"Trudno sobie wyobrazić większe świństwo". Tak wyglądał upadek Lasów Państwowych
"Dostałam kiedyś pracownika, i była to propozycja 'nie do odrzucenia', który pod własnym nazwiskiem obrażał na Twitterze posłanki opozycji. Całe szczęście sam odszedł" - opowiadała Anna Malinowska, wieloletnia rzeczniczka Lasów Państwowych w rozmowie z Markiem Józefiakiem, autorem książki "Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie" autorstwa Marka Józefiaka wydanej 23 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.
- To jest taka córka leśniczego - rzucił profesor Jan Szyszko do Mariusza Błaszczaka, wręczając mu kopertę przed posiedzeniem Rady Ministrów. - A to kamera Polsatu. - Minister Błaszczak odwrócił się i pomachał do kamery. Jan Szyszko nie zmieszał się zbytnio, rzucił w stronę dziennikarzy "Uwielbiamy" i kontynuował: - Ona prosiła, żebym panu to przekazał, dobra? Niech pan to przeczyta - prosił minister.
Ta tragikomiczna scenka, która obiegła polskie media w czerwcu 2017 roku, uchyliła rąbka tajemnicy, jak za rządów Zjednoczonej Prawicy załatwiało się różne korzyści dla Lasów Państwowych. Kilkadziesiąt sekund nagrania ściągnęło na Szyszkę gromy. Ten szedł w zaparte.
W wywiadzie dla Polskiego Radia na pytanie o to, kim była owa córka leśniczego, odpowiedział: "Córką leśniczego była »Inka« […] i niedawno postawiliśmy jej pomnik". Szyszko wplątał w swoją wpadkę bohaterkę AK zamordowaną po wojnie przez komunistyczną bezpiekę. Tą bezczelną wypowiedzią ściągnął na siebie kolejną falę krytyki, w tym ze strony środowisk konserwatywnych. Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego stwierdził: "Trudno sobie wyobrazić większe polityczne świństwo niż wycieranie sobie gęby pomordowanymi za Polskę bohaterami dla próby wybielenia sprawy pachnącej na kilometr prymitywną lewizną".
Historia śmierdziała na tyle, że ministra Szyszki wyparli się nawet partyjni koledzy. Minister Błaszczak publicznie zapewnił, że nie otworzył koperty, odesłał ją do Ministerstwa Środowiska i czeka na kontakt drogą formalną. Premier Beata Szydło stwierdziła z kolei, że to był "wypadek przy pracy, który w ogóle nie powinien się zdarzyć". Zapowiedziała, że sprawa zostanie wyjaśniona. Oczywiście nic podobnego się nie wydarzyło.
Kilka dni później, gdy prowadziłem Marsz dla Puszczy w Warszawie, zaintonowałem przyśpiewkę: "Córka leśniczego nie cięłaby niczego". Tłum chętnie ją podchwycił.
Politycy PO złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Prokurator - według relacji Onetu - zaufany ministra Zbigniewa Ziobry, odmówił wszczęcia postępowania.
"Córka leśniczego" stała się jednym z symboli upadku Lasów Państwowych po roku 2015. Był to czas bezprecedensowego upolitycznienia, nepotyzmu i traktowania LP jak prywatnego folwarku. Jeden z ekspertów z branży mówi:
- Jak rządził Tomaszewski, to myślałem, że gorzej być nie może. Potem przyszedł Konieczny i zacząłem tęsknić za Tomaszewskim. A potem pojawił się Józef K. i zacząłem tęsknić za Koniecznym.
Wraz z nastaniem dobrej zmiany dokonano błyskawicznej wymiany dyrektorów regionalnych. Marek Bodył, redaktor naczelny czasopisma "Drwal", mówi:
- Styl i zakres zmian był bezprecedensowy. O ile wcześniej również dochodziło do zmian kadrowych, to w wielu miejscach utrzymywali się powszechnie szanowani leśnicy o wysokich kompetencjach, których partyjna miotła nigdy nie wymiatała z fotela. Tym razem maksymalnie skorzystano z możliwości, jakie daje ustawa o lasach, powoływania ludzi na stanowiska, a nie wybierania w drodze konkursów.
Anna Malinowska, wieloletnia rzeczniczka Lasów Państwowych, trafiła do LP z konkursu, w 2008 roku. Przez trzynaście lat pracy w dyrekcji generalnej była jedną z niewielu osób, które trafiły tam tą drogą. Jej zdaniem upolitycznienie to jedna z największych bolączek trapiących LP.
- Źli ludzie z politycznymi plecami są w stanie w tym systemie wyrządzić ogromną krzywdę. Jeśli nie mogą zrobić krzywdy tobie osobiście, to będą się mścić na bracie, siostrze albo szwagrze. Opowiada o wysoko postawionym leśniku, który wrócił na ważne stanowisko po 2015 roku: Gnębił pracownicę, którą sam zatrudnił za swoich poprzednich rządów w jednej z dyrekcji regionalnych. Wyżywał się na niej, bo nie chciała mu za poprzedniej władzy wynosić dokumentów i donosić na szefostwo. Niebezpieczny człowiek.
Choć była rzeczniczka zastrzega, że wśród ludzi z politycznego nadania zdarzali się też tacy, którzy byli rzetelni i pracowici, to nowy pracownik "polityczny" częściej zwiastował kłopoty. Wspomina jednego, wyjątkowo trudnego:
- Dostałam kiedyś pracownika, i była to propozycja "nie do odrzucenia”, który pod własnym nazwiskiem obrażał na Twitterze posłanki opozycji. Całe szczęście sam odszedł.
Mimo to Anna Malinowska powtarza, że największą siłą Lasów są ludzie:
- Nie znam drugiej firmy, w której pracownicy tak utożsamialiby się z miejscem, gdzie pracują - mówi.
Jednak silne utożsamianie się leśników z firmą ma też swoje ciemne strony. Leśnicy są hermetyczną grupą, w której nadal zdarza się źle pojęta solidarność zawodowa. Malinowska wspomina, że nawet w przypadkach ujawnionych w mediach skandali z udziałem pracowników Lasów nie zawsze było oczywiste, że zostaną wobec nich wyciągnięte konsekwencje:
- Nawet w głośnej sprawie żubra, którego zastrzelił nasz pracownik, musiałam tłumaczyć, że takiego pracownika trzeba się pozbyć. Był pewien opór: "Przecież nie ma jeszcze wyroku"… - opowiada.
Za PiS-u zaczęły się błyskawiczne kariery ludzi z partyjnego klucza. Jeden z moich rozmówców stwierdził, że w jego regionie "partyjne legitymacje miała większość nadleśniczych".
- Jeden z nowych dyrektorów regionalnych zaraz po powołaniu udzielił wywiadu prasie leśnej - opowiada Marek Bodył. - Na pytanie o to, jakie ma plany, bo to trudna dyrekcja, z wieloma konfliktami społecznymi, odpowiedział, że nie ma planów, tylko będzie realizował instrukcje z Warszawy. Co to jest za menedżer?!
Solidarna Polska na bazie leśnej administracji próbowała zbudować swoje struktury partyjne. Wysokie stanowiska zaczęli obejmować ludzie bez odpowiednich kompetencji, dlatego wiele osób zostało zatrudnionych jako "pełniący obowiązki".
Bodaj najbardziej spektakularną karierę zrobił w tym czasie Józef K. Późniejszy dyrektor generalny Lasów Państwowych w 2015 roku miał pięćdziesiąt siedem lat i był leśniczym w nadleśnictwie Brynek w województwie śląskim. Mówiąc oględnie, był już raczej u schyłku kariery i nadal piastował szeregowe stanowisko w Służbie Leśnej. Ludzi na podobnym stanowisku było w kraju koło sześciu tysięcy. Awans z podleśniczego na leśniczego zajął mu osiem lat. Nie miał doświadczenia w zarządzaniu ludźmi, całe życie przepracował jako podleśniczy i leśniczy. Aż nagle jego kariera nabrała magicznego rozpędu.
Józef K. zaczął prężnie działać w partii Zbigniewa Ziobry i w 2015 roku zdobył mandat radnego sejmiku województwa śląskiego z listy PiS-u. W marcu 2017 roku awansował na inżyniera nadzoru w sąsiednim nadleśnictwie Świerklaniec - odtąd zajmował się kontrolą pracy leśniczych. Po zaledwie dziesięciu miesiącach przeskoczył od razu na posadę regionalnego dyrektora Lasów Państwowych w Katowicach, omijając po drodze kilka szczebli kariery. Miał być już wówczas przymierzany na stanowisko szefa całych Lasów, ale najwyraźniej postanowiono jednak nie przeginać.
Józef K. objął stery nad Dyrekcją Generalną LP "dopiero" w kwietniu 2021 roku, kilka miesięcy po tym, jak Solidarna Polska przejęła pełną kontrolę nad Lasami. Poprzedni dyrektor z nadania PiS-u - Andrzej Konieczny - kupił sobie trochę czasu, obsadzając parę ważnych stanowisk ziobrystami, ale ruchy te nie uratowały go przed dymisją. Afera z wykupem leśniczówki za niecałe dziesięć tysięcy złotych miała służyć za pretekst do wymiany dyrektora. Mimo odwlekania awansu Józef K. i tak przez ponad rok był pełniącym obowiązki dyrektora generalnego, gdyż zapewne nie miał wystarczającego doświadczenia.
Politycy w zielonych mundurach
Wiosną 2023 roku szef Lasów Państwowych Józef K., mając na sobie leśny mundur i stojąc na tle leśników w zielonych mundurach, ogłosił na konferencji prasowej, że leśnicy są gotowi wygrać wielką batalię wyborczą. Mówił: "Myślę, że polska prawica pokaże swoją wielką moc". Chodziło o jesienne wybory parlamentarne. Rubikon upolitycznienia Lasów Państwowych został przekroczony. W trakcie tej samej konferencji doszło też do komicznej wymiany zdań między dziennikarką "Gazety Wyborczej" Justyną Dobrosz-Oracz a szefostwem LP.
Józef K. - zapytany o wycinkę w Puszczy Karpackiej - stwierdził, że to dziennikarka wymyśliła sobie takie pojęcie. Gdy Dobrosz-Oracz zauważyła, że pojęcie Puszcza Karpacka jak wół widnieje w internetowej Encyklopedii Leśnej Lasów Państwowych, rzecznik LP Michał Gzowski stwierdził, że wpis jest nieaktualny, bo "nauka idzie do przodu". Kabaret. Wymiana zdań stała się przyczynkiem do powstania fali publikacji medialnych o Puszczy, a filmik stał się hitem internetu. Na moim profilu na Twitterze klip miał ponad sto sześćdziesiąt tysięcy wyświetleń.
W 2023 roku politycy Suwerennej Polski sięgnęli raz jeszcze po sprawdzony mechanizm obrony LP przed "zamachem" i zebrali podpisy pod "obywatelską" inicjatywą "W obronie polskich lasów". Tym razem w skórę złego wilka, przed którym trzeba chronić lasy, ubrano Unię Europejską i jej plany dotyczące ochrony przyrody. Straszono, że "Unia chce przejąć polskie lasy", przez co Polacy nie będą mogli zbierać grzybów. Przed unijnymi planami przestrzegał sam Jarosław Kaczyński na rodzinnym pikniku latem 2023 roku. Michał Woś mówił z kolei: "Nikt lepiej niż polski leśnik [nie] będzie wiedział, jak zarządzać polskimi lasami, a jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, konkurencję, lobby i finanse".
Choć politycy Suwerennej Polski często występowali w zielonych mundurach, już mało kto wierzył, że w tej sprawie chodzi o Lasy Państwowe i samych leśników. Maskarada przestała działać, a media relacjonowały tę kampanię jako działanie polityków, a nie leśników.
Kampania opierała się na kłamstwie - tak zwana eurościsła ochrona przyrody, która ma objąć dziesięć procent powierzchni Unii Europejskiej, jest łagodniejszą formą ochrony przyrody niż ochrona ścisła, znana choćby z części polskich parków narodowych. Dla lasów oznacza ona wyłączenie z gospodarki leśnej, ale dopuszcza w lasach zbieranie grzybów czy odbywanie spacerów. Ręcznie sterowana przez polityków akcja była karykaturą obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Do nadleśnictw na Dolnym Śląsku spłynęły służbowe sugestie zebrania minimum pięciuset podpisów w każdym nadleśnictwie. "To tylko po jednej liście na pracownika" - pisał pełniący obowiązki dyrektora RDLP we Wrocławiu. Nie wszyscy leśnicy poddawali się politycznym prikazom, ale i tak partyjne kierownictwo ogłosiło sukces po zaledwie dwóch tygodniach. Zebrano pięćset tysięcy podpisów. Część osób, które podpisały się pod inicjatywą, czuła się potem oszukana - byli przekonani, że podpisują inicjatywę przeciw wycinkom. Wprowadzeni w błąd ludzie zgłaszali się do organizacji ekologicznych i mediów. (...)
Posłuchaj: