,
Obserwuj
Kultura

Po co polscy wojskowi jeżdżą do Ukrainy? "Kawa, wódeczka. To wszystko"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
24.02.2026 06:00

"Ta wojna zmieniła wszystko. Właściwie do kosza możemy wyrzucić to, czego uczyliśmy się w akademiach, co przez lata ćwiczyliśmy. Tylko nikt z polskiej armii nie jest zainteresowany taką wiedzą. To wręcz woła o pomstę do nieba. Czym oni się zajmują? Nasi nie mają tam żadnych ludzi, ich po prostu ta wojna nie interesuje" - powiedział żołnierz sił powietrznych w rezerwie, obecnie instruktor w Ukrainie, w rozmowie z Edytą Żemłą, autorką książki "Wojsko z tektury".

Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz
Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz
fot. Anita Walczewska/East News

Fragment rozdziału pt. "Ślepi na wojnę w Ukrainie" pochodzi z książki Edyty Żemły pt. "Wojsko z tektury" wydanej 10 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Oficer w stopniu generała: Wie pani, co jest najgorsze? Że grozi nam wojna, a nie wykorzystujemy doświadczeń tej wojny, która się toczy od kilku lat tuż pod naszym nosem. Mamy więc naszą armię w rozsypce, zdestabilizowane przez Trumpa NATO, a na dodatek nikt u nas nie gromadzi systemowo doświadczeń wynikających z wojny w Ukrainie. Nikt z polskiego wojska nie jeździ na front. Nikogo nie ma w okopach. Nikt nie patrzy, co Ukraińcy robią. To, co mówią nasi wojskowi, że zbierają doświadczenia, że je analizują, to jest zwykła lipa. Kłamstwo. Oni marnują czas. Mamy Centrum Doktryn i Szkolenia w Bydgoszczy, tylko że tam oficerowie nie pracują na doświadczeniach z Ukrainy. Siedzą i papierki przerzucają. Mamy Polaków ochotników, którzy walczą na froncie. Nikt jednak nie sięga po ich wiedzę, nie pyta, na czym tam polega działanie taktyczne kompanii, batalionu, jak działa ukraiński pluton piechoty, jak działają Rosjanie. Kiedy do Ukrainy przyjeżdża ekipa wojskowych z Polski, to są tylko w Kijowie w jakimś dowództwie. Kawa, wódeczka. To wszystko. Ukraińcy też mają ich gdzieś. Dobrze wiedzą, że przyjeżdżają do nich dygnitarze i cwaniaki, którzy chcą zaliczyć przygodową podróż w strefę działań wojennych.

Oficer służb ochrony państwa: Pamiętam taką historię. To był sam początek wojny. Ruscy wycofywali się spod Kijowa. Byłem w ochronie delegacji Michała Dworczyka, który pojechał tam na własną odpowiedzialność. Wracaliśmy z Charkowa i wpakowaliśmy się na ziemię niczyją. Zanim tam wjechaliśmy, minęła nas ekipa brytyjskich żołnierzy w mundurach, choć bez oznaczeń. Wracali z jakiegoś zadania. Mieli terenówki, na których były radary artyleryjskie. To był drugi czy trzeci miesiąc wojny i oni już tam byli, Amerykanie zresztą też. Oczywiście nieoficjalnie. A nasi politycy bali się wysłać kogokolwiek do Ukrainy.

"Wojsko z tektury", Edyta Żemła
fot.

Czerwone i Czarne

Oficer służb specjalnych: Chłopaki z naszego attachatu w Kijowie pisali i nadal piszą kwity, zaczynając od spraw najprostszych, a na bardzo ważnych kończąc. Ale te kwity w sztabie są wrzucane do szafy, do jakiegoś biurka i tam leżą. Nikt z tym nic nie robi. Dlatego w naszej armii prawie nic nie zostało wdrożone z wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Nawet polski sprzęt, który tam jeździ, nie został właściwie opisany, obfotografowany ze wszystkimi usterkami, którym ulegał na polu walki. Kwity na ten temat przechodzą przez attachat, tylko po drodze gdzieś grzęzną. Urzędnicy i wojskowi w Polsce mają na to wywalone. Nie ma żadnego systemu agregowania danych, wyciągania wniosków i pilnowania, żeby one były wprowadzane.

Żołnierz sił powietrznych w rezerwie, obecnie instruktor w Ukrainie: Dlaczego nie miałem spotkania z żadnym z naszych dowódców? Dlaczego nie zgłosił się do mnie wywiad wojskowy? Przecież wiedzą, że tam jestem, że wykonuję konkretną robotę, że jestem na bieżąco z tym, co się dzieje na froncie. Dla polskiego wojska powinienem być najlepszym źródłem informacji, bo mam wiedzę z pierwszej ręki. Na własne oczy widzę, jak wyglądają operacje Ukraińców, jak planowanie operacyjne się tam prowadzi, jakie systemy wykorzystują. Razem z ukraińskimi oficerami analizujemy, co robi przeciwnik. Ta wojna zmieniła wszystko. Właściwie do kosza możemy wyrzucić to, czego uczyliśmy się w akademiach, co przez lata ćwiczyliśmy. Tylko nikt z polskiej armii nie jest zainteresowany taką wiedzą. To wręcz woła o pomstę do nieba. Czym oni się zajmują? Nasi nie mają tam żadnych ludzi, ich po prostu ta wojna nie interesuje.

Oficer ze sztabu: Błąd systemowy powstał na samym początku, jak wojna wybuchła. Stało się tak z winny Błaszczaka i Andrzejczaka oraz ich prywatnej wojenki. Błaszczak nie rozumiał, że to, co się dzieje w Ukrainie, nie dotyczy tylko armii, ale całego ministerstwa. Zadanie wsparcia Ukrainy wrzucił Andrzejczakowi. A ten potraktował je jak piąte koło u wozu i zrzucił na swojego zastępcę, który z kolei zsunął to na szefa zarządu logistyki w Sztabie Generalnym. W ten sposób przesyłaliśmy Ukraińcom pieniądze, amunicję, sprzęt. Tyle. Nie powstała żadna instytucja, która by to koordynowała. Tajne meldunki, które szły od polskich oficerów ze struktur międzynarodowych, lądowały w szufladach. Nikt ich nie czytał. W konsekwencji ludzie z naszego MON-u, którzy jeździli na spotkania państw wspierających Ukrainę do bazy Rammstein, byli nieprzygotowani. Tam zapadały jednak konkretne ustalenia, rozdzielano zadania. Nasi wracali do kraju. Zdawali relacje, ale nawet to nie wymuszało sensownych ruchów. W pierwszych latach wojny panował u nas totalny burdel przez to, że nie było instytucji, która na poziomie ministerstwa odpowiadałaby za te sprawy. Do dzisiaj jej nie ma.

Redakcja poleca

Oficer ze struktur NATO: Nasza generalicja nie poczuła się właścicielem problemu, jakim jest wojna w Ukrainie. Ministerstwo też to zignorowało i nadal ignoruje. Należało już na początku wojny powołać komórkę podporządkowaną bezpośrednio pod ministra, która by to wszystko koordynowała. Powinni być tam oficerowie łącznikowi ze wszystkich dowództw. Tak zrobili Niemcy. Powołali oddzielne dowództwo do szkolenia żołnierzy ukraińskich. Na jego czele postawili trzygwiazdkowego generała, któremu podporządkowali dwa dowództwa dwugwiazdkowe. Brytyjczycy też mają osobną jednostkę do szkolenia ukraińskich żołnierzy. Nad nią jest specjalne centrum, które po każdym turnusie szkoleniowym robi manuale, książeczki, w których są zapisane wnioski z wojny przełożone na konkretne zalecenia szkoleniowe dla brytyjskich żołnierzy. Po bitwie w Mariupolu napisali na przykład manuala, żeby przywrócić szkolenie z walki bagnetem w bliskim kontakcie. U nas zadanie szkolenia ukraińskich żołnierzy dostał dowódca 11. Dywizji Zmechanizowanej, który i tak jest obłożony robotą po kokardkę. Nazywam to "polish buldożer" - nie skalaj się pracą, nie bierz odpowiedzialności.

Oficer z 11. Dywizji: Początki szkolenia Ukraińców w Polsce były trudne. Nie mieliśmy jasnych wytycznych, sprzętu. Z czasem z Ukraińcami, którzy do nas przyjeżdżają, wypracowaliśmy całkiem sensowny system. Na poziomie dywizji on nieźle działa. Wyszkoliliśmy u siebie już przeszło dwadzieścia tysięcy ukraińskich żołnierzy, a w ramach misji unijnej siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy. To jest naprawdę ogromny wysiłek. W dywizji mamy komórkę, która zbiera doświadczenia ze szkoleń. Na bieżąco przekazujemy wiedzę do Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych w Bydgoszczy.

Edyta Żemła: Co się z tym dalej dzieje? Ta wiedza idzie do wojska?

Oficer z 11. Dywizji: Nie wiem.

Doświadczony podoficer wojsk lądowych: Nic nie idzie do wojska. To jest ściema. W życiu nie widziałem żadnego pisma z Centrum Doktryn i Szkolenia, a widziałem każde od A do Z, które przechodziło przez nasz sztab.

Oficer wojsk lądowych: Wojna w Ukrainie trwa już kilka lat. Czy zbieramy doświadczenia z tej wojny? Czy je spisaliśmy i wydaliśmy jakieś dokumenty doktrynalne, które poszłyby do jednostek? Nic nie wydaliśmy, żadnych dokumentów, nic nie spisaliśmy. Dla polskich sztabów wojny w Ukrainie nie ma. Może ktoś z tych mądrych sztabowych głów opracował metodykę zwalczania dronów? Nie, nie opracował! A czy ktoś pracuje nad regulaminami wykorzystania nowej techniki, artylerii, czołgów, jak to wpleść w działania ze śmigłowcami Apache i jak to zderzyć z dronami? Nie, nikt nad tym nie pracuje! Widząc, co się dzieje w Ukrainie, już dawno to trzeba było zrobić.

Redakcja poleca

Oficer ze sztabu: Centrum Doktryn i Szkolenia podlega pod szefa Sztabu Generalnego. Zostało powołane do tego, by analizować i wydawać regularnie publikacje jawne, zastrzeżone, tajne, dotyczące wniosków ze szkolenia wojsk własnych. To ono powinno patrzeć na to, co się dzieje w Ukrainie, żeby szybko wdrażać nowości w polskim wojsku. Natomiast oni zajmują się wszystkim innym - strategią, geopolityką, sztuczną inteligencją. To jest wydział bezpieczeństwa na akademii w Pcimiu Dolnym, a nie dowództwo, które ma działać po to, żeby armia uczyła się i ewoluowała.

Oficer z MON-u: Szef sztabu, gen. Kukuła, mówi, że wszystko, co się dzieje w Ukrainie, jest analizowane, że wnioski z wojny są przekuwane w coś nowego. To ja pytam: gdzie to jest zapisane, w jakich doktrynach? Ja takich zapisów nie znalazłem. W programach szkolenia wojska też nie znalazłem tych wniosków.

Oficer z Dowództwa Generalnego: Sztab Generalny powinien być centrum zbierania wniosków i doświadczeń z pełnoskalowego konfliktu, a jest największym hamulcowym. Mam wrażenie, że odcina wojsko od informacji z pola walki.

Podoficer wojsk lądowych, medyk: Mamy czwarty rok wojny. Medycyna pola walki na ukraińskim froncie zmieniła się niesamowicie. Nastąpił rozwój zaawansowanych procedur ratowania życia, logistyki medycznej, ewakuacji rannych. A medycy w jednostkach tego nie wiedzą i bardzo długo nie będą wiedzieć. Bo i skąd mają wiedzieć? Medycyny pola walki najlepiej uczyć się w działaniu. Amerykanie stazy taktyczne, czyli specjalnie zaprojektowane opaski uciskowe, które dzisiaj ratują życie ludziom z ciężkimi krwotokami, wprowadzili na skutek doświadczeń z konfliktu w Wietnamie, a do naszego wojska weszły na dobre dopiero wtedy, kiedy żołnierze zaczęli jeździć na misje do Iraku i Afganistanu. Doświadczeń ukraińskich też nie wdrożymy, bo ich po prostu nie znamy. I nie poznamy, dopóki dowódcy nie zaczną tam wysyłać ludzi. Zapewniam, że byłoby wielu chętnych, by pojechać do szpitali polowych na miesiąc, dwa w celu szkolenia, nagrywania filmów instruktażowych. Potem ta wiedza mogłaby trafić już do jednostek, do struktur wojskowych. Nie ma nic lepszego, niż zobaczyć to wszystko na żywo.(...)

Posłuchaj: