Emmy 2025 rozdane. "Dojrzewanie", czyli na przypadki ambitne znajdzie się nisza
Tegoroczne nagrody Emmy dziwacznie rozwleczone aż na dwa weekendy, pokazały to, co wszyscy od dłuższego czasu widzą i czują. Że skrypty ze starej, dobrej telewizji mają się świetnie i da się je w nieskończoność galwanizować. Sukces serialu "The Pitt" tego właśnie dowodzi, bo niewiele tu nowego, za to dużo schematów i klimatów, które przypominają nam nasze dzieciństwo, albo wczesną młodość.
Pokazały też, że to, co trudne, gorzkie, ironiczne w dzisiejszych czasach chwyta gorzej. Złote czasy krindżu serial ma dawno za sobą. Nawet gdy są to produkcje absolutnie hitowe, obgadywane i komentowane szeroko, przynoszące bollywoodzką sławę aktorom, to nie zbierają laurów. To z kolei przypadek "Białego Lotosu", którego najnowszy sezon wzbudził ogromne poruszenie, ale jak się okazuje dużo mniejsze uznanie. Cóż, trzeci sezon w wielu odbiorcach budził złość, a złość nie pomaga przy nagrodach.
Ale Emmy pokazało też rzecz trzecią. Na przypadki ambitne znajdzie się jakaś nisza, o ile będą miały kupę szczęścia, czyli świetnego aktora w jednej z pierwszoplanowych ról, który do tego ma ambicje i umiejętności scenarzysty. Mowa oczywiście o Stephenie Grahamie i "Dojrzewaniu" jednym z najmocniejszych tytułów nagrodzonych podczas tegorocznych Emmy, absolutnie zasłużenie. Ale to wyjątek od reguły kina bezpiecznego, przyjemnego oku, niekłopotliwego.
A więc OK, nowy sposób dystrybucji już się oswoił – nie telewizja, tylko stream, nowy sposób konsumpcji też: musi żreć od pierwszej minuty, inaczej się szybko przełączamy. Ale tym nowym światem rządzą jednak stare prawdy: pocieszne fabułki, spokojniutkie, tak, żeby nie wpaść w depresję, nawet pięciominutową. Może takie budżety, może tacy widzowie, a może takie czasy: w końcu serial ma być odskocznią, a nie terapią zajęciową.
Źródło: Radio TOK FM