Dlaczego Polki nie chcą mieć dzieci? "Powinno się wprowadzić egzamin na bycie rodzicem"
"Padło (...) pytanie, czy mam dzieci. Mówię, że nie mam i nie planuję, a psychiatra na to: 'Na pewno się to pani odmieni. Przecież jest pani taka młoda, to się zawsze zmienia'. Pomyślałam wtedy: 'Opanuj się, kobieto. Ja mam raka piersi i nie wiem, co ze mną będzie, co ty opowiadasz?'" - opowiada Marta, jedna z bohaterek książki pt. "Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności" autorstwa Katarzyny Tubylewicz.
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Katarzyny Tubylewicz pt. "Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności", która ukazała się 15 października 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.
Wanda
- Napisałaś do mnie, że gdybyś miała wybrać macierzyństwo lub śmierć, to bez wahania wybrałabyś to drugie…
- Tak. Zupełnie nie nadaję się do roli matki. Mam różne zaburzenia i pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej, naznaczonej traumą międzypokoleniową. Czy w naszej rozmowie mogę od czasu do czasu użyć mocniejszych słów, nie jako przecinków, ale żeby coś podkreślić? Jest taki internetowy mem: dwie panie siedzą na ławce i jedna mówi do drugiej: "A kiedy będziesz miała dzieci?". Ta druga odpowiada: "Nie mogę mieć dzieci". "Ojej, dlaczego?!", pyta pierwsza. "No bo mnie strasznie wk*****ją". I ja też tak to czuję, a do tego mam bardzo, ale to bardzo silną potrzebę wolności.
Sama jako dziecko miałam mikroskopijny margines wolności, same zakazy i nakazy, głównie tylko siedzenie i kucie, przedmioty ścisłe. Chodziłam do urszulanek, mnóstwo godzin lekcyjnych, a do tego jeszcze tony zadań domowych. Ja nie żyłam, tylko wegetowałam. Szkołę prowadziły bezdzietne siostry zakonne, ale wpajały nam, dziewczynkom, że podstawą w życiu jest mieć rodzinę. Ja w ogóle dorastałam w rodzinie bardzo katolickiej, przy czym moi rodzice biologiczni to była chyba kosmiczna pomyłka - moja mama była naćpana, gdy została zapłodniona naćpanym nasieniem, ćpała podczas ciąży i karmienia. No, rodzice byli zupełnie nieudani, więc wychowali mnie dziadkowie.
Kochali mnie bardzo i byli dla mnie gotowi zrobić wszystko, tylko ich model wychowawczy pochodził prosto z Drugiej Rzeczpospolitej. Poza tym ponieważ ich syn, a mój tata, zszedł na złą drogę, postanowili mi przykręcić śrubę i ochronić mnie przed zagrożeniami. Jestem osobą neuroatypową, z ADHD. Teraz już trochę z tego wyrosłam, ale w dzieciństwie ciągle byłam rozkojarzona, nie mogłam się skupić. Odrabianie lekcji to była niekończąca się awantura. Długo nie mogłam sama wychodzić z domu, a w zaawansowanym wieku nastoletnim musiałam wracać w porze, jak to się kiedyś mówiło, wieczorynki. Jak na studiach wyszłam gdzieś wieczorem z koleżanką, to babcia czekała na mnie z wymówką. Filarem mojego wychowania było przekonanie, że Kościół jest święty, a ja muszę mieć męża i dzieci. Już pod koniec studiów czułam, że to w ogóle nie jest dla mnie, ale i tak zmuszono mnie, abym dołączyła do jakiegoś katolickiego portalu matrymonialnego. Czułam się tam jak samica na fermie, której trzeba znaleźć męża, żeby ją zapłodnił, bo trzeba się rozmnożyć. No ale potem dziadek odszedł w 2010 roku, a babcia w jedenastym i zaczęłam żyć po swojemu. Poszłam na terapię i wtedy upewniłam się, że słowa mojej babci "jak urodzisz, to pokochasz" nie tyczą się mnie. Mnie dziecko kojarzy się z kimś, kto byłby ode mnie całkowicie zależny i mnie ograniczał. Obawiam się, że coś bym mu zrobiła, bo w moim katolickim domu silne było przekonanie, że nie ma dobrego wychowania bez klapsa, i mogło to na mnie wpłynąć.
Właściwie wszyscy moi znajomi nie mają dzieci. Po śmierci dziadków jedyną osobą, która mnie cisnęła, żebym wreszcie sobie kogoś znalazła i urodziła, był mój tatusiek. Ten sam, który w moim dzieciństwie był gó*******m - lubił się ze mną czasem pobawić i pooglądać kreskówki, ale poza tym nic go nie obchodziłam. Kiedy dorastałam i wpadał w odwiedziny, to stroił sobie seksistowskie żarty i cieszył się, jak się złościłam. I właśnie on chciał koniecznie wnuka! Od dłuższego czasu nie mam z nim kontaktu. Z mamą w dzieciństwie widywałam się raz na kwartał, a zdarzało się, że i przez kilka lat nie dawała znaku życia. Też się nie kontaktujemy.
Zawsze się bałam, że mogłabym utknąć w jakimś nieudanym małżeństwie, ale to nie znaczy, że nie szukałam miłości. Tylko jak próbowałam z kimś chodzić, to nigdy nie wychodziło. Teraz mam przyjaciela. Bardzo się lubimy, bardzo jesteśmy sobie bliscy, ale zupełnie nie mam do niego pociągu. Żadnego seksu i tak jest dobrze. To mój best friend forever. To, że nie lubię dzieci, mam może po babci. Moja babcia mnie kochała, ale dzieci nie lubiła. Nie akceptowała niczego, co było dziecięce. Ja lubiłam lekką muzykę, na przykład zespołu Queen, a ona upierała się, że mam słuchać poważnej. A może chodzi o to, że byłam dręczona przez inne dzieci? Byłam inna, odstawałam od reszty klasy i dziewczynki wzięły mnie sobie za cel ataków, więc jak słyszę, że dzieci są dobre i kochane z natury, to chce mi się rzygać.
Dzieci z byle głupiego powodu potrafią zaszczuć inne dziecko. Oczywiście nie wszystkie - wiem, że jest sporo całkiem dobrych i miłych dzieci. Ale istnieją też małe sk*****le, które gdyby były większe i silniejsze, stanowiłyby wielkie zagrożenie.
Marta
Marta ma niedzisiejszą urodę. Ze swoją jasną cerą, wąskim nosem i długimi złotawymi włosami pasowałaby do obrazów prerafaelitów. Skończyła trzydzieści dwa lata - to wiek, w którym ma się jeszcze mnóstwo czasu na zmiany, możliwe są wszelkie przesunięcia na planszy życia. Od dziesięciu lat w związku. Są zgodni co do tego, że jest taki rodzaj zmian, jakich nie chcą. Oznacza to, że nie planują dzieci. Marta, niczym Virginia Woolf, uważa prokreację za rzecz nierozważną.
Z początku niepokoiło to teściową, ale przestała pytać. Marta jest przekonana, że na Ziemi jest za dużo ludzi, za dużo dzieci niekochanych, niechcianych i za dużo fatalnych rodziców.
- Należę do osób uważających, że powinno się wprowadzić egzamin na bycie rodzicem - mówi. - Albo czy to mądre: mieć dzieci, kiedy w rodzinie są choroby genetyczne, które na pewno zostaną dalej przekazane? Rozumiem, że niektórych chorób nie da się przewidzieć, ale w momencie, kiedy się wie, że są, że będą, to jest już dla mnie troszeczkę niezrozumiałe, muszę przyznać - wzrusza ramionami.
Kiedyś badała drzewo genealogiczne swojej rodziny i wyszło na to, że albo mnóstwo krewnych to wcześniaki, albo znakomita część członków rodziny nie była dziećmi planowanymi.
- Wszyscy się rodzili tak pięć miesięcy po ślubie. Słuchając Marty, zastanawiam się, czy na pewno jest tak, że wszystko, co planowane, jest lepsze od tego, co niespodziewane. Wpadki, która kojarzy się z przymusem małżeństwa, nie opisuje się raczej jako formy cudu, choć takim bywa. Sama go doświadczyłam, z zachwytem, który trwa do dziś. Lubię niespodzianki, ale w pełni rozumiem niechęć do musu. Cud i mus to dwie zupełnie inne sprawy. Tak jak otwarcie się na nieznane to coś innego od wzięcia odpowiedzialności oraz konieczności sprostania konsekwencjom.
- Uważam, że nieposiadanie dzieci jest bardziej dojrzałe od celowego przedziurawienia prezerwatywy. Albo potajemnej rezygnacji z tabletek antykoncepcyjnych - mówi dalej Marta. - Wśród bliskich mi ludzi znam dwa takie przypadki i uważam to za dość paskudną formę agresji. Kiedy dowiedziała się, że powstaje książka o kobietach, które nie chcą mieć dzieci, pomyślała, że chce opowiedzieć o sobie.
- Także dlatego, że może mi to pomóc na drodze onkologicznej. Miałam raka piersi. To trwało pół roku: sto osiemdziesiąt dziewięć dni od diagnozy do informacji, że zostałam wyleczona. Choć oczywiście z rakiem jest tak, że po wyleczeniu długo jest się w grupie zwiększonego ryzyka.
Przed diagnozą guzek w piersi miała dwa lata. Odkryła go bardzo wcześnie, ale nikt nie wierzył, że to coś poważnego. Ginekolożka, która w końcu wysłała ją na biopsję, teatralnie przewracała oczami. "No dobrze, skoro pani tak bardzo chce, chociaż to na pewno nic takiego". Chirurg, poszła do niego prywatnie, też stwierdził, że "to takie nic", ale biopsja wykazała, że guzek składa się z komórek przedrakowych.
- A kiedy już mi ten guzek wycięli i jeszcze raz wszystko zbadali, okazało się, że dziesięć procent guzka to był rak złośliwy. Miałam sześć milimetrów raka złośliwego. Dostałam więc jeszcze radioterapię, potem fizjoterapię, no i jestem zdrowa. Ale co przeżyłam i zobaczyłam, to moje.
Ciekawe, że to w kontaktach ze służbą zdrowia i z innymi pacjentkami po raz pierwszy spotkała się z sytuacją, w której ktoś miał problem z jej brakiem pragnienia dzieci. Z tym, że można tej decyzji nie traktować poważnie. Dla niej samej zawsze było naturalne, że akurat ona nie chce potomstwa. Nie chce akurat takiego życia. I tyle. Nie było nad czym się zastanawiać. Nie musiała się też tłumaczyć, bo nikt nie suszył jej głowy w tej sprawie. Aż tu nagle, tydzień przed operacją - czekała na nią trzy miesiące i już nie wytrzymywała tego psychicznie - trafiła do psychiatry.
- Pani psychiatra, jak to zwykle w tym fachu, wypytywała mnie o wszystko, co się da. Padło też pytanie, czy mam dzieci. Mówię, że nie mam i nie planuję, a psychiatra na to: "Na pewno się to pani odmieni. Przecież jest pani taka młoda, to się zawsze zmienia". Pomyślałam wtedy: "Opanuj się, kobieto. Ja mam raka piersi i nie wiem, co ze mną będzie, co ty opowiadasz?".
Potem, już po operacji, sytuacja się powtórzyła. Tym razem u onkolożki.
- To była młoda kobieta, pewnie w moim wieku. Dostałam tabletki hormonalne na pięć lat, bo rak był hormonozależny, powiązany z wpływem estrogenów. Żeby zmniejszyć ryzyko nawrotu, biorę leki, które dosłownie wpychają mnie w menopauzę, radykalnie obniżając poziom estrogenów. Dręczą mnie fale gorąca, nie mam okresu, wpadam w dziwne nastroje. I nawet gdybym bardzo chciała, to przez pierwsze dwa lata nie zajdę w ciążę. Nie wolno mi. Lekarka zaczęła mi jednak tłumaczyć, że po dwóch latach mogę, pod ścisłą kontrolą lekarzy, zrobić przerwę w braniu tabletek, żeby urodzić dziecko, a potem znowu te tabletki zacząć brać. Ucięłam szybko, że mnie ten temat nie dotyczy, bo dzieci nie planuję. A lekarka na to: "Na pewno się to pani odmieni. Pani jest bardzo jeszcze młoda", i tak dalej.
W tamtym czasie nie było jeszcze wiadomo, czy rak piersi jest u Marty uwarunkowany genetycznie, czy ewentualnie mogłaby go przekazać dalej. Za to wiadomo było, że ciążowa burza hormonalna nie byłaby dla pacjentki dobra, że mogłaby zaszkodzić, doprowadzić do dramatycznych wyborów w rodzaju: czy leczyć chemią nawrót raka, czy czekać, aż się urodzi dziecko.
- Dla mnie to jednak jakoś szokujące, że lekarka przekonywała mnie do dzieci w takiej sytuacji. Wbrew wszystkiemu. Zajść w ciążę, a potem co? W najlepszym razie moje dziecko od najmłodszych lat słyszałoby, że mama ryzykowała życie, żeby je urodzić, więc ono musi być teraz piękne, grzeczne, mieć najlepsze oceny i czuć wszechogarniającą wdzięczność. Naprawdę jest coś bezmyślnego i pozbawionego empatii w naciskaniu na to, by ludzie realizowali czyjeś gotowe życiowe schematy.
W rodzinie dano jej spokój. Tylko kiedyś jedna z ciotek zapomniała się i wypaliła: "Nie jesteś już taka młoda i wypadałoby mieć dziecko". A ona, dość naiwnie, bo z nadzieją na zrozumienie, zaczęła wchodzić z nią w polemikę na ten temat.
- Usłyszałam, że dziecko to nie jest aż taka odpowiedzialność, bo wychowujesz je do czwartego roku życia, a potem robią to inni.
Kiedy leżała już w szpitalu i czekała na operację, usłyszała na sali, że raka mają częściej kobiety, które nie rodziły i nie karmiły piersią. Sprawdziła to potem w internecie i rzeczywiście: karmienie piersią ma zmniejszać ryzyko raka piersi.
- Na oddziale były też kobiety rozgoryczone właśnie z tego powodu, że odchowały dzieci i odkarmiły piersią, a i tak miały raka. Kiedy jednak dowiadywały się, że w ogóle nie mam dzieci, bardzo mi współczuły. Nie były w stanie przyjąć, że akurat ja jestem z tego powodu szczęśliwa. Kompletnie nie potrafiły tego zrozumieć, jak można być w życiu zadowolonym, jeśli nie ma się dzieci. Z rakiem czy bez.
Irytuje ją, że kobiet, które nie chcą mieć dzieci, często nie traktuje się poważnie. To znaczy - ich decyzji.
- Kiedy byłam chora, musiałam podejmować różne decyzje dotyczące swojego leczenia onkologicznego, choć moja wiedza była przecież bardzo ograniczona. Ale wymagano ode mnie tej dorosłości. Za to kiedy mówiłam, że nie chcę mieć dzieci, sama byłam traktowana jak dziecko, które poklepuje się po głowie, tłumacząc mu, że jeszcze dorośnie.
Ma też poczucie, że ludziom bezdzietnym często odmawia się prawa do wypowiadania się na różne tematy, a zwłaszcza te tyczące się wychowania dzieci.
- "Niech nie komentują, bo przecież się na tym nie znają". Dla rodzin z dziećmi jest też mnóstwo różnych benefitów i nie chodzi tylko o osiemset plus. W mojej firmie było coś takiego, że jak karmiąca matka była w delegacji, to płacono jej za przesyłanie z tego wyjazdu odciągniętego mleka dla dziecka. Były też różne kupony dla dzieci, a nawet specjalne podwyżki dla matek. I nie ma w tym nic złego, ale co firma zapewnia osobom, które dzieci nie mają? Jakie benefity? No i generalnie jest tak, że jak mój partner idzie do lekarza, to nikt go nie pyta, czy ma dzieci albo czy je planuje. Jest społecznie dopuszczalne, że może nie chcieć. Kobieta z rakiem piersi ma za to marzyć o dziecku i już.
Posłuchaj: