Jak może wyglądać wojna domowa w USA? Nie tak, jak w "Civil War". "Naiwny przekaz"
Najnowszy film Alexa Garlanda "Civil War", który przez ostatnie tygodnie zajmował pierwsze miejsce zarówno w polskim, jak i amerykańskim box office, opowiada o rozgrywającym się współcześnie w Stanach Zjednoczonych konflikcie zbrojnym między kilkoma frakcjami. Z fabułą, opowiadającą o podróży korespondentów wojennych, miał sporo problemów gość Filipa Kekusza w audycji "Popołudnie Radia TOK FM". - Sojusz Teksasu z Kalifornią jest zupełnie absurdalny, co jest oczywiste dla każdego, kto choć trochę interesuje się amerykańską polityką - rozpoczął wyliczanie błędów w filmie dr Piotr Tarczyński, amerykanista, historyk i współprowadzący "Podcastu amerykańskiego".
Jego zdaniem ten film nie mówi nam nic o współczesnej Ameryce. - Jest fantazją na temat wojny domowej. Twórca w ogóle nie próbuje się zastanowić, co doprowadziło do wybuchu wojny domowej - ocenił hollywoodzką produkcję. Przyznał, że migawki z konfliktu są przejmujące, dobrze nakręcone, ale nie tego oczekiwał po tym filmie.
"Civil War". Stracona szansa
Tarczyński kilkukrotnie podkreślał, że nie podoba mu się też, że reżyser w rozlicznych wywiadach odżegnuje się od zabrania stanowiska w konflikcie, który obecnie toczy Stany Zjednoczone. Choćby o to, kto zostanie kolejnym prezydentem USA. Jego zdaniem ten film to stracona szansa. W ocenie eksperta "Civil War" to dzieło dość cyniczne i pokazujące pesymistyczną wizję tego, co się aktualnie dzieje. - Ten film jest dość prosty w przekazie i ten przekaz wydaje mi się naiwny - przekonywał amerykanista. - Wszystko sprowadza się do myślenia, że wojna jest zła. No tak, to nie jest zaskakująca myśl - ironizował.
Choć Tarczyński zauważył też wyraźny pozytyw w premierze "Civil War". To wejście do mainstreamu narracji, która pokazuje, że konflikt zbrojny i wojna domowa w Stanach jest możliwa. Że to nie jest coś, co wydarza się tylko w niedojrzałych demokracjach, gdzie indziej, tylko oto Amerykanie mogą zobaczyć wojnę domową toczącą się w scenerii, którą doskonale znają.
Problemy "Civil War". Kryzys zaufania
- Stany Zjednoczone rzeczywiście są w poważnym kryzysie. Zaufania do demokracji, do instytucji politycznych. To widać we wszystkich badaniach opinii publicznej - przekonywał Tarczyński. Tłumaczył, że Amerykanie nie ufają swoim instytucjom: Kongresowi, prezydentowi, Sądowi Najwyższemu. - Procesowi demokratycznemu po prostu - mówił.
Gość TOK FM przytaczał badania, które pokazują, że mieszkańcy USA naprawdę obawiają się wojny domowej. W zeszłym roku aż 40 proc. stwierdziła, że ich zdaniem wojna domowa może wybuchnąć w ciągu najbliższej dekady. Co piąty Amerykanin twierdzi, że do naprawy kraju można używać przemocy. - To są miliony ludzi - przypominał Tarczyński.
Przedmieścia polem bitwy
Historyk przekonywał jednak, że gdyby doszło w Stanach do wewnętrznego konfliktu, wyglądałby on zupełnie inaczej niż w filmie Garlanda. - Dlaczego ten konflikt miały się odbywać między stanami? Dlaczego to stany miałyby prowadzić między sobą wojnę? - pytał Tarczyński. Przypominał, że to nie połowa XIX wieku, kiedy konflikt faktycznie nakładał się na granice stanów.
Tymczasem dziś linie podziałów są inne. - To nie jest tak, że Teksas jest konserwatywny, a Kalifornia jest liberalna. Te konflikty są regionalne. Miasta są bardziej demokratyczne, wieś jest republikańska, a przedmieścia to jest to pole bitwy - tłumaczył gość audycji. Podpierając się autorytetem specjalistów od tych zagadnień przekonywał, że dziś taka "wojna domowa" byłaby głównie aktami lokalnego terroru. - Czyli bardziej partyzantka, a nie armie, które idą na siebie i próbują zdobywać kolejne miasta - podsumował nawiązując do jednej ze scen w filmie Garlanda.