"Zakonnicom najtrudniej jest dochować ślubów posłuszeństwa" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Fragment pochodzi z książki autorstwa Justyny Dżbik-Kluge pt. 'Śluby (nie)posłuszeństwa. Prawdziwe życie zakonnic', która ukazała się 23 sierpnia 2023 roku nakładem Wydawnictwa Znak. Książkę można kupić tutaj :
Jedna z zakonnic, która odeszła, w rozmowie ze mną porównała zakon do sekty. Zasadnie?
W sekcie nie masz absolutnie żadnego wyboru, jest charyzmatyczny guru i rodzaj uzależnienia. Guru wikła cię w relację pararodzicielską, gdzie zdrada jest formą ojcobójstwa. O więcej musiałabyś pytać kogoś, kto się zna na sektach.
Ty znasz się na relacjach międzyludzkich. Inny z bohaterów książki - ksiądz Stanisław, blisko związany z jednym z zakonów żeńskich - powiedział mi, że jego zdaniem kluczem do dobrego funkcjonowania zakonu jest mądra przełożona. Jaka powinna być twoim zdaniem dobra liderka tego typu wspólnoty, dobra szefowa?
W moim świecie dobra szefowa słucha ludzi, z którymi pracuje, potrafi przyznać się do błędu, przeprasza, jeśli komuś zrobiła przykrość, bierze odpowiedzialność za swoje decyzje. Ale też dobra szefowa to ta, która wiele zrobi dla swoich ludzi, będzie ich chronić przed "górą" - będzie brała na siebie negocjacje, rozładowywała konflikty. A w przypadku zagrożenia nie będzie chodzić do pracowniczek i użalać się, jak jest strasznie, tylko sama rozpracuje problem, pomyśli, jak im to przekazać. Dobra szefowa dba o swoich ludzi.
Moje bohaterki, siostry zakonne, musiały dostać zgodę na wywiad od swoich przełożonych.
Czyli rozmawiasz z osobami, które zakon chce pokazać światu, też z jakiegoś powodu. Poza tym sądzę, że są to osoby bardziej podmiotowe i niebojące się rozmowy.
Bardziej podmiotowe?
Takie, które jednak czują się podmiotami w całej tej sytuacji. Czują, że choć są częścią struktury hierarchicznej, choć podlegają pod swoje przełożone, to jednak mają w swoich rękach jakieś moce decyzyjne. Mogą myśleć: "To ja decyduję, ja chcę, ja wybieram, mam wpływ". Rozmawiasz z osobami, które nie boją się konfrontacji z ciekawską dziennikarką.
To jest właśnie pytanie, na ile zakonnice mogą żyć po swojemu. Usłyszałam w tych rozmowach nie raz, że zakonnicom najtrudniej jest dochować ślubów posłuszeństwa. W przeciwieństwie do zakonników, którzy mają większy problem ze ślubami czystości. Czy w kobiecej naturze jest jakaś przekora?
Nie wiem, czy jest coś takiego jak kobieca natura. Natomiast temat posłuszeństwa jest w ogóle bardzo ciekawy. Zobacz, jeśli chodzi o wychowanie dzieci, to wciąż posłuszeństwo jest wysoko w hierarchii celów w domu, w szkole. Zwłaszcza dziewczynki mają być "grzeczne". Chłopcom wolno trochę bardziej szumieć, mogą być głośniejsi, bardziej ruchliwi, fizycznie ekspresyjni. Dziewczynka ma być cicha i siedzieć spokojnie. Jest socjalizowana do słuchania, co widzę bardzo dobrze w tym obszarze, którym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeutka: kobieta przekracza próg szpitala położniczego i ma być posłuszną pacjentką, "nie histeryzować", nie być emocjonalna, a jak zaczyna mówić o tym, czego potrzebuje, to dostaje łatkę, że "jest roszczeniowa". Nie myślałabym więc o naturze, tylko o wychowaniu. Tu się zaczyna coś zmieniać, jest na to jakaś odpowiedź wśród młodych kobiet, którą widziałyśmy na ulicach. Odpowiedź, która brzmi: "To ja chcę stanowić sama o sobie".
Piekło zakonnic. Są gwałcone, zrzucane ze schodów i okładane pięściami. 'Krzyż, który trzeba nieść'
Wspomniałaś mi kiedyś o badaniach pokazujących, że poczucie podmiotowości polskich kobiet jest niskie. Co to znaczy?
Jest na to niestety wiele przykładów. To widać na przykład w stosunku do swojego ciała. Jesteśmy w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o liczbę kobiet niezadowolonych ze swojego wyglądu. Czyli to inni nam mówią, jak trzeba wyglądać, żeby było dobrze. Jesteśmy też - statystycznie rzecz biorąc - niespełnione w życiu seksualnym, nie znamy swojego ciała, nie wiemy, co lubi, jak mu sprawić przyjemność. Oczekujemy, że to się wydarzy samo. Podobnie przy porodzie: naprawdę wciąż często zdarza się tak, że nikt z kobietą nie rozmawia o tym, czego by potrzebowała - w jednym z najważniejszych dni w jej życiu.
Zadałam jednej z moich rozmówczyń, siostrze Annie Bałchan, pytanie, czy spodziewała się tego, co zastała w klasztorze. Spojrzała na mnie i powiedziała: "Ty masz męża i dzieci?". "Tak, mam". "No i spodziewałaś się, jak to twoje życie będzie wyglądać? Byłaś na wszystko przygotowana?" Dało mi to do myślenia. Na ile możemy się przygotować do swoich życiowych, kobiecych ról?
Koncept przygotowywania się na coś wydaje mi się iluzoryczny. Nie możemy się przygotować na to, co nas czeka, gdy wejdziemy w związek, gdy pojawi się dziecko, ani na poród, bo to żywioł. Nie możemy przygotować starszego dziecka na pojawienie się młodszego, nie możemy się przygotować na czyjąś śmierć. Jeśli "przygotowanie na coś" miałoby powodować, że gładko wejdę w to doświadczenie i nie będę przeżywać trudnych uczuć, to nie znam na to sposobów. Co możemy robić, to rozmawiać z innymi, którzy mają podobne doświadczenia, możemy się namyślać, omawiać to, znajdować słowa, żeby wyciągać to na światło dzienne, żeby nie było ukryte pod dywanem, w szafie. Ale i tak życie nas zaskoczy. Sztuka polega na tym, żeby przyjmować to, co się wydarza, w miarę świadomie i dopuszczać do siebie uczucia, które się z tym wiążą, pozwalać się zaskakiwać, umieć przeżyć to zaskoczenie, czasem rozczarowanie, niepokój, ekscytację. Nie zamknąć się na to, co nowe.
Znam kilka sióstr, które do decyzji o odejściu z zakonu dojrzały chwilę przed czterdziestką. Czy to jest efekt kryzysu wieku średniego? Jakiś czas przełomu?
Będziemy teoretyzować, bo są pewne wspólne mianowniki, do których lubimy odnosić wszystkich ludzi, a potem się okazuje, że każda historia jest inna. Możemy sobie jednak wyobrazić, że około czterdziestki przychodzi czas pierwszego bilansu, podsumowania.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>