Laura myślała, że "wino to jej żywioł". "Byłam wrakiem kobiety" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Soberlife. Jak trzeźwieją kobiety" autorstwa Agaty Jankowskiej, wydanej 23 kwietnia 2024 roku nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
(...) - "Nie chciałem się wiązać z alkoholiczką", powiedział mi chłopak, z którym wówczas mieszkałam. "Co on pi*****i", pomyślałam. Ja? Alkoholiczka? Kocham kulturę frankofońską, piję drogie wina w restauracjach, dbam o urodę i jestem wegetarianką. Wino to mój żywioł, moje życie, zresztą wszyscy światowi dyplomaci piją w ten sposób. A on jest prosty, zaściankowy i na niczym się nie zna. Był pierwszą i ostatnią osobą, która zwróciła mi uwagę na to, że mam problem. Nie posłuchałam. Ale dziś jestem mu wdzięczna - opowiada Laura, czterdziestodwuletnia pracowniczka administracyjna ambasady.
Pić zaczęła na studiach. Na romanistyce wszyscy pili, choć dziś Laura podejrzewa, że tylko jej się tak wydawało.
- Wkręciłam się w kosmopolityczne klimaty. Miałam wielu przyjaciół Francuzów, raczyliśmy się czerwonym winem i czytaliśmy Michela Houellebecqa w oryginale. Naprawdę byłam przekonana, że picie do każdego posiłku działa wręcz prozdrowotnie. W ten sposób też pokonywałam nieśmiałość, bo z natury jestem aspołeczną introwertyczką, a marzyłam o tym, żeby stać się tajemniczą uwodzicielką, tak jak paryżanki. Alkohol pomagał mi się przełamać. Z kieliszkiem w dłoni robiłam się towarzyska, eteryczna, seksownie egzaltowana. Stawałam się inteligentnie dowcipna, kreatywniejsza. Lubię realizować się również w sztukach plastycznych. Na to także doskonale działał alkohol, bo wydawało mi się, że głowa się otwiera, przestaję być ciężka i smutna, a talent znajduje swoje ujście. Fajne życie zaczynało się po kieliszku. Bez tego byłam melancholijna i smutna, szara, nieciekawa. Dziś wiem, że miałam nawracające epizody egzogennej depresji wywołanej traumą po śmierci matki. Zmarła, gdy byłam na studiach. Do końca nie powiedziała, że choruje. Gdy pluła krwią, zawiozłam ją do szpitala i już z niego nie wyszła. Rak krtani i płuc. Do ostatniego dnia życia widziałam ją z papierosem w dłoni.
Depresyjne stany Laury przez lata nasilały się i wybuchały najczęściej po rozstaniach z kolejnymi partnerami. Wtedy piła najwięcej. Wyłączając kilkunastomiesięczną przerwę, kiedy była na diecie.
- Z alkoholu wpadłam w inną obsesję: sport i zdrowe odżywianie. Na siłowni byłam już o piątej rano, ćwiczyłam z pasją i oddaniem, tak jak wcześniej piłam wino. Miska zawsze idealnie czysta, liczyłam wszystkie kalorie, na kalkulatorze mnożyłam indeks glikemiczny, mierzyłam centymetrem obwody każdej części ciała, nawet szyi, nadgarstka i łydki. Dietetyk początkowo był ze mnie dumny, ale z czasem moja skrupulatność zaczęła go przerażać. Zaproponował wizytę u psychiatry, bo uznał, że mam w znacznym stopniu zaburzony obraz własnego ciała. Odpowiedziałam, żeby się cieszył, że tak walczę, bo w jednej chwili może mi minąć zajawka na sport - wspomina.
I minęła, gdy Laura związała się z Francuzem mieszkającym w Brukseli. Wtedy znowu zaczęła pić.
- Bywałam u niego przez kilka tygodni, potem on kilka tygodni mieszkał u mnie. Za każdym razem przywoził skrzynki najlepszych roczników z winiarni pod Lons-le-Saunier w departamencie Jura. U nas wina nie liczyło się na butelki, tylko na skrzyneczki pakowane po sześć flaszek. Codziennie piliśmy minimum dwie butelki - wylicza.
Zaczęła pracę w strukturach Unii Europejskiej, żeby mogli być blisko, ale wkrótce Francuz złamał jej serce.
- Wtedy puściły wszystkie hamulce. Rozstanie przeżyłam tragicznie, jedna wielka rozpacz, bo miałam dalekosiężne plany związane z tym mężczyzną. No i byłam tam sama. Cała moja rodzina, wszyscy znajomi zostali w Warszawie. Byłam wrakiem kobiety. Zamiast jednej butelki wypijałam dwie lub trzy. Przestało być elegancko. Piłam w łóżku, nie patrząc, że pościel jest zalana. Piłam ze szklanek, bo nie chciało mi się zmywać kieliszków. Piłam do odcięcia i zdarzało mi się obudzić w wannie z zimną wodą zabarwioną na czerwono, jak krwią, i zbitym kieliszkiem na podłodze. Nawet nie pamiętałam, że brałam kąpiel - opowiada.
To wszystko tłumaczyła rozstaniem. Wtedy jeszcze nie odczuwała reperkusji związanych z piciem. Była młoda, ciało szybko się regenerowało. Czasami zdarzał się jakiś kac, ale niespecjalnie często, a więc fizycznie pozostawała w dobrej formie.
- Dziś myślę, że już wtedy byłam zaawansowaną w nałogu, wysoko funkcjonującą alkoholiczką. W pracy szło mi świetnie, robiłam karierę. Dużo pracowałam koncepcyjnie i cały czas podtrzymywałam w sobie przekonanie, że to wino mi pomaga. Jak się napiję, przynajmniej te pierwsze dwa kieliszki, to głowa się otwiera i jestem w stanie wymyślić ciekawe rzeczy, nowatorskie, pomysłowe, wyróżniające się. Budowałam renomę pracowitej, rzetelnej i kreatywnej pracowniczki. Nikomu nie przyszło do głowy, że wieczorami biorę laptop do łóżka, pracuję i piję, aż stracę przytomność. Intuicyjnie spotykałam się z osobami, które lubiły pić. Dziś wiem, że niektóre z nich także miały lub mają problem alkoholowy. Na tych, którzy nie pili, patrzyłam z góry. Przeciętniacy, nudziarze, sztampowa masa. Tacy ludzie mnie nie interesowali. Chciałam należeć do elity, czuć intelektualne fajerwerki, najlepiej codziennie. Dziś już wiem, że to nie jest prawda. Widzę, że większość ludzi jednak nie pije. To ja, jak każdy chorujący na alkoholizm, szukałam osób pijących i romantyzowałam ten styl życia. Nadal trudno mi uwierzyć, że obecnie w ogóle nie spotykam się z ludźmi, którzy piją. A mimo to mam duże grono znajomych i się nie nudzę - opowiada z perspektywy czasu.
Wtedy Laura powolutku, ale konsekwentnie zaczynała rano odczuwać wpływ alkoholu. Cierpiała na straszne migreny, dlatego brała powszechnie dostępne leki przeciwbólowe, które oczywiście popijała winem. Gdy ibuprom i paracetamol przestały działać, od znajomej lekarki brała receptę na tramadol. Nie wysypiała się - albo nie mogła zasnąć, albo spała kilkanaście godzin. Wsiadała do samochodu, przekonując samą siebie, że nie ma alkoholu we krwi. W pracy ratowała ją tylko dobra reputacja, bo coraz częściej popełniała błędy - spóźniała się, zapominała o spotkaniach. Dlatego sprytnie postarała się o przeniesienie do Warszawy. W rodzinnym mieście było jeszcze gorzej. Docierało do niej, choć to wypierała, że jej problem alkoholowy staje się coraz poważniejszy.
- W głowie powtarzałam: "Hej, dziewczyno! Spróbuj przynajmniej dzisiaj się nie napić". Pamiętam powroty do domu i wewnętrzną walkę: wstąpić do knajpy czy nie. Kupić wino czy nie. W drodze z pracy miałam już plany, że odpocznę, pójdę na jogę, obejrzę film i wcześniej zasnę. Ale w ostatnim momencie zawsze skręcałam do byle jakiego sklepu. Żeby oszukać samą siebie, zamiast do monopolowego wchodziłam do Rossmanna z działem win. Sama sobie tłumaczyłam: przecież muszę kupić szampon! A przy okazji dwie butelki portugalskiego touriga nacional. Owszem, zdarzały się dni, że silna wola wygrywała i udawało mi się nie pić. Wtedy kupowałam za to sześć orzechowych czekolad z okienkiem albo trzy pudełka ptasiego mleczka i obżerałam się słodyczami, aż do zwymiotowania. A potem gardziłam sobą, czułam się tłusta. Na drugi dzień oczywiście piłam wino. Musiałam jakoś strawić ten cały cukier - wspomina.
W klubie jazzowym naprzeciwko kamienicy, w której mieszkała, poznała sporo młodszego muzyka. On nie pił, za to palił jointy. Zamieszkali razem. Chłopak zorientował się już po kilku miesiącach, że Laura w zasadzie pije codziennie.
- Zaczął przebąkiwać, że może powinnam ograniczyć wino. Pytał też, na co właściwie biorę te leki. Udawało mi się odbijać piłeczkę, komentując, że nie ma prawa głosu, dopóki sam jara zioło, ale te argumenty miały sens tylko do pewnego czasu. Kiedyś w kłótni powiedział dwa zdania za dużo. Że nigdy nie chciał być z alkoholiczką, bo jego matka piła i wie, jak takie życie wygląda. Pomyślałam: "Co on pi*****i"? Alkoholiczka leży zarzygana w krzakach albo ląduje na izbie wytrzeźwień. Ma opuchniętą twarz, matowe włosy, żółte zęby i śmierdzi. Przecież moje włosy błyszczą, a uśmiech mam śnieżnobiały. Co to, do cholery, ma wspólnego ze mną?" - pytała Laura retorycznie.
Posłuchaj: