"Chłopak potrzebował spowiedzi, a pedofil rozgrzeszenia". Rozmowa z autorką filmu "Uwikłani"
Patrycja Wanat: W tym filmie nic nie jest czarno-białe, ofiara staje się katem, kat ofiarą. Dlaczego pani zrobiła ten film? Co odkryła pani w tej historii?
Lidia Duda: - Niejednoznaczność. Jak u mojego ukochanego pisarza Dostojewskiego. Bardzo lubię historie, które są pomiędzy białym i czarnym, zmuszają do myślenia. Początkowo ten projekt nazwałam "Migotanie uczuć", bo uruchomił falę emocji pomiędzy współczuciem a odrzuceniem, zanegowaniem, zrozumieniem. Nie umiałam potępić jednego bohatera i całkowicie kibicować drugiemu.
Dla mnie obydwaj są ofiarami systemu. Żaden z nich nie został nigdy poddany terapii czy resocjalizacji....
- Tam nie pada ani razu słowo system czy pomoc. Dlaczego ta historia w ogóle mogła się wydarzyć? Dlaczego koszmar tego chłopca trwa 9 lat? Dlaczego on teraz, gdy jest nastolatkiem, jest poharatany, w duszy ma blizny, na ciele ma blizny, przeszedł kilkakrotnie próby samobójcze? Jego czyny były silnie motywowane. Ja oczywiście nie akceptuję samosądów, ale jestem w stanie zrozumieć, że on postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Matka tego chłopca tłumaczy, że gdy sprawa molestowania wyszła na jaw, pani psycholog po jednym spotkaniu powiedziała, że z nim jest wszystko w porządku. Z kolei pedofil został wysłany na leczenie, które polegało na jednym spotkaniu w miesiącu po pół godziny...
To jest szokujące...
- Tak, i w dodatku lekarz go rozgrzeszył: kiedyś pana ktoś skrzywdził, to teraz pan skrzywdził. I pedofil przekazuje tę krzywdę dalej. Każdy z nas może być w takiej sytuacji, że jakaś historia go przemieliła do tego stopnia, że jego życie jest nie do odbudowania. Tyle, że ten chłopak, miał dobre cechy. On pierwszy zareagował na pedofila, jako dziewięciolatek. W tamtym momencie ta historia powinna się dla niego skończyć, a ona dopiero się dla niego zaczęła. Zaczęło się piekło. To nie jest sprawiedliwe. W tym filmie zupełnie nie widać kamery, bohaterowie jej nie dostrzegają, nie udają, nie grają.
Jak nawiązała pani ten kontakt?
- Dotarcie do nich było bardzo trudne, bo wszystkie akta są utajnione. Musiałam im też wytłumaczyć, dlaczego chcę rozgrzebywać tę ranę. Zastanowiłam się więc przed spotkaniem, czego ten chłopak nigdy nie dostał. W sądzie pytali go o fakty: co mu zrobił, jak mu zrobił, ile razy mu zrobił.... Później nikt się nim już nie interesował. Nigdy tego z siebie nie wyrzucił. W związku z tym ja mu to zaproponowałam. Obiecałam, że w filmie nie padnie słowo "seks". Musiałam mieć też pewną propozycję dla pedofila, która by go przekonała, żeby wystąpił w tym filmie. No i doszłam do wniosku, że on chciałby opowiedzieć o swoim życiu, o tym, co go kształtowało. No i okazało się, że te dwie moje propozycje spotkały się z akceptacją. Chłopak potrzebował spowiedzi, a pedofil rozgrzeszenia.
Chłopak wyszedł już z więzienia, gdzie siedział za usiłowanie zabójstwa pedofila. Co teraz się dzieje?
- Ta historia nie jest zamknięta i to jest najstraszniejsze. Oni ciągle mieszkają dwie ulice obok siebie. On go spotyka. Ten mężczyzna robi to, co robił. Wszyscy o tym wiedzą, przecież on jest notowany, ma kartotekę na policji, sąsiedzi wiedzą, że siedział, matki wiedzą. Dla mnie oburzająca jest ta obojętność. Ja nie żądam ukamienowania, żądam, żeby objąć go leczeniem. Chłopak wrócił do punku wyjścia, to jest prowokowanie losu.
* Rozmowa została przeprowadzona w czasie Krakowskiego Festiwalu Filmowego, który odbył się na przełomie maja i czerwca.