To Polacy mówią na terapiach. "To ja już wolę tę prawicę. Tamci przynajmniej nie udają"
"Wykpiwali (...) pospólstwo, które zamyka się w domach i boi się kilkuset imigrantów. Mówili, że to prości, niewyedukowani ludzie, których podsycają pisiory. Chwilę później, gdy mają realnego człowieka obok, to sami zachowują się jak te pisiory. (...) Szczerze? To ja już wolę tę prawicę. Tamci przynajmniej nie udają. Boją się i o tym mówią. Ja na pewno nie będę takim człowiekiem" - mówiła jedna z bohaterek książki Karoliny Olejak pt. "Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju".
Poniżej prezentujemy fragment książki "Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju'' autorstwa Karoliny Olejak, która ukazała się 17 kwietnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Prześwity.
Liberałowie zazdroszczą
Rodzice przyjechali do Krakowa. Mieliśmy miło spędzić czas. Spacer, obiad na mieście i galeria. Ojciec ma spotkanie absolwentów liceum. Chciał się pokazać po latach. Normalny, miły dzień. Szliśmy Sienną, później przez Planty do Galerii Krakowskiej. Po drodze, wiadomo, mnóstwo ludzi. Nie zwracałam na to uwagi, bo przywykłam do tłumu. Pracuję niedaleko Rynku. Nagle widzę, że mama zaczyna nerwowo spoglądać na ojca. Ten cały zdenerwowany. Wysyłają sobie porozumiewawcze spojrzenia. Najpierw myślałam, że chodzi o mnie. Mama zawsze coś dostrzeże. Oberwany guzik, źle zapięty plecak, obszarpana sznurówka - powodem może być wszystko. Nic nie komentuje, ale sytuacja staje się bardzo napięta. Nagle matka wybucha: "Wszędzie te Ukrainki. Pewnie chłopa szukają". Byłam w szoku.
Dlaczego?
Matka jest dyrektorką szkoły. Chodziła na marsze KOD-u. Za Tuska dałaby sobie rękę pokroić, a tu nagle taki szowinistyczny komentarz.
Co pani poczuła?
Wstyd mi się za nią zrobiło. Aż się obejrzałam, czy nikt nie słyszał. Wychowywałam się w postępowym domu, a ona nagle z takim tekstem.
Odpowiedziała pani coś?
Powiedziałam jej, że trwa wojna i te kobiety przed nią uciekły. Mama na to, że jakby były takie biedne, to siedziałyby w domu, a nie chodziły po galeriach. Twierdzi, że wszędzie widzi drogie samochody, "baby" z torebkami i na paznokciach. Niech lepiej wrócą do siebie i tam walczą, każdy musiał w historii swoje wywalczyć. Nam też nikt nie pomagał.
Co pani poczuła?
Wstręt, że moja mama mówi takie rzeczy. Jakby naczytała się Sputnika. Zaczęłam krzyczeć, że naczytała się rosyjskiej propagandy i chyba przepaliło jej zwoje mózgowe. Jest wykształconą, postępową kobietą, a wyjeżdża z tekstami, jakbym słuchała prostej baby pod sklepem. Nieraz to mi zarzucała zbyt konserwatywne podejście, gdy głosowałam na Trzecią Drogę. Mówiła, że to zakamuflowane prawaki.
Jak pani myśli, czemu panią to tak dotknęło?
Czułam, jakby to było o mnie. Ja też jestem młodą dziewczyną, chodzę po galeriach. Przeraziła mnie perspektywa, że ktoś mógłby pomyśleć tak na mój temat. Wkurzyła mnie szczególnie tym, że szukają tu pewnie męża. Tak jakby Polacy to był jakiś rarytas, na który trzeba zapolować. Gdyby była wojna i musiałabym uciekać, to ostatnie, czego bym chciała, to szukanie męża Niemca czy Francuza. To obrzydliwy prymitywizm tak myśleć.
Zwróciła się pani do taty?
Tak, trochę złagodził temat, ale zasadniczo przyznał jej rację. Mówił, że nie możemy utrzymywać dwóch narodów. Mówił coś o kolejkach u lekarzy i o tym, że Ukraińcy gadają przez zestaw głośnomówiący w telefonie i to brak kultury. Skoro mieszkają u nas, to powinni trzymać się zasad.
I jak się pani poczuła?
Oszukana. Myślałam, że wychowałam się w postępowym, otwartym domu. W życiu się nie spodziewałam, że mogę od nich usłyszeć coś takiego. To ohydne. Wywrzeszczałam im jeszcze, że powinni spróbować sobie wyobrazić, że to ja uciekam przed wojną i ktoś mówi, że powinnam wrócić do swojego kraju.
Jak zareagowali?
Hipokryzją. Mówili, że to inna sytuacja, bo na pewno starałabym się pracować i nie byłabym dla nikogo ciężarem. Niby skąd mają wiedzieć, jak by było.
To może być rodzaj lęku. Każdy się boi nowych sytuacji. Obawiają się wojny, a obecność Ukraińców im o tym lęku przypomina.
To pierwotne i nieludzkie. Brzydzi mnie to. Zupełnie inne rzeczy deklarowali w dyskusjach. Pamiętam, jak pisowcy budowali mur i zamykali granice. U rodziców byli znajomi. Wszyscy poszli na film "Zielona Granica". Dyskutowali o nim. Matka to sobie nawet nakładkę na Facebooku ustawiła. Trzęsła się nad losem dzieci na granicy, ale oczywiście nic poza gadaniem nie zrobili.
Co złego w tym, że martwili się losem ludzi na granicy?
Wykpiwali wtedy pospólstwo, które zamyka się w domach i boi się kilkuset imigrantów. Mówili, że to prości, niewyedukowani ludzie, których podsycają pisiory. Chwilę później, gdy mają realnego człowieka obok, to sami zachowują się jak te pisiory.
Co chce pani z tym zrobić?
Szczerze? To ja już wolę tę prawicę. Tamci przynajmniej nie udają. Boją się i o tym mówią. Ja na pewno nie będę takim człowiekiem.
Powiedziała pani o tym rodzicom?
Tak, uznali, że jestem rozhisteryzowana. Dalej mają się za postępowych i liberalnych. Zaraz pierwszy listopada. Przyjdą ciotki i będą opowiadać o tych żałosnych, nieludzkich pisiorach i faszystach. (...)
Wolę Polaka
Kasia ma 32 lata i pracuje w branży IT. Skończyła studia, rozpoczęła pierwszą i kolejną pracę. Jest doceniana, jeździ na międzynarodowe konferencje, a ostatnio dostała awans. Ma lewicowe poglądy, głosuje na Nową Lewicę, ale na co dzień nie udziela się społecznie. Raz na jakiś czas, głównie za namową znajomych, dorzuca się do Szlachetnej Paczki albo zbiórki na chore dziecko. Jest zajęta karierą, nie zastanawia się nad tym. Działalność w organizacjach pozarządowych to po prostu nie jej bajka. Jednak, gdy dociera do niej, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy, coś w niej pęka. Godzinami ogląda nagrania z uchodźcami, których wolontariusze znajdują w lesie bez butów, niedożywionych i zmarzniętych. Nie może przestać o tym myśleć. Zgłasza się do jednej z organizacji, która zajmuje się tą sprawą. Bierze udział w zbiórce ciepłych ubrań, ogłasza w biurze zrzutkę na specjalną żywność, którą można przekazać uchodźcom. Ustawia nakładkę na zdjęcie profilowe, bo, jak mówi, chce, żeby więcej osób dowiedziało się o sprawie. I powtarza: "To jak w czasie II wojny światowej i Holokaustu - wszyscy wiedzieli, ale nikt nie miał odwagi mówić". Udostępnia artykuły. Wyrzuca ze znajomych wszystkich, którzy negują, że na polskiej granicy ludziom dzieje się krzywda.
- Pamiętam, że na każdą próbę wyjaśniania, że sytuacja jest złożona, a to element wojny hybrydowej, reagowałam płaczem - relacjonuje.
Wielu osobom zaimponowała swoją jednoznaczną postawą.
- Nienawidziłam Konfederacji i PiS-u. To oni odczłowieczają ludzi, którzy znaleźli się na granicy. Bez tej całej hejterskiej propagandy prawicy łatwiej byłoby pomagać osobom, które znalazły się w tak ciężkim położeniu. To oni napędzają niechęć do migrantów i sprawiają, że pokazywani są w złym świetle - mówi, nie kryjąc oburzenia.
Kasia mieszka w lokalu, który należy do jej ciotki. Dzięki temu nie płaci wiele za czynsz. Wie jednak, że to i tak "życie na kredyt", bo krewna od dawna zapowiada, iż będzie chciała sprzedać mieszkanie. Decyzja zapada w czerwcu 2025 roku. Rozpoczynają się poszukiwania. Kasia, z racji, że na co dzień mieszka pod adresem ciotki, udostępnia lokal. Pokazuje go przyszłym właścicielom, oprowadza i opowiada o technicznych szczegółach instalacji w mieszkaniu. "Zwiedzających" jest kilkudziesięciu, różni ludzie. Niektórzy bardziej, inni mniej poważnie zainteresowani kupnem. Spotkania są męczące. Dużo pytań, a często z góry wiadomo, że do transakcji nie dojdzie. Pewnego dnia w domu Kasi zjawia się Ukrainka. Kobieta ma na oko 30 lat - dobrze ubrana, z torebką okraszoną ogromnym logo - od progu jest zdecydowana na zakup. Chce płacić gotówką.
Kasia odruchowo próbuje ją zniechęcić. Relacjonuje, jak wyglądała awaria instalacji, która doprowadziła do zalania mieszkania, o sąsiadach, którzy lubią hałasować po dwudziestej drugiej. Na próżno, kobieta jest przekonana do kupna. Prosi o nawiązanie kontaktu z właścicielką w celu finalizacji transakcji. Kasia obiecała jej przekazanie kontaktu, ale nigdy tego nie zrobiła. Nie powiedziała ciotce o kobiecie, która była zdecydowana na zakup mieszkania. Dlaczego tak się zachowała?
- Nie chciałam, żeby Ukrainka mieszkała w takim mieszkaniu - przyznaje.
- Takim, czyli jakim? - dopytuję.
- Mieszkaniu z historią, w centrum Warszawy. Wolałam, żeby zostało w rękach Polaków. Myśl, że Ukraińcy wykupują takie lokale, strasznie mnie irytuje - przyznaje.
Drążę.
- Ta Ukrainka była w moim wieku. Miała ze 30 lat. Wkurza mnie, że stać ją na kupno mieszkania za gotówkę. Ja od ośmiu lat ciężko pracuję, a wcześniej wiele lat się uczyłam, żeby otrzymywać godne pieniądze. Mimo wszystko nigdy nie będzie mnie stać na tak duże mieszkanie. Ukraińcy są w Polsce gośćmi - mówi i przyznaje, że jest w niej niechciane poczucie wyższości. Woli, żeby mieszkali w wynajmowanych mieszkaniach na Tarchominie albo Bemowie (dzielnice oddalone od centrum Warszawy - przyp. red.). Pytam ją, jak łączy te dwie postawy. Z jednej strony zaangażowanie w sprawę uchodźców, z drugiej niechęć wobec dzielenia się z innymi wspólną przestrzenią.
- Myślałam o tym długo. Pomaganie uchodźcom było miłe, gdy chodziło o osoby niemające nic, całkowicie zdane na moją łaskę. Wiem, że to źle brzmi, ale czułam się dzięki temu bohaterką. Byłam potrzebna i czułam, że robię coś dobrego. Uchodźcy, którzy przyjechali tu z workiem pieniędzy, są dla nas głównie zagrożeniem - przyznaje.
Posłuchaj: