Historia Janusza Walusia: Dlaczego polski emigrant zastrzelił w RPA komunistycznego działacza?
Reporter Cezary Łazarewicz postanowił przyjrzeć się losom Janusza Walusia, który w 1993 roku zamordował działacza Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego i do tej pory przebywa w więzieniu w RPA. Łazarewicz, próbując zrozumieć tę historię, dotarł do samego Walusia, do jego najbliższych i krewnych. Tak powstała książka 'Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia', o której rozmawiał w TOK FM z Maciejem Zakrockim.
Rodzina Walusiów. W PRL-u żyło im się całkiem dobrze
Przybliżając historię rodziny Walusiów, Cezary Łazarewicz opowiadał, że zanim ojciec Janusza, Tadeusz Waluś wyjechał w latach 70. do RPA, prowadził w Polsce różne interesy.
"Zaczynał jako nastolatek w czasie niemieckiej okupacji, przemycając górskimi szlakami luksusowe towary ze Słowacji. Po wojnie założył sklep kolonialny na Krupówkach. Dobre jedzenie, wyśmienite wina, egzotyczne owoce i przyprawy. Traci wszystko w 1948 roku podczas pierwszej bitwy o handel", czytamy w książce.
Według gościa TOK FM rodzinie Walusiów żyło się nieźle w PRL-u mimo ciągłej walki z PRL-owskimi władzami i urzędnikami. - W latach 60., kiedy Janusz idzie do liceum, jego ojciec zamienia wartburga na forda taunusa 1500 - opowiadał autor książki 'Nic osobistego'.
RPA za czasów apartheidu
Tadeusz Waluś w latach 70. wyjechał do RPA. Nie znając języka, założył tam szlifiernię kryształów, ściągał pracowników z Polski. - Tam profesor, magister, nie lądował na zmywaku. Facet, który potrafił naprawiać samochody, od razu zostawał mistrzem w fabryce samochodów. Kobiety nie musiały sprzątać w domach, tylko dostawały prace biurowe, nawet nie znając języka. Kolor skóry był przepustką do lepszego świata. Oni w momencie wylądowania mieli lepszą pozycję niż ci, którzy żyli tam od trzech pokoleń - mówił reporter o ówczesnej sytuacji w afrykańskim kraju.
Opowiadał też o kontrastach biedy i bogactwa, które uderzały w RPA, gdzie obok bogatych dzielnic z basenami przy każdym domu są getta i dzielnice nędzy i przestępczości. Jak podkreślał, w latach 70.i 80. to był jedyny rasistowski kraj, na który patrzył cały świat i nakładał sankcje.
Cezary Łazarewicz przytoczył słowa pierwszego polskiego ambasadora w RPA Stanisława Cieniucha o tym, że Polacy byli najbardziej radykalnymi przeciwnikami liberalizacji apartheidu, bo to skutkowało utratą przywilejów.
Próbując zrozumieć motywy Janusza Walusia
Prowadzący audycję Maciej Zakrocki zastanawiał się, co może się dziać w głowie człowieka, który przyjeżdża do obcego kraju, otrzymuje dużą pomoc, a życie na bardzo wysokim poziomie jest dla niego na wyciągnięcie ręki. Obawy mogły budzić wydarzenia w sąsiednim Zimbabwe (walki plemienne, odbieranie ziemi białym farmerom). - Jeśli oddamy władzę czarnej większości, to pewnie będzie podobnie: przepędzą farmerów, pozabierają majątki, firmy, doprowadzą firmy do upadku. I ten piękny wspaniały kraj popadnie w ruinę, a nas wymordują albo wygonią - próbował zrozumieć motywy i strach przed zniesieniem apartheidu.
Jak przypomniał Cezary Łazarewicz, Janusz Waluś działał na zlecenie Clive'a Derby-Lewisa z Partii Konserwatywnej, przeciwnej zniesieniu apartheidu w RPA, podczas gdy Partia Narodowa (będąca twórcą apartheidu) chciała liberalizować prawo i przyznać drobne przywileje czarnoskórym obywatelom.
- Ja rozmawiałem z żoną Derby'ego-Lewisa, która mnie ostrzegała, że z czarnymi nie ma co rozmawiać, bo to są ludzie, których my Europejczycy nie rozumiemy, oni nie są w stanie się niczego nauczyć - mówił Cezary Łazarewicz, podkreślając, że rozmowa odbyła się 25 lat po upadku apartheidu.
Janusz Waluś i jego historia. "Czy on oszalał?"
Derby-Lewis i Janusz Waluś to byli pierwsi biali ludzie, którzy zostali skazani za zabicie czarnego człowieka. Wcześniej najczęściej nie znajdowano sprawców zabójstw.
Janusz Waluś przyleciał do Johannesburga w 1981 roku. W Polsce nie interesował się wydarzeniami politycznymi. Jak podkreślał Łazarewicz, Walusia nie interesowała 'Solidarność', nie brał udziału w marszu po zamordowaniu Stanisława Pyjasa, mimo że był wtedy w Krakowie.
Dopiero w RPA, po 5 latach pobytu zaczął interesować się polityką. Według autora książki 'Nic osobistego', kiedy poszedł na spotkanie z Derby-Lewisem i wpłacił datek na Partię Konserwatywną, poczuł się częścią wspólnoty walczącej o prawa białych.
- Czy on oszalał? Czy był z gruntu zły? - dopytywał Maciej Zakrocki, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Waluś się zgłosił do wykonania wyroku na Chrisa Haniego.
- On się poświęca dla nowej ojczyzny - odpowiadał Łazarewicz, dodając, że duży wpływ na niego miała znajomość z Clivem Derby-Lewisem, do tego doszła polska odwaga i brawura. - Według mnie on został wykorzystany przez Derby-Lewisa, który miał swoje plany polityczne i Waluś był częścią tych planów.
- A plan był bardzo prosty: Waluś zabija Haniego, jest bunt na ulicach, nie wiadomo, kto tego dokonał, a więc podejrzewane są tajne służby, czarnoskórzy wychodzą na ulicę, białe wojsko przejmuje władzę, wprowadza stan wyjątkowy i możemy utrwalić stan, który był - przedstawił prawdopodobny scenariusz związany z zabójstwem Haniego.
"Miły i sympatyczny, a nie killer"
Cezary Łazarewicz podkreślał w TOK FM, że Waluś wcale nie przypomina mordercy na zlecenie. - Masz przed sobą miłego, sympatycznego człowieka, na pewno nie killera. I on podejmuje się tego zadania - mówił.
- Ja go ciągle pytałem, jak mogłeś tego dokonać, skąd wiedziałeś, że dasz radę, on odpowiadał: "Przecież miałem zadanie" - relacjonował Łazarewicz swoje rozmowy z Januszem Walusiem.
Waluś pytany przez Łazarewicza, jak może żyć ze wspomnieniami, odpowiadał, że nie są to przyjemne wspomnienia, ale też nie budzą go w środku nocy.
Zabójstwo z zimną krwią, ale totalna amatorszczyzna
Prowadzący audycję przypomniał, jak wyglądał moment zabójstwa Haniego. Polityk był na podjeździe przed swoim domem. Waluś podszedł, strzelając najpierw w korpus, a potem z bliskiej odległości strzelił mu w głowę. - Zachowuje się jak człowiek zawodowo parający się mordowaniem ludzi - zauważył Maciej Zakrocki.
Łazarewicz opowiadał, że zamach na Haniego był totalną amatorszczyzną. Waluś dokonał tego 10 kwietnia 1993 roku w sobotę, czyli wolny dzień, kiedy na osiedlu, na którym mieszkał Hani, było mnóstwo potencjalnych świadków. Został zauważony przez kobietę, która zadzwoniła na policję. Przyjechał pod dom Haniego służbowym samochodem z prawdziwą rejestracją, po której łatwo było go zidentyfikować. Potem nie pozbył się pistoletu, z którego zastrzelił Haniego.
- Jak chociażby oglądałeś "Porucznika Colombo" albo przeczytałeś dwa kryminały, to wiesz, że narzędzie zbrodni trzeba wyrzucić. Dlaczego Waluś nie wyrzucił pistoletu? Bo Derby-Lewis mu mówił, że broń będzie jeszcze potrzebna - opowiadał Łazarewicz.
Kiedy trafił do więzienia, liczył, że ktoś mu pomoże, że zacznie się rewolucja. - Rewolucja się nie zaczyna, a Waluś zostaje zapomniany - opowiadał gość TOK FM, dodając, że Polak nadal budzi wielkie emocje w RPA i można spotkać ludzi mówiących tylko w języku Xhosa, którzy jednak potrafią wypowiedzieć imię i nazwisko Janusza Walusia.
- On nie chce uderzyć się w pierś i przyznać, że to był błąd - Łazarewicz podkreślał, że Waluś z jednej strony stał się symbolem dla polskich nacjonalistów, a z drugiej strony to odebrało mu szanse na zwolnienie warunkowe i do tej pory przebywa w więzieniu w RPA.