,
Obserwuj
Ludzie

Duże laboratorium zalane wymazami. Próbek jest tak wiele, że części nie udaje się przebadać

4 min. czytania
27.10.2020 07:06
Na rynku brakuje tzw. testów do szybkiej izolacji, które pozwalają na to, by pobrane od pacjentów wymazy covidowe badać automatycznie za pomocą specjalnego urządzenia. W przypadku standardowych testów nad każdym wymazem laborant musi pracować ręcznie, a to zajmuje sporo czasu.
|
|
fot. Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl

Lubelskie prywatne laboratorium Vitagenum bada najwięcej próbek w województwie lubelskim i współpracuje z Ministerstwem Zdrowia. Na początku zatrudniało osiem osób - dziś prawie cztery razy tyle. Musiało dokupić urządzenia, poszerzyć skład personelu, zwiększyć powierzchnię laboratorium. Bo zapotrzebowanie na badanie próbek z dnia na dzień rośnie.

Jak mówi prezes Vitagenum Maciej Maniecki, jego laboratorium wcześniej zajmowało się komercyjnymi testami genetycznymi, związanymi głównie z predyspozycjami zdrowotnymi poszczególnych osób. - Gdy zaczęła się pandemia, na krótko nawet się zamknęliśmy. Ale potem doszliśmy do wniosku, że przecież możemy pomóc. Rozmawiałem z wojewodą, zależało mu na uruchomieniu naszego laboratorium i na tym, abyśmy badali próbki z kierunku COVID-19 - mówi Maniecki.

Posłuchaj całej rozmowy!

Jak przyznaje, w tej chwili próbek są tysiące, głównie ze szpitali, od personelu i pacjentów, u których podejrzewa się zakażenie koronawirusem. Na początku pandemii, gdy laboranci wkładali próbki do badania w tzw. termocyklerze, często całe płytki z próbkami zabarwiały się na pomarańczowo, co oznaczało wynik negatywny. - Dzisiaj praktycznie za każdym razem, jak ustawiamy próbki na tym termocyklerze, to połowa jest niebieska, czyli są to wyniki pozytywne - mówi prezes Maniecki.

Testów do szybkiej izolacji brakuje wszędzie

Maciej Maniecki mówi nam, że początkowo wykonywano u niego około 300 testów dziennie. Wyniki były w ciągu 24 godzin. Dziś moce przerobowe laboratorium pozwalają na przebadanie nawet tysiąca próbek dziennie, tyle że brakuje tzw. testów do szybkiej izolacji. W efekcie laboranci muszą wszystko robić ręcznie.

- Laborant musi każdy wymaz otworzyć, pobrać próbkę, dosłownie dwie krople. Musi je chwycić w pipetę, wprowadzić do specjalnego dołka. To wszystko, gdy jest wykonywane ręcznie, zajmuje czas - opowiada nasz rozmówca.

Laboratorium z Lublina szuka ich obecnie w prawie całej Europie, ale bezskutecznie. W efekcie, akurat teraz, gdy zakażonych pacjentów przybywa lawinowo, nie ma szans na zwiększenie liczby wykonywanych badań. - Planowaliśmy, że może nawet uruchomimy trzecią zmianę w naszym laboratorium, by badać jeszcze więcej próbek. Szukamy też nowych pracowników. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli właśnie brak tych zestawów do szybkiej izolacji i wszystko się sypie - tłumaczy Maniecki.

Do laboratorium Vitagenum dokupiono lodówek, by było gdzie trzymać próbki. Wymaz, o ile został pobrany na odpowiednim podłożu, może być przechowywany maksymalnie cztery doby. Bywa, że laboranci mają jednak tyle pracy, że części próbek w tym czasie nie udaje się przebadać. Do tego czasami dochodzą problemy techniczne z urządzeniami do badań. Tak było ostatnio - przez awarię doszło próbki czekały za długo i trzeba było poprosić lekarzy w szpitalach o ponowne pobranie wymazów od pacjentów.

Z czego wynikają problemy z dostawą testów do izolacji? Żeby się dowiedzieć, skontaktowaliśmy się z Janem Niechwiadowiczem, szefem firmy IMOGENA z Poznania, która dostarcza je m.in. lubelskiemu laboratorium. Firma jest ich dystrybutorem. - Mieliśmy pełne magazyny, ale wszystko się rozeszło. Na całym świecie są problemy z dostawami od producentów. Zwiększamy zawartość naszych magazynów, ale zapotrzebowanie jest ogromne - tłumaczy Niechwiadowicz.

Wyjaśnia, że producenci też już nie mają pełnych magazynów, więc cała produkcja wychodzi od nich niemal na bieżąco. - Jeśli chodzi o testy do izolacji dla lubelskiego laboratorium, powinniśmy wyjść na prostą w przyszłym tygodniu. Staramy się jak możemy, żeby laboratoria miały na czym pracować - podkreśla nasz rozmówca.

'Poproszę o zbadanie próbki na cito'. Tyle tylko, że...

W rozmowie z TOK FM Maniecki wskazuje szereg absurdów systemu walki z koronawirusem. Do jego laboratorium codziennie dzwoni wielu pracowników szpitali z prośbą o zbadanie konkretnej próbki "na cito", czyli od ręki. - Dziś tak naprawdę większość tych próbek trzeba byłoby badać na cito, tak jest ich dużo - mówi nasz rozmówca.

U siebie w laboratorium nie ma urządzenia do tzw. szybkich testów, których wyniki można byłoby uzyskać w ciągu półtorej godziny. Takie urządzenie - jak ustaliliśmy - ma laboratorium Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie, tyle tylko, że ono nie bada próbek ze szpitali, bo... nie ma umowy z NFZ. - Pytałem o to Lecha Sprawkę, wojewodę, a on rozkłada ręce. Muszę go pochwalić, bo przy walce z epidemią robi rewelacyjną pracę, a tutaj - też sam nie wie i nie rozumie, dlaczego tak jest. Jakby to była kwestia decyzji ministerialnych. W całym systemie jest sporo takich absurdów - mówi Maciej Maniecki.

Wojewoda się tłumaczy

Wojewoda lubelski Lech Sprawka zapewnia, że robi wszystko, by usprawnić pracę laboratoriów. Jak tłumaczy, chce żeby już teraz pacjenci czekali na wynik testu w kierunku koronawirusa maksymalnie półtorej doby. - Ta sytuacja musi być wdrożona, ponieważ nieskoordynowane w pełni działanie laboratoriów powoduje, że na SOR-ach, ale i szpitalach I poziomu blokuje się ruch pacjentów. Musimy ten problem definitywnie rozwiązać w oparciu o nowe zasady koordynacji na poziomie Urzędu Wojewódzkiego - mówi wojewoda.

Lech Sprawka tłumaczy też, dlaczego laboratorium Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie - mimo, że ma aparat do błyskawicznego badania próbek - nie ma na to kontraktu z NFZ i w związku z tym nie bada próbek ze szpitali. - Nie może tego robić, bo nie jest podmiotem leczniczym - wyjaśnia wojewoda.