ją pewnie w końcu wyciągnie, a wcześniej się z tego po prostu pośmiejemy - dodaje Joanna Nowak, od kilkunastu lat pracująca w czeskiej firmie, dzieląca swoje życie zawodowe i prywatne między dwa kraje.

I "baba pod korzeniem", autentyczna historia kobiety, która na wakacjach zaplątała się w korzeniach świerka kilkanaście metrów od własnego domku i chociaż przez całą noc wołała o pomoc, to nikt jej nie pomógł, jest tego dobrym przykładem. Szczególnie to, jak ta medialna historia jest odbierana do dzisiaj - nie jako ostrzegawczy przykład skutków obojętności, ale prześmieszny mem.

W relacjach międzyludzkich pohoda potrafi sprzyjać powierzchowności. Jeśli stroni się od konfliktów, jeśli ma być po prostu fajnie, to często unika się też głębi. Mówi się mało, ale też nie słucha się zbyt uważnie. Czeski ideał spokoju może przechodzić w społeczny chłód - stan, w którym nikt nikogo nie atakuje, ale też nikt za nikogo nie bierze odpowiedzialności. Wygodna przestrzeń bez zgrzytów jest równocześnie przestrzenią bez więzi, zobowiązań i odpowiedzialności. Nie ma sporów, ale nie ma też odwagi emocjonalnej.

Pohoda wzmacnia też czeski indywidualizm, tłumaczy, dlaczego nad Wełtawą tak wiele osób z tak dużą nieufnością podchodzi do działań społecznych, do społecznictwa. Czasem w rozmowie z niektórymi można odnieść wrażenie, że samo określenie "społeczność" - połączona różnymi wartościami i relacjami zbiorowość - jest co najmniej podejrzane. A takie pojęcie jak "aktywizm" to już wprost przekleństwo.

Jeśli w skali społecznej pohoda stanie się wartością nadrzędną, może sprzyjać wsobności - koncentracji na swoim świecie, swojej kulturze, swoim stylu życia, bez większej potrzeby poznawania tego, co obce. W rezultacie społeczeństwo staje się odporne na emocjonalne poruszenia, ale też mało podatne na empatię wobec mniejszości, cudzoziemców, ludzi spoza własnego kręgu.

Pohoda w nadmiarze nie prowokuje wrogości, ta byłaby jej zaprzeczeniem, ale może sprzyjać obojętności. Narzekają oczywiście na polityków, na Unię Europejską, która jest do tego wyjątkowo wdzięcznym obiektem. Narzekają na podatki, na biurokrację, na funkcjonowanie Czeskiej Poczty - ta ostatnia rzeczywiście działa znacznie gorzej niż w Polsce. Narzekają oczywiście na pogodę - że za ciepło, za zimno, zbyt sucho albo za długo pada. Na autostrady, ze szczególnym uwzględnieniem tej najstarszej, łączącej Brno i Pragę D1 - w tej materii zresztą narzekania są jak najbardziej zasadne, a drogi w Polsce to coś, czego Czesi Polakom bardzo zazdroszczą. 

Za parawanem pohody, za obrazkiem tego uśmiechniętego, wyluzowanego Czecha, może się też ukrywać bierność, uprzedzenia i głęboka nieufność wobec zmian. Paradoksalnie czeski konserwatyzm to w wielu wypadkach nie przywiązanie do jakichś odwiecznych, wynikających z religii czy dziedzictwa przodków wartości, tylko po prostu głęboki lęk przed wychodzeniem z bezpiecznej, doskonale znanej strefy komfortu.

Takiemu postrzeganiu świata sprzyja sama geografia - Czechy to wyżynna kotlina, właściwie z wszystkich stron otoczona górami. Nie widać, co za nimi jest, i zza nich nie widać tego, co się tu dzieje. I dopóki tak jest, wiemy, że nic nie zakłóci tej pohody.

***

Pohoda jest w życiu Czechów ważna, ale nie jest wszechogarniająca i bezwarunkowa. Tym bardziej że Czesi - i to ich akurat z Polakami bardzo łączy - uwielbiają narzekać, więcej, sami są przekonani, że nikt ich w tej materii na świecie nie pokona. Narzekają na wszystko, również rzeczy z polskiej perspektywy zadziwiające - więc również na swoją kolej, którą wciąż można dojechać prawie wszędzie, i swoją służbę zdrowia, która mimo wielu strukturalnych problemów działa nieporównanie lepiej niż w Polsce. (...)

Posłuchaj: