,
Obserwuj
Ludzie

Kard. Sapieha i "osobiste audiencje z dotykaniem". "Wojtyła nie reagował"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
04.01.2026 07:43

"Wizerunek 'niezłomnego księcia Kościoła' zaczął się kruszyć. Ale uderzenie było podwójne. Po pierwsze, Sapieha był idolem, po drugie - mentorem. A jeśli rzeczywiście był drapieżcą, to co z jego najbliższym uczniem Karolem Wojtyłą? Janem Pawłem II? Papieżem? Czy nie wiedział? Czy mógł nie wiedzieć?" - pyta Artur Nowak, autor książki pt. "Kuria".

Adam Sapieha
Adam Sapieha
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Kuria" autorstwa Artura Nowaka, która ukaże się 13 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Prószyński Media.

(...) Mistat relacjonował: po przechadzce z kardynałem Sapiehą w Lasku Wolskim został przez niego odwiedzony w mieszkaniu. Sapieha zapytał o zdrowie, polecił rozebrać się i położyć na tapczanie. "Macał mnie po całym ciele, również po częściach płciowych" - zapisał. Rok później, w 1950 roku, ksiądz Anatol Boczek - duchowny z tego samego rocznika co Karol Wojtyła - donosił, że był bity paskiem i obmacywany. W kolejnych zeznaniach szczegółowo opisał "pseudolekarskie badania" kleryków oraz rytuały z elementami sadyzmu: "Trzymał i ściskał mnie za genitalia jedną ręką, drugą uderzał mnie sznurem z węzłami”. Nie są to przypadki jednoznaczne moralnie, jak chciałby to widzieć Kościół. Nie ma aktu gwałtu w klasycznym rozumieniu. Jest dyscyplinująca dwuznaczność. Jest też powtarzalność zachowań. Sapieha nie działał w ukryciu - przeciwnie, wykorzystywał swój prestiż i władzę. "Czy każdy kapelan musi przechodzić takie oględziny?" - zapytał Mistat. "Każdy" - odpowiedział kardynał. Przez lata wydawało się to zbyt szokujące, by mogło być prawdziwe. Dziś wiadomo: relacje Mistata i Boczka się zazębiają. Niezależne śledztwa ujawniają to samo: klerycy byli przyjmowani przez Sapiehę na osobiste audiencje z dotykaniem genitaliów "w ramach badania zdrowia", rozbieraniem do naga, z pytaniami o masturbację i "stosunki z kobietami" w tle.

Wizerunek "niezłomnego księcia Kościoła" zaczął się kruszyć. Ale uderzenie było podwójne. Po pierwsze, Sapieha był idolem, po drugie - mentorem. A jeśli rzeczywiście był drapieżcą, to co z jego najbliższym uczniem Karolem Wojtyłą? Janem Pawłem II? Papieżem? Czy nie wiedział? Czy mógł nie wiedzieć?

"Nie sposób sobie wyobrazić, żeby ktoś tak długo funkcjonował w tym środowisku i nic nie słyszał" - mówi dziś Stanisław Obirek, a Ekke Overbeek stawia pytanie wprost: "Czy można było być wybrańcem Sapiehy, nie doznając jego zainteresowania". Tomasz Terlikowski, katolicki publicysta, apeluje o powołanie komisji historyczno-psychologicznej. Ksiądz Józef Marecki, historyk Kościoła, przyznaje, że sam nigdy nie natrafił na te materiały. Z kolei Gutowski i Overbeek nie mają wątpliwości - teczki IPN-u to tylko wierzchołek góry lodowej.

"Kuria", Artur Nowak
fot.

Prószyński Media

Nie mamy dowodów, że Wojtyła był ofiarą. Ale też nie mamy przesłanek, by sądzić, że nie wiedział. Kiedy po latach zostanie biskupem, a potem metropolitą, nie tylko nie wspomni o praktykach poprzednika, ale przejmie jego styl - lojalność wobec instytucji ponad wszystko. Marcin Gutowski: "Z rozmów z duchownymi wynika, że o zwyczajach Sapiehy się mówiło. Może szeptem. Ale to był sekret poliszynela". Wojtyła nie reagował. A potem sam tuszował. W co wierzył Karol Wojtyła? Czy wierzył, że Sapieha miał prawo "karać" młodych księży? Czy raczej że pewne rzeczy trzeba chronić przed oczami świata?

Mistat i Boczek nie chcieli być bohaterami. Złożyli zeznania, bo nie mogli już dłużej milczeć. I choć można dziś pytać o ich motywacje (nacisk ubecji, strach, presja), jedno jest pewne: ich relacje są spójne. Pokazują świat, w którym ból ciała był narzędziem kontroli duszy.

W Krakowie trwa demontaż mitu i nie wiadomo, jak głęboko sięgnie. Sapieha zmarł w 1951 roku. Spoczywa w katedrze wawelskiej pod konfesją św. Stanisława. Z jego cytatów zbudowano legendę. Ale historia nie pyta o cytaty. Pyta o czyny. Ile można udawać, że nic się nie stało? - oburza się profesor Tadeusz Gadacz, i to pytanie zawisło nad Kościołem w Polsce jak dzwon Zygmunt. Trudne do zniesienia, ale niemożliwe do zignorowania.

Zanim przejdziemy do czasów najnowszych, rzućmy jeszcze okiem - z uśmiechem, ale i bez taryfy ulgowej - na dwa filary krakowskiego Kościoła po epoce Wojtyły: kardynałów Franciszka Macharskiego i Stanisława Dziwisza. Dwie postaci, dwa światy, dwóch spadkobierców świętego z Wadowic - choć dziedzictwo rozumieli zupełnie inaczej.

Franciszek Macharski bywał ostry jak brzytwa i nie miał w zwyczaju się pieścić, ale miał w sobie jakąś autentyczną duchowość. Wymagający wobec innych, ale i surowy dla siebie - nie szukał poklasku ani błysku fleszy. Żył skromnie, niemal po franciszkańsku, mimo że formalnie należał do arystokracji intelektualnej Kościoła. W diecezji, gdzie wcześniej rządził Karol Wojtyła, był kimś w rodzaju kontrolowanego przeciwieństwa: nie uwodził charyzmą, nie wdawał się w polityczne gierki, raczej milczał, niż się tłumaczył. I chociaż unikał rozgłosu, jego obecność miała charakter symboliczny - był uznawany za autorytet, zwłaszcza w kwestiach etyki i sumienia.

Wielu ludzi, także spoza Kościoła, ceniło jego skromność, wrażliwość na biednych i niezależność myślenia. W odróżnieniu od bardziej medialnych duchownych Macharski nie angażował się w politykę ani spory światopoglądowe, co przysparzało mu szacunku również wśród niewierzących. Był blisko związany z dziełami miłosierdzia i pomocą ubogim - przez całe życie pozostawał wierny duchowi Brata Alberta. Do końca utrzymywał relację z Janem Pawłem II - to jego papież namaścił na swojego następcę w Krakowie. W 2016 roku, już poważnie chory, trafił do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Zmarł 2 sierpnia w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat. Umarł biednie. W testamencie duchowym też nie było wielkich słów - były cisza i pokora.

Redakcja poleca

A potem przyszedł on: Stanisław Dziwisz - były osobisty sekretarz Jana Pawła II, człowiek legenda, który przez dekady czuwał u boku papieża, a potem objął krakowską kurię. I jakby z niej nie chciał wyjść. Skromność? Powiedzmy, że nie była jego największą cnotą. Pieniędzy też się nie bał - w końcu znał ich wartość. Rezydencję miał jak się patrzy, a i kontakty, o których zwykłym proboszczom się nie śniło. To za jego czasów do Krakowa wkroczył Legion Chrystusa - zakon, który już wtedy miał za sobą potężne skandale seksualne i finansowe. Ale kogo to obchodziło, skoro jego członkowie potrafili zorganizować galę, na której kardynał był traktowany po królewsku. Były świece, kwiaty, przemowy - wszystko, co potrzebne, by rozświetlić jego autorytet. Legionistom zależało na prestiżu i ochronie - Dziwisz dawał im jedno i drugie.

Najgłośniejszą aferą związaną z Dziwiszem jest sprawa Janusza Szymika, wykorzystywanego seksualnie przez księdza Jana Wodniaka z Międzybrodzia Bialskiego. Szymik pisał do kardynała Dziwisza. Apelował o działanie. Zamiast reakcji otrzymał milczenie. Sprawą nie zajmowano się latami. Kiedy wybuchła medialna burza, Dziwisz tłumaczył, że nie pamięta korespondencji. Podobne słowa padły potem jeszcze wiele razy.

Dziwisz nie reagował również na postawę biskupa Tadeusza Rakoczego, który - mimo wiedzy o przestępstwach Wodniaka - miał przez lata nie podjąć żadnych działań. Dziś Rakoczy został ukarany przez Watykan. Dziwisz - nigdy. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski z Nowej Huty nie bał się mówić, że Kościół ma brudne ręce. Zaczął grzebać w teczkach SB, wyciągać nazwiska agentów, także tych w sutannach. A że wśród nich przewijały się osoby z najbliższego otoczenia Dziwisza, zaczęła się wojna. Dziwisz nie szczędził środków, by uciszyć Isakowicza-Zaleskiego. Raz wysyłał delikatne listy, innym razem dyscyplinował za pośrednictwem kurii. Ale Zaleski nie dawał się przestraszyć.

Mówił wprost, że w Kościele panoszy się zmowa milczenia, Watykan zamiata wszystko pod dywan, a Dziwisz jest strażnikiem tego dywanu.

Tymczasem Dziwisz jak rasowy polityk trzymał się linii: Kościół nie komentuje spekulacji. Kiedy padały oskarżenia o tuszowanie pedofilii, kiedy w mediach odmieniano przez wszystkie przypadki nazwisko Marciala Maciela Degollada od Legionu Chrystusa, dawał radę: milczał, przeczekiwał, udzielał wywiadów tylko zaprzyjaźnionym mediom. Zawsze z miną męczennika, który nie rozumie, skąd ta nagonka.

Na tron po Dziwiszu wszedł arcybiskup Marek Jędraszewski, filozof, uczony, ale też zawodowy moralista z różańcem w jednej ręce, a młotkiem ideologicznym w drugiej. Kiedy objął stolicę krakowską, wiele osób miało nadzieję, że będzie to początek nowej jakości: porządku, czystości, może nawet pokory. Ale zamiast tego przyszła wojna kulturowa. Jędraszewski szybko pokazał, że jego prawdziwym przeciwnikiem nie są grzechy Kościoła, tylko "ideologia LGBT", "neomarksizm" i "czerwona zaraza, która zamieniła się w tęczową".

Kościół, który jeszcze za Macharskiego miał autorytet (może nie masowy, ale głęboki), dziś traci go w oczach pokolenia Z szybciej niż Netflix abonentów. Statystyki są bezlitosne: świątynie w trakcie mszy świecą pustkami, powołania zanikają, a młodzi nie interesują się Kościołem - i to nie z nienawiści, tylko z obojętności. Niektórzy biskupi marzą o świętości, inni - o reformie Kościoła. A są tacy, co po prostu marzą o trzykondygnacyjnej rezydencji z ogrodem i złotym ornacie.

Redakcja poleca

Jeśli poszukać siedmiu grzechów głównych Jędraszewskiego, trzeba sięgnąć głęboko.

1. Pycha

Od kiedy Juliusz Paetz włożył mu piuskę na głowę, Jędraszewski traktuje ją jak antenę 5G odbierającą tylko jedno pasmo: pochwały. Uwielbia lustra (podobno w Krakowie mają osobne błogosławieństwo), a jego ulubiony gatunek literacki to… zaproszenia na własne rocznice.

2. Chciwość

Choć do niedawna oddawał koperty (te z gotówką, nie z gratulacjami), teraz szykuje się na emeryturę w stylu papieskim: Castel Gandolfo przy ulicy św. Floriana, z ogrodem i murem wysokim jak jego ego. Oczyścił rezydencję z niepotrzebnych księży (na przykład studiujących), a dla siebie zostawił pałac, w którym nawet kurtyny będą klękać z pokorą.

3. Nieczystość

Nie, nie chodzi o skandale z jego udziałem. Ale był manekinem w witrynie Paetza - niby stał, niby patrzył, a jak przyszło co do czego, to stwierdził, że nic nie widział. Kiedy mówi o "pornokracji", słychać, że bardziej martwi się dostępem do internetu niż cierpieniem ofiar.

4. Zazdrość

Kiedy arcybiskup Grzegorz Ryś dostał biret kardynalski, Jędraszewski w ramach protestu postanowił wyjechać z Krakowa. Ostatecznie jeśli nie możesz mieć purpury, to przynajmniej nie patrz na tych, którzy ją mają.

5. Gniew

Jego styl zarządzania przypomina dyktaturę ośmioklasową. Wyrzuca dziennikarzy, nie odprawia mszy za Tischnera, a redakcjom, które go krytykują (mam na myśli "Tygodnik Powszechny"), pokazuje drzwi, a raczej wypowiedzenia umowy najmu. Wystarczy, że źle spojrzysz, a już jesteś "zarazą".

6. Lenistwo

Gdyby był program "Kościół ma talent", to Jędraszewski wolałby siedzieć w jury i recenzować "czystość dogmatu", niż samemu cokolwiek reformować. Z Levinasem skończył jak z siłownią w styczniu - był zachwyt, były plany, a potem znowu chipsy i Rydzyk.

7. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu?

Tu klops. Albo raczej pyra z gzikiem. Bo jak sam wyznał, to jego ulubione danie. Ale bez przesady, bo sylwetkę ma jak na biskupa zgrabną jak kapelusz z lnu. Może dlatego bardziej lubi się ubierać, niż karmić. A że każdy ornat za kilka tysięcy? No cóż, człowiek też jest naczyniem na chwałę Bożą - w tym wypadku: pozłacanym.

Posłuchaj: