"Dzisiaj zrobię coś wyjątkowego". "Zatłukli studenta na śmierć"
Poniższy fragment pochodzi z książki "W głowie zabójcy. Pierwszy polski profiler kryminalny na tropie najgłośniejszych zbrodni" autorstwa Macieja Szaszkiewicza oraz Marii Mazurek, która ukazała się 23 kwietnia nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
Czy ten, kto zabił raz, będzie zabijał dalej?
Jest to mało prawdopodobne - rzadko które zabójstwo daje początek serii. Większość sprawców poprzestaje na tym jednym z różnych przyczyn: bo wpadną, bo wyprowadzą się za granicę i zaczną nowe życie, bo umrą, bo się zakochają i pod wpływem kobiety przejdą przemianę wewnętrzną. Ale najczęściej po prostu dochodzą po zabójstwie do wniosku, że to był czyn głupi i niebezpieczny. Wyjątkowo durny sposób na osiągnięcie swoich korzyści.
Człowiek, który zabił, zazwyczaj czuje przerażenie. Jest straumatyzowany, przeżywa lęki.
Z drugiej zaś strony oddycha z ulgą. Cieszy się, że go nie złapali. I wcale nie zamierza sprawdzać, czy kolejnym razem również mu się uda. Jeśli zabójstwo zostało dokonane na tle rabunkowym lub emocjonalnym, to szanse, że przerodzi się w serię, są naprawdę znikome. Zwiększają się w przypadku zabójstw na tle seksualnym. Bo seks, tak jak każdy popęd człowieka, wynika ze stałej potrzeby. Stosunki seksualne mają charaktery cykliczny.
Zaspokojenie seksualne jest tylko chwilowe?
Jeżeli sprawca w ogóle je osiągnie. Bo najczęściej się okazuje, że nie jest on emocjonalnie ani fizjologicznie zdolny do odbycia stosunku ze swoją ofiarą. Często po prostu nie ma erekcji. W sytuacji gwałtu i zabójstwa pojawia się dużo elementów, które nigdy nie powinny mieć z seksem nic wspólnego: ofiara krzyczy, krew się leje, zwieracze puszczają. A przecież seks powinien być nacechowany bliskością, intymnością, czułością, intensywnością pozytywnych przeżyć. Przestępca, choć wcześniej fantazjował o seksie, w tych okolicznościach nie czerpie z niego satysfakcji. Chyba że jest skrajnym sadystą - wtedy owszem, im więcej cierpienia ofiary, tym lepiej.
Seryjne zabójstwa rozpalają zbiorową wyobraźnię, ale zdarzają się u nas naprawdę rzadko. W całej powojennej historii Polski było ich kilkadziesiąt. Większość sprawców poprzestaje na jednej zbrodni.
Co takiego może się wydarzyć w głowach tych, którzy na jednym zabójstwie nie poprzestają?
Odpowiadając najkrócej: może im się to spodobać. Wspomniałem, że niektórym - psychopatom o mocnym rysie sadystycznym - nie przeszkadzają krew, wydzieliny, przemoc. Mogą działać wręcz zachęcająco. Oczywiście pierwsze zabójstwo było niewprawne, nieudolne, niesatysfakcjonujące. Tylko że taki ktoś, zamiast dać sobie spokój i cieszyć się, że go nie złapano, zaczyna kombinować, czy i co może kolejnym razem usprawnić. Jak się lepiej przygotować. Myśli na przykład: "Ofiara krzyczała i to mogło mnie zdradzić. Więc następną zaknebluję". Albo wpada na pomysł, żeby przyłożyć ofierze pistolet do skroni i rozkazać czytać przygotowany przez siebie tekst z Hamleta. Niektórzy z porwania, torturowania i zabójstwa robią całe wymyślne inscenizacje (psychopatia ogranicza emocjonalność, ale nie intelekt człowieka).
Dochodzi do kolejnych zabójstw - przestępca nabiera wprawy zarówno w zabijaniu, jak i w pozbywaniu się śladów czy zapewnianiu sobie alibi. Niekiedy znajduje jakieś miejsce, piwnicę czy szopę, do której przewozi ofiary. Może wymyślić cały teatr, łącznie ze świecami zapachowymi i muzyką. Mimo to jest wysoce prawdopodobne, że kolejne przestępstwa wcale nie dadzą mu satysfakcji seksualnej.
Zaginięcie 11-latki. 'Pseudopotrzeba' rodziców. 'Ogromny problem'
Jednak w pewnym momencie - na przykład po trzecim zabójstwie - pojawia się coś, czego nie przewidział. Gratyfikacja, na którą wcale nie liczył. Mianowicie zaczyna o nim pisać prasa, ostrzega przed nim telewizja. Media czynią go bohaterem zbiorowej wyobraźni. Piszą: "Na krakowskim Kozłówku grasuje wampir". Albo: "Na Mokotowie tajemniczy mężczyzna porywa i zabija kobiety". On, który do tej pory był nikim, dokonuje czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał. Ludzie całe życie mieli go za byle kogo, teraz on stał się kimś. Wodzi policję za nos. Ludzie się go boją - a typ psychopatyczny często myli strach z szacunkiem. I już wcale nie chodzi mu o seks ani o satysfakcję z seksu. Chodzi mu o to, żeby grać z policją i z całym światem. Zabija więc kolejne ofiary (ciekawe, że w przypadku seryjności drugie zabójstwo jest dokonywane statystycznie rok po pierwszym, natomiast trzecie - sześć miesięcy po drugim; potem ten czas jeszcze się skraca), żeby ta gra trwała. Po pewnym czasie jednak czuje, że znalazł się w błędnym kole - zabijanie uzależnia go i męczy jednocześnie. Chciałby przestać, ale już nie może.
A może i chce zostać złapany?
Oczywiście. Tacy zabójcy, gdy w końcu zatrzymuje ich policja, często mówią: "Nareszcie".
Jednak chciałem raz jeszcze podkreślić: mówiąc o seryjnych zabójcach, mówimy o naprawdę niewielkiej grupie wyodrębnionej z innej niewielkiej grupy. Zdecydowana większość z nas nigdy nie spotka na swojej drodze żadnego zabójcy. Tym bardziej zabójcy seryjnego. Zabójstwa seryjne naprawdę stanowią niewielki procent. Częściej dochodzi do zabójstw wielokrotnych.
'Kręcenie wora', mobbing i alkoholizm w teatrze. 'Wiedzieli wszyscy' [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Czym się różni zabójstwo seryjne od wielokrotnego?
Zabójstwo wielokrotne to takie, w którym jest kilka ofiar naraz. Mamy jedną lokalizację, jedno umiejscowienie w czasie i co najmniej dwie osoby zabite. Na przykład ktoś wpada na posesję i zabija całą pięcioosobową rodzinę. Zdarza się, że lokalizacji jest więcej, ale mimo wszystko zdarzenie wciąż jest jedno. Czyli na przykład członkowie tej pięcioosobowej rodziny, którą zamierza zabić przestępca, przebywają w dwóch lub trzech miejscach, więc on podczas jednego zdarzenia przemieszcza się między tymi miejscami. Wtedy mówimy o zabójstwie szaleńczym. Jego przykładem - chyba najbardziej medialnym - było to, co 22 lipca 2011 roku zrobił Norweg Anders Breivik, skrajnie prawicowy ekstremista. Najpierw podłożył bombę w centrum Oslo. Do eksplozji doszło po godzinie 15.20. W jej wyniku zginęło osiem osób (w tym siedem na miejscu), a ponad dwieście doznało obrażeń. Następnie Breivik skierował się na północny-zachód, na położoną na jeziorze Tyrifjorden wyspę Utøya. Tam między godziną 17.22 a 18.34 zastrzelił w sumie sześćdziesiąt dziewięć osób, w większości młodych, przebywających na obozie młodzieżówki rządzącej Partii Pracy. Mimo że te dwa miejsca dzieli kilkadziesiąt kilometrów, zbrodnię Breivika traktujemy jako jedno zdarzenie. Które on zresztą planował dziesięć lat wcześniej.
W przypadku zabójstw seryjnych za każdym razem mamy do czynienia z innym zdarzeniem, inną historią. Między tymi zdarzeniami upływa czas, w którym - to bardzo ważne - występuje wygaszenie emocji sprawcy. Początkowo one słabną, później znów się nasilają. Od pewnego momentu sprawca coraz częściej fantazjuje o kolejnym zabójstwie, zaczyna je planować, jego myśli coraz bardziej obsesyjnie krążą wokół tego tematu. Ale to dzieje się dopiero po jakimś czasie - po samym zabójstwie emocje ulegają wygaszeniu, są coraz "bledsze". W zabójstwie wielokrotnym wygaszenie nie występuje. Dla sprawcy - lub sprawców, bo przecież nie wszystkie zbrodnie są popełniane w pojedynkę - to jeden akt. Jedna historia.
Morderstwo na UW i dezinformacja Putina. 'Konta często są powiązane z Konfederacją'
Jaki procent zabójstw to te dokonywane przez więcej niż jednego sprawcę?
Stosunkowo niewielki. Dziesięć, dwadzieścia procent. Napady, rabunki, handel narkotykami, przemyt, oszustwa finansowe - tu przyda się więcej sprawców. Zabójstwo popełni jedna osoba. Poza tym, jeśli ktoś planuje najgorszą ze zbrodni, za którą może iść do więzienia na resztę życia, to jako wspólnika musiałby mieć osobę wprost niewiarygodnie zaufaną. Niewiarygodnie. W praktyce trudno zabójcy trafić na kogoś takiego. Wyjątkiem są małoletni przestępcy. Oni zazwyczaj "idą na zabójstwo" w dwójkach lub trójkach. Ich zbrodnie w ogóle dość zdecydowanie różnią się od tych popełnianych przez dojrzałych ludzi.
Czym jeszcze?
Małoletni szybko przyznają się do zbrodni. Z różnych powodów. Po pierwsze, często uważają się za bezkarnych, bo sądzą, że i tak nie trafią do więzienia. Po drugie, zazwyczaj pochodzą ze środowisk, w których przestępca to ktoś godny szacunku i podziwu. A nie ma przecież poważniejszego przestępstwa niż pozbawienie kogoś życia. Więc ci młodzi ludzie - nie dość, że omamieni wpływem środowiska, to jeszcze niedojrzali emocjonalnie i z trudem myślący racjonalnie szczególnie o czymś, co dotyczy abstrakcyjnej dla nich przyszłości - stwierdzają, że jeżeli przyznają się do zabójstwa, to ich życie zmieni się na lepsze.
Kolejna różnica: oni zadają więcej ciosów. Często ofiara umiera po drugim albo trzecim ciosie (lekarze wykonujący sekcję zwłok potrafią to stwierdzić), a dostała ich jeszcze czterdzieści.
'Sam sobie wymierzył sprawiedliwość'. Co doprowadziło do linczu we Włodowie?
Dlaczego?
Przede wszystkim młodzi ludzie, zwłaszcza ci ze środowisk dysfunkcyjnych, mają słabsze mechanizmy regulowania i wygaszania emocji. Nawet jeśli ofiara jest przypadkowa, napięcie emocjonalne zabójcy utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie także w momencie, w którym ona już od kilku czy kilkunastu ciosów nie żyje. Emocje sprawcy ulegają osłabieniu stopniowo, po zadaniu kolejnych ciosów. Poza tym on nie zdobył jeszcze doświadczenia, nie umie ocenić, czy zaatakowany człowiek wciąż żyje. Część ofiar ma chwilę po zgonie odruchy pośmiertne. Więc taki zabójca przygląda się i myśli na przykład: "Na moje oko ona już nie żyje, ale dla pewności zadam jeszcze trochę ciosów". Ofiara ma serce przebite trzy razy, a dostaje jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt ciosów.
Ilu zabójstw dokonują małoletni?
W Polsce, w ogóle w Unii Europejskiej, bardzo niewielu. Znacznie więcej w Stanach Zjednoczonych, jeszcze więcej - w Ameryce Łacińskiej. W krajach takich jak Salwador, Honduras, Gwatemala, Kolumbia, gdzie są gigantyczne problemy z korupcją, ubóstwem i łatwym dostępem do broni, gangi rekrutują dwunastolatków. Najpierw taki dzieciak jest przyuczany, na przykład wykorzystywany jako kurier albo czujka (ktoś stojący na czatach). Po pewnym czasie - raczej niezbyt długim - zleca mu się zabójstwa.
Patrzymy na to z boku i nie pojmujemy, dlaczego decydują się na ryzyko: przecież członkowie gangów nie tylko zabijają, lecz także sami zostają zabici. Nie wiadomo jedynie, kiedy spotka ich śmierć. Oni się z tym liczą, a mimo wszystko decydują się na pracę dla gangu.
Rozumie pan ich motywację?
To moja praca: staram się wgryźć w umysł przestępcy.
Więc dlaczego ci młodzi ludzie wstępują do gangów?
Odpowiadając najkrócej: bo nie widzą alternatywy. Bo wydaje im się to najsensowniejszą drogą. A właściwie - jedyną. Gangi zapewniają swoim członkom ochronę (oczywiście iluzoryczną), pieniądze, poczucie sprawczości. Jeśli dzieciak (tu wracamy do wychowania) wzrasta w samotności, biedzie, bezsilności, ta propozycja jest dla niego atrakcyjna. Są zresztą kraje i środowiska tak zepsute przestępczością, że przynależność do gangów jest w nich postrzegana jako zupełnie normalna. Dwa największe gangi w Salwadorze - MS-13 i Barrio 18 - zatrudniają, według szacunków, około sześćdziesięciu tysięcy ludzi. A mówimy o maleńkim kraju, który ma zaledwie około sześciu milionów mieszkańców.
'Damian, zostaw broń'. Masakra w zakładzie karnym w Sieradzu oczami negocjatora [FRAGMENT KSIĄŻKI]
W Polsce problem przestępczości wśród małoletnich, jeśli porównamy ją z Ameryką Łacińską, jest dosłownie marginalny. Małoletni dokonujący zabójstw raczej nie należą do organizacji przestępczych. Choć u źródeł takiego czynu na całym świecie stoi to samo: przemoc domowa, brak perspektyw, frustracja. Pamiętam dwóch piętnastolatków, którzy zakatowali na śmierć studenta przypadkowo spotkanego na stacji kolejowej. Główny sprawca tamtego dnia obudził się z myślą, że jego życie jest szare i nudne - tak to później tłumaczył. Pomyślał: "Dzisiaj zrobię coś wyjątkowego". I przyszło mu na myśl zabicie kogoś. Natomiast na tym jego planowanie się skończyło, nie rozwinął tej myśli. Wstał, ubrał się, spotkał z kolegą. Poszli na tak zwany obchód, chowając w rękawach kije baseballowe (te krótsze, treningowe - zawodnicze bierze się ze sobą, kiedy się idzie na zadymę). Dzień jak co dzień. Na stacji kolejowej zobaczyli nieznanego chłopaka. Nie umieli podczas przesłuchania powiedzieć, co właściwie im się w nim nie spodobało. Chyba po prostu to, że był. Na stacji nie zauważyli nikogo innego. Żadnych świadków. Główny sprawca zaczął więc tłuc chłopaka kijem, wkrótce ten drugi poszedł w jego ślady. Zatłukli studenta na śmierć. To przykład zbrodni, w której planowanie ograniczyło się do podjęcia decyzji. Zbrodni o niedopracowanej, przelotnej, krótkiej motywacji. Sprawca zobaczył kogoś przypadkowego, przypomniała mu się poranna myśl - tyle wystarczyło, by zginął człowiek.
Zupełnie inaczej myśli zabójca zorganizowany. On planuje, nie zostawia śladów, wszystko robi maksymalnie sensownie, myśli i zachowuje się w sposób zorganizowany.
Ale zdarzają się też zabójcy zdezorganizowani.(...)
Posłuchaj: