"Proboszcz odpowiedział, że ona może umrzeć, ale ciążę donosić musi". Aborcja w II RP [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z rozdziału pt. "Kogo Pan stworzy, tego nie umorzy" książki Joanny Kuciel-Frydryszak "Chłopki. Opowieść o naszych babkach", która ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.
W reklamie "Ilustrowanej Republiki" z 1937 roku gruby jegomość z cygarem, siedząc w fotelu, pyka dymki, a na stoliku przed nim stoją flaszka i szklanka. "Jak w klubowym fotelu jest Pan spokojny, zadowolony i dobrze usposobiony. O ile używa Pan wyłącznie prezerwatyw Olla Gum" - głosi podpis pod obrazkiem. Producenci prezerwatyw dobrze wiedzą, do kogo adresować swoje reklamy, używają ich głównie klasy wyższe. Właśnie pojawiły się prezerwatywy lateksowe, które zastąpiły gumowe, ale za paczkę trzeba zapłacić aż 12 złotych (za tuzin).
Ale nie tylko cena jest barierą. Kościół katolicki potępia korzystanie z antykoncepcji i zaleca wiernym bojkotowanie sprzedawców środków zapobiegających ciąży. Poza tym, że zabezpieczający się katolik uchyla się od obowiązku prokreacji, działa w ten sposób też przeciwko miłości, twierdzą kościelni pedagodzy. "W chwili największej rozkoszy, gdy własne 'ja' powinno zatonąć w miłości i w wielkości oddania, myśli się zimno o środku zapobiegawczym. Najwyższa, najczystsza rozkosz przemienia się w ten sposób w wstręt i zabija miłość" - pisze ksiądz Stanisław Bross w 1935 roku. (...)
Sztuczne poronienie, czyli nielegalna aborcja, albo skrobanka , jak się już wówczas mówi, zastępuje kobietom antykoncepcję. Kościelni hierarchowie wpadają w popłoch. Muszą bronić polskiej rodziny oraz narodu. (...)
Stanowisko Kościoła wspiera sanacyjna władza, posługując się nieco innymi, choć równie oddalonymi od realizmu argumentami. Oczywiście, rządzący dostrzegają problem przeludnienia polskiej wsi, a nawet uważają, że należy do najpoważniejszych i że trzeba szukać rozwiązania. Jednak, twierdzą, w niepewnej sytuacji międzynarodowej nie byłoby dla Polski korzystnie, gdyby nasze kobiety przestały rodzić. Kto bowiem obroni nasz kraj? Janusz Poniatowski, minister rolnictwa, w 1936 roku przekonuje, że zmniejszając przyrost naturalny o osiem milionów osób, które on sam uznaje za zbędne, "czulibyśmy się jednak między dwiema potęgami nieswojo". Trzeba rodzić.
Doktor Ludwik Szczepański, czytając te słowa, trzyma się za brzuch ze śmiechu. "Panu Poniatowskiemu, jak tylu innym ekonomistom wydaje się, że tysiące wygłodzonych, ciemnych, zdziczałych chłopskich cherlaków, stanowią o sile państwa" - pisze (...) publicysta kwartalnika "Życie Świadome". (...)
"Wsadziła jakąś białą rurkę do pochwy i coś robiła koło brzucha"
Podczas tych dyskusji - głównie mężczyzn, bo to oni piszą prawo i je uchwalają - kobiety radzą sobie z niechcianymi ciążami, jak potrafią. W latach dwudziestych najczęściej na tak zwane spędzanie płodu decydują się kobiety niezamężne. Przede wszystkim z biedy, ale i aby uniknąć wykluczenia i nie narazić na wstyd całej rodziny, dziecko nieślubne to bowiem hańba jedna z najgorszych, niewybaczalna plama na honorze familii. Ta k i e dziecko natychmiast zyskuje etykietę: znajducha, szuber, bęks, bladyniec lub beber. Jego matka nazywana jest bezecnicą, przespanicą, goinichą albo flądrą. (...)
Dla młodych wiejskich dziewcząt nieślubna ciąża to dramat, którego często udźwignąć nie są w stanie. W 1923 roku przed sądem w Suwałkach staje dwudziestodziewięcioletnia Marcjanna K., robotnica rolna, panna, podejrzewana "o spędzenie płodu". Nie przyznaje się do winy i wyjaśnia:
- Owszem, byłam u akuszerki i ta dokonała zabiegu, ale to dlatego, że będąc w ciąży - w piątym miesiącu - spadłam z wyszek, podając snopy. Przekonuje, że ponieważ źle się poczuła i potrzebowała pomocy, poszła do akuszerki w Augustowie, ta ją zbadała i orzekła, że płód jest już martwy, następnie kazała się położyć na otomanie i "wsadziła jakąś białą rurkę do pochwy i coś robiła koło brzucha". Następnie podała jej dwie tabletki i kazała zapłacić 300 marek, choć jak podkreśliła, "od bogatych bierze aż 600". Marcjanna K. oddała akuszerce wszystko, co miała - zaledwie 20 marek.
Resztę obiecała oddać po kilku dniach. I tak zrobiła. Aby zdobyć te pieniądze, jak zeznała przed sądem, sprzedała chustkę.
Sąd zbyt dobrze zna te śpiewki, by uwierzyć kobietom, że zaczęło się od upadku. Przekłuwanie pęcherza płodowego szydełkiem, drutem, białą rurką to najczęstsza metoda pozbycia się ciąży przez tak zwane babki, ale często też krewne czy nawet matki dziewczyn w ciąży. Sąd skazuje w tym przypadku obie kobiety na kary więzienia, ale sędziowie uwzględniają, że oskarżone są "niskiego poziomu moralnego i umysłowego", i akuszerce, mającej opinię tej, która łatwo wywołuje sztuczne poronienia, zasądzają sześć miesięcy w zawieszeniu na trzy lata, a robotnicy rolnej trzy miesiące w zawieszeniu na pięć lat.
"Gdzie tu logika, trzynaście dzieci i matka może umrzeć"
Wkrótce pojawia się nowe zjawisko. Z każdym rokiem wśród kobiet, które decydują się na aborcję, przybywa mężatek, także ze wsi. Kolejne dziecko oznacza pogłębienie się biedy. Kobiety bardzo wyraźnie dostrzegają różnicę poziomu życia rodziny z trojgiem dzieci i tej, gdzie jest ich ośmioro, a do tego liczne ciąże rujnują ich zdrowie i wiele z nich nie jest w stanie dożyć do pełnoletniości swoich najmłodszych dzieci.
- Przyszłam na ten świat jako intruz, jako czternaste dziecko - wspomina Emilia Bujnowska z podkarpackiej wsi Głogowiec. - Matka moja miała czterdzieści sześć lat. Porodami i ciężką pracą tak była wyczerpana, że po moim urodzeniu bliżej jej było na tamten świat niż na ten. Dlatego też po moim urodzeniu zaopiekowała się mną siostra, o dziesięć lat starsza. Matka już zdrowia nie odzyskała, chociaż się leczyła. Opowiadano mi, że gdy matka chodziła w ciąży, doradzano jej, żeby ciążę przerwać. Matka moja, będąc bardzo religijną, zapytała księdza proboszcza, że lekarze doradzili jej, żeby przerwała ciążę. Proboszcz odpowiedział, że ona może umrzeć, ale ciążę donosić musi. Gdzie tu logika, trzynaście dzieci i matka może umrzeć.
Matka robi to, co każe ksiądz: rodzi czternaste dziecko. A potem choruje i Emilia musi się nią zająć. Kiedy kończy lat czternaście, matka umiera, a ona zostaje na podupadłym gospodarstwie z siedemdziesięcioletnim ojcem.
"Do trzeciego miesiąca nie ma żadnego grzechu"
7 września 1937 roku policjanci wchodzą do domu Zofii W. we wsi Blenda na Podlasiu i natychmiast rekwirują trzy buteleczki z lekarstwami i słoik z maścią. Dwudziestodwuletniej Zofii w domu nie ma, ponieważ od kilku tygodni leży w szpitalu z zapaleniem żyły, a lekarze nie mają wątpliwości, że choroba jest skutkiem nieudanego zabiegu. Zgodnie z prawem muszą powiadomić policję, a ta idzie do jej domu i nie tylko rekwiruje maść, ale także znajduje świadka, który pomaga im trafić na właściwy trop. To krewny podejrzanej, który zeznaje przed sądem w Grodnie: "Przechodziłem przez podwórko Zofii i usłyszałem, jak szwagier jej męża mówi, że nie wolno tracić płodu, gdyż jest to grzechem. Na to Zofia odpowiedziała: do trzeciego miesiąca nie ma żadnego grzechu".
Mąż Zofii zeznaje, jak było. Kobieta leżała od sześciu dni w łóżku, gdy w końcu przyznała mu się do spędzenia płodu. Nie miał o tym pojęcia, bo zrobiła to w czasie, gdy pracował w polu. Żona twierdziła, że przyszła wtedy do ich domu "jakaś Andzia" i przy pomocy narzędzia przypominającego trzonek łyżki stołowej, "podwiniętego w cienkim końcu", usunęła Zofii ciążę. Gdy tylko mąż się dowiedział, co się dzieje z żoną, zawiózł ją do felczera, a ten skierował ją prosto do szpitala.
Przesłuchiwana Zofia potwierdza, że istotnie zabieg się odbył i że przeprowadziła go „jakaś Andzia", której nie zna i o której nic nie wie. Gdy staje przed sądem, ten okazuje się łaskawy: uwzględnia ustalenia policji, że Zofia, matka dwojga dzieci - rocznego i czteroletniego - wraz z mężem utrzymuje się z siedmiomorgowego gospodarstwa. Żyje więc, stwierdzają sędziowie, "w nędzy i to ją skłoniło do spędzenia płodu". Lekarstwa zaś znalezione w domu to: maść ichtiolowa, płyn Burowa (środek na stłuczenia i obrzęki) oraz krople Inoziemcowa (krople na żołądek). W tej sytuacji, a także nie ustaliwszy, kim jest Andzia, sąd uniewinnia Zofię W.
Tego rodzaju ciuciubabka odbywa się często. W latach trzydziestych legalna aborcja z przyczyn materialnych nie wchodzi w rachubę, toteż liczba zabiegów lekarskich po nieudanych aborcjach lawinowo rośnie, a sądy rozpatrujące sprawy "spędzenia płodu" mają pełne ręce roboty. Lekarze szacują, że liczba nielegalnych aborcji wzrosła o 100 procent w porównaniu z latami dwudziestymi. Sędziowie w tej sytuacji wykazują, jak w przypadku mieszkanki wsi Blenda, wyrozumiałość, a nawet zwalniają oskarżone z kosztów procesu. Zwłaszcza te, które okazują "akt ubóstwa". (...)
"Co robi dziś 'postępowa' matka?"
Popularny na wsi miesięcznik "Rycerz Niepokalanej" zupełnie inaczej widzi kobiety usuwające ciążę niż sędziowie i lekarze. We wrześniu 1938 roku gazeta szeroko omawia problem "spędzania płodu", aby swoim czytelnikom uświadomić, kim naprawdę są te zepsute egoistki.
"Co robi dziś 'postępowa' matka? - Gdy pozna, że stała się matką, zaczyna przede wszystkim myśleć, jak nie dopuścić, by dziecię to, świata Bożego nigdy nie oglądało. Oczywiście, wszystkie sąsiadki na około radzą, jak która może: jedne stary sposób, drugie nowy, radzą - truć, wskazują przy tym, co, kiedy, i jak, a jeszcze inne, te najmłodsze, 'najmodniejsze' i 'najpostępowsze', radzą po prostu czy prędzej - iść do szpitala i kazać żywcem zarznąć. Matka się chwilkę waha szczególnie, gdy to pierwsze dopiero dziecko, zgodny chór przyjaciółek ją powoli przekonywuje:
- Teraz tak wszystkie robią!
- Tylko głupie teraz dzieci mają!
- Nie moda na dzieci, nie te czasy!
- Od tego pani nie umrze!
- Za jedne czterdzieści złotych pozbędzie się pani kłopotu!
- Za trzy dni pani wróci do domu, zdrowa jak ryba! Ja już byłam z dziesięć razy.
Demagogia tekstu z "Rycerza Niepokalanej" polega nie tylko na tym, że figura modnej matki jest całkowicie wyssana z palca. Sama sytuacja jest również kompletnie nieprawdopodobna. Nie jest oczywiście możliwe, aby "modna" matka mogła na żądanie usunąć ciążę. Można to zrobić tylko w dwóch przypadkach: gdy ciąża zagraża zdrowiu lub życiu kobiety albo gdy ciąża pochodzi z przestępstwa. W sytuacji, gdy wiejskie kobiety wolą ryzykować śmierć podczas spędzania płodu przez babkę, niż rodzić, epatowanie tego typu kłamliwymi wizjami jest zwyczajnie cyniczne.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>