,
Obserwuj
Kultura

Samotność matki. "Ten film dotyka emocji, do których niechętnie się przyznajemy"

9 min. czytania
21.02.2026 10:00

Film "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" odsłania macierzyństwo w jego najbardziej bezradnym i samotnym wymiarze. To opowieść o emocjach, które trudno wypowiedzieć, i o empatii, bez której nie sposób zrozumieć drugiego człowieka. O filmie z autorką bloga Zwierz Popkulturalny, krytyczką filmową Katarzyną Czajką-Kominiarczuk rozmawia Julia Sarzyńska.

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kopnęłabym cię, gdybym mogła"
fot. Materiały promocyjne Best Film
  • "Ja nazywam go thrillerem macierzyńskim - gatunkiem, który zaczyna się coraz wyraźniej wyodrębniać. To, co szczególnie mnie w nim interesuje, to silne poczucie klaustrofobii. Kamera niemal nie opuszcza głównej bohaterki Lindy. Pozostajemy bardzo blisko jej twarzy i emocji, a napięcie przenika nawet najzwyklejsze, codzienne czynności. Przez cały czas towarzyszy nam wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś niepokojącego".
  • "Film pokazuje sytuację, w której mamy pod opieką drugiego człowieka, nie mając jednocześnie sieci wsparcia - i jak bardzo taka sytuacja odbiera poczucie sprawczości, jest wszechogarniająca i psychicznie obciążająca. To skłania do refleksji nad współczesnym macierzyństwem, które coraz częściej bywa autentycznie samotne. Przez dziesięciolecia nawet kobiety wychowujące dzieci bez partnera, miały wokół siebie sieć wsparcia: przyjaciółki, matki, babcie, dalszą rodzinę. Dziś coraz częściej zostają same - tylko matka i dziecko". 
  • "Film dotyka emocji, do których niechętnie się przyznajemy, ale które są prawdziwe - nie tylko w kontekście choroby dziecka, lecz także opieki nad bliskimi i doświadczenia zależności". 
  • "To film dla wszystkich. Nie mam dzieci, a mimo to wychodząc z kina, uświadomiłam sobie, że również noszę w sobie gotowe wyobrażenia o tym, jak powinna zachowywać się matka. Ten film pomaga je zweryfikować i zadać sobie pytanie, dlaczego tak łatwo oceniamy innych. Kluczem do kina jest empatia - a ten film opiera się właśnie na empatii i próbie zrozumienia drugiego człowieka. Dlatego każdy może wynieść z niego coś dla siebie".

"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" porusza wiele ważnych społecznie tematów. Które z nich są - twoim zdaniem - szczególnie istotne?

Z jednej strony jest to film o macierzyństwie - takim wszechogarniającym, przytłaczającym, odbierającym poczucie własnej tożsamości. Jednocześnie opowiada o macierzyństwie szczególnym, ponieważ w centrum historii znajduje się chore dziecko, będące w trakcie leczenia. Dowiadujemy się, że córka głównej bohaterki Lindy [za którą Rose Byrne zdobyła Złoty Glob i otrzymała nominację do Oscara - red.] cierpi na nieokreśloną chorobę związaną z tym, że nie chce jeść. Film staje się więc opowieścią o bezsilności - zarówno wychowawczej, jak i tej wobec choroby. Jak przekonać dziecko, które nie chce współpracować w procesie leczenia, aby podjęło wysiłek wspomagający to leczenie?

Co więcej, bohaterka jest psychoterapeutką. Prowadzi własną praktykę i sama korzysta z terapii, co otwiera ciekawą dyskusję o granicach języka terapeutycznego oraz możliwościach wsparcia. Co dzieje się w sytuacji, gdy kryzys i zagubienie są tak silne, że pragniemy, aby ktoś wziął nas za rękę i powiedział, co mamy zrobić? Przecież to zaprzecza samej idei terapii, która nie daje gotowych rozwiązań - to my musimy je w sobie odnaleźć i przepracować.

Jest to również film o momencie, w którym - mówiąc metaforycznie - niebo wali się nam na głowę. Punktem zapalnym historii staje się zalanie mieszkania bohaterki. Ten jeden incydent uruchamia lawinę zdarzeń i sprawia, że jej i tak skomplikowany świat zaczyna się realnie rozpadać. Widzimy kobietę doprowadzoną do granic wytrzymałości, stojącą w obliczu sytuacji, w której wydaje się, że nie jest już w stanie unieść więcej.

 

Redakcja poleca

Jest matką nieobecnego dziecka, ale też żoną nieobecnego męża, którego słyszymy wyłącznie przez telefon.

Tak - to także refleksja nad tym, jak bardzo w sytuacjach kryzysowych potrzebujemy innych ludzi. Bohaterce nieustannie towarzyszy potrzeba, by ktoś ją odciążył, podał pomocną dłoń, przejął choć część odpowiedzialności.

W pewnym momencie znajduje namiastkę takiego wsparcia. W motelu, w którym się zatrzymuje, poznaje chłopaka, który jej potrzebuje w bardzo konkretnej sprawie. Nie zdradzając szczegółów fabuły, można powiedzieć, że staje się kimś obecnym, kimś obok niej. I to wydaje się niezwykle ważne. Pojawia się również drugoplanowy wątek innej, bardzo młodej matki, którą macierzyństwo wyraźnie przerasta. Film pokazuje, że nie ma osoby na tyle silnej, wykształconej czy kompetentnej, by w takiej sytuacji poradzić sobie całkowicie samej. To opowieść o potrzebie sieci wsparcia i relacji, które pomagają przetrwać kryzys.

Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych. Linda ma dostęp do pomocy psychologicznej i korzysta z terapii, ale brakuje jej codziennego wsparcia: babci, dziadka, partnera na miejscu czy bliskiej przyjaciółki albo sąsiadki, która mogłaby choć na chwilę przejąć opiekę nad dzieckiem. Ta izolacja i samotność pogłębiają jej kryzys.

Ważnym elementem filmu są relacje - zarówno te faktycznie istniejące, jak i te, których brakuje.

Relacje stanowią centralny punkt tej historii. Szczególnie interesująco pokazana jest więź matki z dzieckiem. Nie zdradzając zbyt wiele, można powiedzieć, że sam sposób realizacji filmu oraz konstrukcja dialogu między matką a córką zostały pomyślane w niezwykle oryginalny sposób. Kiedy odkrywamy ten zabieg, okazuje się on bardzo trafny - pokazuje bowiem, że dziecko, którym Linda się opiekuje i którego leczeniu towarzyszy, staje się bardziej siłą, głosem czy energią niż realną jednostką, z którą można wejść w klasyczny dialog lub nad którą można sprawować pełną kontrolę. To bardzo ciekawe i poruszające ujęcie.

Jednocześnie bohaterka wyraźnie potrzebuje relacji, która byłaby dla niej realnym wsparciem i odciążeniem. Dlatego tak ważna jest jej relacja z psychoterapeutą, w którego wciela się Conan O’Brien - znany komik i gospodarz programów typu talk show, który w tej roli ujawnia zaskakujący talent dramatyczny. Jest w niej znakomity. Ich relacja pokazuje wyraźnie granice terapii. Mimo że pracują w jednym biurze i łączy ich pewna zażyłość, terapeuta nie może stać się dla niej takim oparciem, jakiego naprawdę potrzebuje. Linda potrzebuje relacji innego rodzaju - opartej na przyjaźni, bliskości czy miłości.

Bez takich więzi samotność bohaterki staje się porażająca. Patrząc na jej bezradność, jesteśmy w stanie ją zrozumieć - trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek poradził sobie z tym wszystkim w pojedynkę.

Film łączy w sobie różne konwencje - jest w nim trochę z horroru, komedii i oczywiście dramatu. Jak można określić jego gatunek?

Ja nazywam go thrillerem macierzyńskim - gatunkiem, który zaczyna się coraz wyraźniej wyodrębniać. To, co szczególnie mnie w nim interesuje, to silne poczucie klaustrofobii. Kamera niemal nie opuszcza głównej bohaterki Lindy. Pozostajemy bardzo blisko jej twarzy i emocji, a napięcie przenika nawet najzwyklejsze, codzienne czynności. Przez cały czas towarzyszy nam wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś niepokojącego.

Jednocześnie w filmie pojawiają się elementy komiczne, absurdalne i przerysowane. Rozładowują one napięcie i pozwalają widzowi na chwilę oddechu. Co ważne, nie są one dodatkiem z zewnątrz, lecz integralną częścią doświadczenia bohaterki - doświadczenia, które bywa karykaturalne, momentami wręcz absurdalne czy nieoczekiwanie zabawne.

Gdyby film utrzymany był wyłącznie w najwyższym rejestrze napięcia i klaustrofobii, stałby się emocjonalnie wyczerpujący. Tymczasem lżejsze, absurdalne momenty przypominają nam, że życie składa się z kontrastów - z tragedii, drobnych frustracji i groteskowych sytuacji. Obok scen pełnych napięcia pojawiają się więc momenty codziennej irytacji, jak choćby człowiek pilnujący czasu postoju przed wejściem do sklepu, czy wręcz groteskowe epizody, jak krótka historia życia pewnego chomika.

To właśnie połączenie tragicznego, absurdalnego i zwyczajnego tworzy pełne doświadczenie bohaterki. Określenie "thriller macierzyński" dobrze oddaje charakter takich historii - pokazują one macierzyństwo z perspektywy, która przez długi czas pozostawała niewidoczna.

Co twoim zdaniem wyróżnia ten film na tle innych współczesnych produkcji?

Wydaje mi się, że reżyserce udało się opowiedzieć o czymś, o czym wiele twórczyń próbowało mówić już wcześniej. Jak sama podkreślała, sięgała również do własnych doświadczeń, dlatego element realizmu, który rozpoznajemy w niektórych scenach, może mieć wymiar autobiograficzny. Film pokazuje sytuację, w której mamy pod opieką drugiego człowieka, nie mając jednocześnie sieci wsparcia - i jak bardzo taka sytuacja odbiera poczucie sprawczości, jest wszechogarniająca i psychicznie obciążająca.

To skłania do refleksji nad współczesnym macierzyństwem, które coraz częściej bywa autentycznie samotne. Przez dziesięciolecia nawet kobiety wychowujące dzieci bez partnera, miały wokół siebie sieć wsparcia: przyjaciółki, matki, babcie, dalszą rodzinę. Dziś coraz częściej zostają same - tylko matka i dziecko. Jednocześnie kobiety decydują się na macierzyństwo w późniejszym wieku. Mają już ugruntowaną tożsamość, karierę, określony styl życia, pewne przyzwyczajenia i oczekiwania. Gdy pojawia się dziecko - a w tym przypadku także choroba dziecka, która stanowi osobny, silnie izolujący świat - napięcie staje się jeszcze większe.

Film bardzo mocno pokazuje również bezsilność i pragnienie, by ktoś po prostu wziął cię za rękę i powiedział, co robić. W takiej sytuacji nikt nie chce być "silną, niezależną kobietą", bo nie sposób być silnym w pojedynkę wobec takiego ciężaru.

Interesujące jest także pytanie o granice języka terapeutycznego i kultury wsparcia psychologicznego. Żyjemy w świecie, który uczy nas, by się nie obwiniać i nazywać emocje - i to jest ważne. Są jednak momenty, kiedy nie potrzebujemy analizowania emocji, lecz konkretnej pomocy: kogoś, kto przez chwilę zajmie się dzieckiem, abyśmy mogli odetchnąć. Film przypomina, że terapia czy grupy wsparcia nie są w stanie zastąpić realnych więzi i obecności drugiego człowieka.

To opowieść pełna empatii, zrozumienia i humoru, dzięki którym widz może naprawdę wejść w doświadczenie bohaterki. Film pomaga zrozumieć, dlaczego w skrajnych sytuacjach dochodzi do zaniedbań czy załamań - nie po to, by je usprawiedliwiać, lecz by pokazać, jak ekstremalną "klatką" potrafi być taka rzeczywistość. W tym sensie film odnosi sukces: lokuje się obok innych narracji o macierzyństwie, ale jednocześnie otwiera nowe perspektywy myślenia i stawia ważne pytania - także o naturę relacji między matką a dzieckiem.

Redakcja poleca

Jednocześnie jest to inny rodzaj relacji matki i dziecka niż choćby w nominowanym do Oscara w wielu kategoriach "Hamnecie".

To są dwie opowieści o macierzyństwie - o zmaganiu się z nim w sytuacji, gdy staje się ono wyjątkowo trudne. W tym zestawieniu "Hamnet" wydaje się bardzo tradycyjny. Osadza nas w dobrze znanej narracji o bólu po stracie dziecka i o naturalnej więzi między matką a dzieckiem. To również film o sile sztuki i jej zdolności do przepracowywania emocji. Jest to jednak opowieść, którą znamy i rozpoznajemy od dawna - wzruszająca, bezpieczna emocjonalnie, taka, przy której wielu widzów płacze.

Z kolei "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" staje się głosem frustracji, o której nie chcemy mówić głośno, ponieważ wydaje się społecznie nieakceptowalna. Przyznanie, że chore dziecko potrafi doprowadzić do skrajnego zmęczenia i złości, może być odbierane jako oznaka bycia "złą matką" czy "złą kobietą". Tytułowe "kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie oznacza braku miłości - oznacza narastającą frustrację i bezsilność, które domagają się ujścia.

Kultura pomaga nam zrozumieć, że nasze emocje nie są odosobnione. W tym sensie film ma wymiar niemal terapeutyczny. Można wyobrazić sobie matkę chorego dziecka, przepełnioną trudnymi emocjami, która ogląda ten film i doświadcza ulgi: nie tylko ona czuje złość, zmęczenie czy sprzeciw wobec sytuacji, w której się znalazła. To przestrzeń, w której można symbolicznie "odreagować", by potem i tak robić to, czego wymaga od nas społeczeństwo, rodzina, własne emocje - wrócić do codzienności, do opieki, miłości i odpowiedzialności.

Film dotyka emocji, do których niechętnie się przyznajemy, ale które są prawdziwe - nie tylko w kontekście choroby dziecka, lecz także opieki nad bliskimi i doświadczenia zależności. To trudne uczucia, o których niełatwo się mówi, zwłaszcza gdy cierpi ktoś inny. Tutaj dodatkowo mamy do czynienia z kobietą, która została z tym całym bagażem zupełnie sama. Jednocześnie zakończenie sugeruje, że pewne rzeczy można naprostować, co pozostawia widza z pytaniami i przestrzenią do refleksji. W tym sensie oba filmy działają inaczej: "Hamnet" pozwala bezpiecznie się wzruszyć i przeżyć emocje, które znamy i akceptujemy, natomiast "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" sięga po te uczucia, których nie chcemy przed sobą nazwać, a które również domagają się wyrazu.

Dla kogo jest ten film, kto powinien go zobaczyć?

Myślę, że najmocniej odnajdą się w tej historii matki, a zwłaszcza matki chorych dzieci. Jednocześnie to film dla wszystkich. Kiedy wydarza się coś trudnego, bardzo często pojawia się pytanie: "Gdzie byli rodzice?". To nasze ulubione pytanie, za którym kryje się przekonanie, że rodzic powinien być wszechmocny, wszechogarniający, powinien wszystko przewidzieć i nad wszystkim zapanować, a przy tym zatracić samego siebie.

Tymczasem film jest wyrazem ogromnej empatii i próbą zrozumienia, jak wygląda człowiek doprowadzony przez kolejne wydarzenia do granic wytrzymałości - jak narasta desperacja i bezsilność. To opowieść, która skłania do refleksji, aby każdą sytuację rozpatrywać indywidualnie, przyglądać się jej z bliska, zamiast wydawać szybkie osądy. Zmusza również do rozejrzenia się wokół siebie i zauważenia, jak często w naszym otoczeniu są osoby pozostawione same wobec świata, który wali im się na głowę. Nie zawsze jesteśmy w stanie pomóc, wysyłając je na terapię - czasem potrzebna jest zwyczajna, konkretna, fizyczna pomoc i obecność drugiego człowieka.

To jest film bardzo empatyczny, zachęcający do uważniejszego przyglądania się sytuacjom, które nas oburzają. Bo takie momenty w nim są - jednak przedstawione w sposób skłaniający do zadawania pytań: dlaczego tak łatwo wydajemy osąd?

To film dla wszystkich. Nie mam dzieci, a mimo to wychodząc z kina, uświadomiłam sobie, że również noszę w sobie gotowe wyobrażenia o tym, jak powinna zachowywać się matka. Ten film pomaga je zweryfikować i zadać sobie pytanie, dlaczego tak łatwo oceniamy innych. Kluczem do kina jest empatia - a ten film opiera się właśnie na empatii i próbie zrozumienia drugiego człowieka. Dlatego każdy może wynieść z niego coś dla siebie.

Źródło: TOK FM