,
Obserwuj
Ludzie

Bała się cały czas. Od lekarki usłyszała: W gabinecie już nic nie możemy zrobić

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
14.06.2026 10:19

"Bałam się (...) o córkę, że zachłyśnie się w kąpieli, że inne dziecko zrobi jej krzywdę w przedszkolu, że się zadławi jedzeniem. Stale zerkałam na telefon, oczekując połączenia z placówki. (...) O męża bałam się zawsze, kiedy brał rower. Setki razy wyświetlał mi się w głowie film, że zjeżdża ze stromej góry i rozpłaszcza się na drzewie, ponosząc śmierć na miejscu. Albo wyjeżdża rowerem szosowym i miażdży go rozpędzone auto". Publikujemy fragment reportażu antropolożki Patrycji Trzeszczyńskiej pt. "Kobiety z oddziału 5B. Intymny reportaż ze szpitala psychiatrycznego".

Szpital psychiatryczny (zdjęcie ilustracyjne)
Szpital psychiatryczny (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Kosc/AGENCJA WSCHOD/REPORTER

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Patrycji Trzeszczyńskiej pt. "Kobiety z oddziału 5B. Intymny reportaż ze szpitala psychiatrycznego", która ukazała się 27 maja 2025 r. nakładem wydawnictwa MANDO.

Jeśli jesteś w kryzysie lub wiesz o tym, że ktoś w kryzysie może potrzebować pomocy, skorzystaj ze wsparcia specjalistów:Linia wsparcia dla dorosłych, działająca przez 7 dni w tygodniu, 24/dobę - 800 70 22 22.
Linia wsparcia dla dzieci i młodzieży, działająca przez 7 dni w tygodniu, 24/dobę - 116 111.

Przez lata byłam leczona na zaburzenia lękowe. Zażywałam wenlafaksynę w coraz większych dawkach. W 2024 roku moje lęki urosły do niebotycznych rozmiarów i moje życie zostało zdominowane przez niekontrolowany, pęczniejący strach o wszystko i przed wszystkim. Bałam się iść do pracy, mówić do ludzi, brać udział w życiu naukowym, być wciąż ocenianą i oglądaną. Kiedy miałam pojechać gdzieś samochodem, nawiedzały mnie obrazy wypadków, w których ginę albo jestem poważnie ranna. Widziałam to bardzo wyraźnie. Słyszałam odgłos uderzanej blachy, dźwięk rozbryzgiwanego szkła, wybuch poduszki powietrznej. Musiałam długo się psychicznie szykować, żeby wsiąść za kierownicę. Czasami to była męka. Kiedy już ruszałam, lęk znikał.

Bałam się też o innych. O córkę, że zachłyśnie się w kąpieli, że inne dziecko zrobi jej krzywdę w przedszkolu, że się zadławi jedzeniem. Stale zerkałam na telefon, oczekując połączenia z placówki. Kiedy poszła do szkoły, lękałam się, że będzie miała trudności adaptacyjne, że pewnie gdzieś siedzi w kąciku i pochlipuje, a ja tego nie wiem i nie mogę jej przytulić. O męża bałam się zawsze, kiedy brał rower. Setki razy wyświetlał mi się w głowie film, że zjeżdża ze stromej góry i rozpłaszcza się na drzewie, ponosząc śmierć na miejscu. Albo wyjeżdża rowerem szosowym i miażdży go rozpędzone auto.

Podobnie byłam przerażona i nie mogłam sobie znaleźć miejsca, kiedy mąż wyjeżdżał autem w góry albo w odwiedziny do krewnych mieszkających kilkaset kilometrów od naszego domu. Moja mama w tych wizjach dostawała udaru na ulicy albo ktoś na nią napadał. Bałam się też o jej leczenie biologiczne, że któraś dawka leku na RZS ją zabije. Lękiem napawało mnie również to, co zrobią moi bliscy, kiedy zginę za kierownicą.

Z czasem do lęków doszły myśli samobójcze. Wokół mnie roztaczał się ogarniający wszystko mrok. Dobrze się w nim odnajdowałam, pociągał mnie i kusił, ale też przerażał. Instynktownie chowałam się w czarnych ubraniach, chcąc temu mrokowi umknąć. Czerni było coraz więcej, zasysała mnie do środka.

"Kobiety z oddziału 5B. Intymny reportaż ze szpitala psychiatrycznego", Patrycja Trzeszczyńska
fot.

MANDO

Wenlafaksyna nie pomagała. Coraz trudniej było mi codziennie wtłaczać się w rytm dnia, w zwykłą rutynę. Od kwietnia do września żyłam w jakimś transie, pędząc na oślep, myśląc o śmierci, przepełniona lękiem, brakiem poczucia celowości i sensu we wszystkim, co się działo. Stale dokądś biegłam. Nie umiałam już chodzić w spokojnym tempie. Wciąż o czymś zapominałam. Rzeczy wylatywały mi z rąk, często coś tłukłam - a to miseczkę, a to talerz, a to szklankę. Szłam do sklepu z listą zakupów i nie kupowałam wszystkiego, co było tam spisane. W kółko szukałam wymówek, by nie pójść pobiegać, na basen albo choć na spacer. Moje ciało zszarzało. Pojawiły mi się nowe zmarszczki, a bruzdy jeszcze bardziej się pogłębiły. Mięśnie ramion i pleców zaciskały się jak wściekłe imadło. Prawie nie jadłam. Jedzenie rosło mi w ustach, straciło smak, na nic nie miałam ochoty. Stale było mi niedobrze.

W sierpniu moja psychiatra pierwszy raz wspomniała o szpitalu. Wydawało mi się to absurdem. Uznałam jej sugestię za ostrzeżenie: jeśli się nie pozbieram, pójdę do psychiatryka. Potraktowałam więc sytuację zadaniowo, jak jeszcze jedną rzecz do zrobienia: wygrzebać się z mroku, przestać się rozsypywać na kawałki. Próbowałam przez kilka tygodni. Na urlopie, w Kotlinie Kłodzkiej, którą dwa tygodnie później nawiedziła wielka powódź, czułam, że prawie mi się udało. Siedziałam w domku w lesie, leżałam na hamaku, smażyłam córce naleśniki, uczyłam się fotografować lustrzanką gwiazdy. Wszystko zwolniło, a ja cieszyłam się zapachami późnego lata i nadciągającą jesienią. Czuć ją już było w powietrzu, ściółce leśnej, w której na próżno szukałam grzybów. A te, jakby w przeczuciu nadciągającej powodzi, się z niej wyprowadziły. Oglądałam dolnośląskie i morawskie miasteczka, piłam kofolę i czułam względny spokój. Mącił go jednak kalendarz na wrzesień i wszystkie zaległe albo nadchodzące w tym miesiącu zawodowe sprawy.

Zaczął się rok szkolny i córka poszła do pierwszej klasy. Przeżywałam duży stres, pytając samą siebie i kosmos, jak ona to zniesie, jak się zaadaptuje, czym będzie dla niej ta gigantyczna zmiana, jak sobie z nią poradzimy emocjonalnie i logistycznie. Równolegle martwiłam się o siebie. Dla mnie to także była ogromna zmiana, choć pewnie podkręcałam jej znaczenie do niesłusznych rozmiarów we własnej świadomości: "przełom", "zmiana", "koniec pewnego etapu". Mimo że wybraliśmy bezpieczną, dobrą szkołę, bałam się, że oddaję teraz dziecko instytucjonalnej machinie, która w przyspieszonym tempie będzie je formatować i wystawiać na tysiące zagrożeń.

Redakcja poleca

Na uczelni zaczęła się sesja poprawkowa, egzaminy, obrony licencjackie i magisterskie. Wypuszczałam spod swoich skrzydeł pięć osób. Byłam też recenzentką prac dyplomowych. Bardzo dużo pracowałam. Czas niewyobrażalnie się skrócił, a ja czułam, że rozłazi mi się w palcach, osypuje, jak zetlały liść z jesiennych drzew. Przede mną była jeszcze czwarta w tym roku konferencja, do której szykowałam się na ostatnią chwilę, próbując jednocześnie kończyć artykuł i robiąc poprawki w kolejnym. Podczas konferencji przeżyłam apogeum lęków, stresu i rozedrgania. Zapominałam słów. Swoje wystąpienie kompletnie położyłam, a podczas dyskusji słyszałam siebie, jak odpowiadam na pytania, zupełnie nie kontrolując tego, co mówię. To było najstraszniejsze w moim dotychczasowym życiu poczucie odrealnienia, oderwania mojej głowy od ciała, własnej nieobecności. Czułam, jakbym obserwowała otoczenie i samą siebie zza matowej szyby. Sala, w której odbywał się mój panel, wydawała mi się nierzeczywista, pełna jakby plastikowych dekoracji, mroczna i duszna. Wzdłuż kręgosłupa ciekły mi strużki potu. Chciałam uciekać, a nie mogłam. Chciałam zamilknąć, a wciąż mówiłam.

Na kolejnej wizycie u mojej psychiatry usłyszałam krótkie i ostre jak błysk lampy zdania: "Wypisuję pani skierowanie do szpitala. W gabinecie już nic nie możemy zrobić". A więc jednak doczołgałam się do tego, co było nieuniknione. Myśli rozbiegały mi się we wszystkie strony, poczułam ucisk w żołądku. "Ile to może potrwać, pani doktor?" - spytałam. Lekarka powiedziała łagodnie, że zwykle osobę w takim stanie jak mój stawia się na nogi w dwa tygodnie. Słuchałam jej i jednocześnie szybko kreśliłam w głowie mapę mojego bieżącego życia zawodowego i domowego, nakreślając osoby, punkty, zadania. Projektowałam na szybko, siedząc jeszcze w gabinecie, wszystko, co mnie ominie. Widziałam w myślach siebie w szlafroku, na szpitalnym korytarzu pachnącym niedobrym, monotonnym jedzeniem i lizolem. Ogarnęło mnie uczucie kompletnej porażki i winy, że nie zdołałam się wygrzebać ze swojego stanu i tak mną zawładnął, że lekarkę wpędzam w poczucie niemocy. Zawiodłam samą siebie. Zaczęło do mnie docierać, że oto za chwilę wyląduję w psychiatryku, a to oznaczało, że mój stan jest poważny, znacznie poważniejszy, niż sądziłam.

Wkrótce miało się okazać, że w moim przypadku nie da się szybko odfajkować pobytu w szpitalu po wdrożeniu innego leczenia. Ten czas dwukrotnie się wydłuży.

Przygotowania do przyjęcia na oddział potraktowałam jak kolejne zadanie. Zaczęłam zamykać sprawy zawodowe i planować sprawy domowe na czas mojej nieobecności. Z rozmysłem pakowałam ubrania, kosmetyki, książki, akcesoria. Wydawałam domowe dyspozycje i nastawiałam się na to, co mnie czeka. Nie miałam wcześniej doświadczenia pobytu w szpitalu psychiatrycznym, więc czytałam informacje na stronie internetowej placówki, do której zostałam skierowana. W mojej dokumentacji lekarka wpisała rozpoznanie: "Ciężki epizod depresyjny, silne lęki, myśli samobójcze". Brzmiało to jak wyrok, nie wiedziałam, co mnie czeka, co zrobią ze mną lekarze ani nawet na który oddział trafię.

Nadchodzący dzień, środę 9 października, kiedy miałam się stawić w szpitalu, jednocześnie antycypowałam i odsuwałam, karcąc się w myślach, że zostały jeszcze trzy dni, jeszcze dwa. Jeszcze dzień. Wzorem pewnej bohaterki literackiej chciałam pomyśleć o tym jutro. Lekarka, u której byłam w piątek, kazała mi się zgłosić do szpitala w poniedziałek. Potrzebowałam jeszcze dwóch dni, żeby się ze wszystkim uporać i skonfrontować z koniecznością leczenia szpitalnego.

Redakcja poleca

Jutro w końcu nadeszło, a ja z małą torbą, dokumentami i sztalugą zgłosiłam się do izby przyjęć. Przyjechałam z mężem, który próbował opanować moje zdenerwowanie i lęk. Staliśmy przed wejściem do izby przyjęć. Paliłam papierosa za papierosem, a wokół była cisza, początek jesieni, mnóstwo starych drzew, przez których lekko pożółkłe liście prześwitywało niewyraźne słońce. Z rzadka ktoś przemknął wąskim chodnikiem. Czekanie na przyjęcie przez lekarza dyżurnego potęgowało nieznośną bezradność i strach. Ale byłam zdeterminowana i wiedziałam, z jakiego powodu jestem w tym miejscu. Mąż próbował żartować, że jak na wariatkowo, to mają całkiem ładnie. Spodziewaliśmy się chyba ponurych, odpychających gmachów i gęstej atmosfery wzniecanej emocjami pacjentów. Jednak nic odpychającego ani ponurego mnie nie powitało. Jedyny akcent świadczący o tym, do jakiego miejsca trafię za chwilę, znalazłam w toalecie przy okienku izby przyjęć. Drzwi do niej pozbawione były zamka. Z zewnątrz z kolei w oknach były kraty. Na każdym piętrze.

Dopiero kiedy przyszedł po mnie sanitariusz, zabrał moje dokumenty i kazał wsiąść do samochodu, żeby zawieźć mnie na oddział, poczułam grozę miejsca i sytuacji. Szybko przełykałam ślinę, żeby powstrzymać łzy.

Posłuchaj: