,
Obserwuj
Świat

Po ultimatum Trumpa "nie mógł zasnąć". "Wszyscy gotują się na śmierć"

Katarzyna Rogowska
7 min. czytania
09.08.2026 15:05

"Teraz, z wybitymi szybami w oknach, nie mogę już uciec przed hałasem basidżów z meczetu. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co gorsze: grzmoty bombardowań czy błagania basidżów o Boże zmiłowanie. Podczas gdy z głośników ryczą ich modlitwy, ja potrafię myśleć tylko o krwi zwykłych ludzi na ulicach po każdym nalocie". Publikujemy fragment książki Rahy Nik-Andish pt. "Teheran płonie. Zapiski z Iraku po ataku Izraela i USA".

Mural z Trumpem
Mural z Trumpem
fot. AFP

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Teheran płonie. Zapiski z Iraku po ataku Izraela i USA" Rahy Nik-Andish, w tłumaczeniu Ivonny Nowickiej, która ukaże się 12 sierpnia 2026 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Marzec 2026 roku

W sobotę 28 lutego o dziesiątej rano dzwoni mama, żebym włączył telewizję satelitarną - Stany Zjednoczone i Izrael atakują Iran.

Na kanale Iran International, perskojęzycznej telewizji z siedzibą w Londynie, dziennikarka obywatelska nadaje relację z Teheranu, na tle dymu po uderzeniu rakietowym. W jej głosie słychać nieskrywaną radość - siedziba ajatollaha Chameneiego legła w gruzach. Nie wiadomo jeszcze, czy zginął. Przeskakuję z jednego kanału na drugi w poszukiwaniu wiadomości z ostatniej chwili, włączam też oficjalną telewizję państwową. Tam w ogóle ani słowa o najnowszych wydarzeniach, żadna inna agencja też nie podaje aktualności.

W nocy telewizja Iran International potwierdza informację, że przywódca duchowy nie żyje. Kiedy jednak wracam na kanał rządowy, nadawany jest, jakby nigdy nic, pogodny serial telewizyjny.

Usłyszawszy wiadomości, otwieram okno. Ludzie mieszkający w okolicznych wieżowcach i pewnie w całym Teheranie wyszli na balkony. Ta śmierć zaskoczyła wszystkich. Z początku trudno pojąć, że został zabity już pierwszego dnia wojny. "Może taka była wola boska" - dobiega mnie z pobliskiego balkonu głos sąsiada. Wielu Irańczyków było przekonanych, że przywódca duchowy, mimo swych lat, będzie żył wiecznie.

Całkowicie puste ulice nagle wypełniają się ludźmi, którzy zaczynają świętować. Krzyczą i trąbią. Tej nocy wychodzę z domu, żeby jeździć dla Snappa!, wożę Teherańczyków taksówką z jednego zgromadzenia na drugie. W jakimś momencie przejeżdżam obok grupy basidżów, paramilitarnych ochotników. Mój pasażer wykrzywia się do nich i zaczyna się śmiać. Reakcja jest błyskawiczna i brutalna - wybijają pałkami szyby w samochodzie i walą go w tył głowy.

Następnego dnia rano, czyli 1 marca, budzi mnie recytacja Koranu rozbrzmiewająca z głośników pobliskiego meczetu, jednego z ważniejszych w mieście. Natychmiast włączam telewizję państwową. Portret ajatollaha Alego Chameneiego zdobi czarna wstążka. Reżim w końcu oficjalnie potwierdził jego śmierć.

Wychodzę z domu i kieruję się na ulicę. Na dworze jakiś mężczyzna stoi bez ruchu, wpatrując się w niebo. Dwa myśliwce przecinają bez przeszkód chmury. Mężczyzna spogląda na mnie i mówi z odcieniem ironii: "Nadciągnęło piekło".

Kiedy skończyło się czytanie Koranu, z głośników meczetu ryknęły pieśni z wojny irańsko-irackiej oraz zawodzenia o stoczonej w VII wieku bitwie pod Karbalą, w której wnuk proroka Mahometa Husajn poniósł męczeńską śmierć. Przez noc rozlepiono w mieście nowe plakaty Chameneiego z wyeksponowanym na dole napisem: "Przywódca męczenników". Na prośbę rządu osoby religijne zaczęły zbierać się na placach, by opłakiwać jego śmierć. Zalewają się łzami i szlochają w rzekomej zbiorowej żałobie. Wszyscy inni są w lżejszych nastrojach. W drodze do sklepu spożywczego mijam dwóch sklepikarzy, którzy rozbawili przechodniów uszczypliwą uwagą nawiązującą do pieśni: "A idźcie wy z powrotem na front!". Obaj się śmieją, też są w dobrych humorach.

Mieszkam niedaleko jednego z dużych placów. Codziennie między dziewiątą wieczór a północą, z iście zegarową regularnością, zbierają się tłumy popierających reżim basidżów, by wznosić antyamerykańskie i antyizraelskie hasła. W ten sposób władza próbuje zastraszyć i zmusić do milczenia zwykłych Irańczyków. Tylko że dla większości z nas ich pieśni i hasła to puste frazesy. Od 1979 roku słyszeliśmy je nieskończoną liczbę razy.

Kiedy basidże wracają do domów, w naszej okolicy znowu zalega błoga cisza.

Od czasu śmierci Chameneiego w mieście pojawiły się malowidła z jego podobizną. Gdzie nie spojrzeć, graffiti wykonane z szablonu. Pod każdym wizerunkiem widnieje przydomek w stylu: "Irański Superman" czy "Ojciec narodu". Jest nawet kilka portretów jego syna Modżtaby.

Kiedy przechodzę ponownie obok jednego z nich, zauważam, że ktoś pomazał twarz Chameneiego ziemią ogrodową.

Quiz: Trudny quiz o wydarzeniach mijającego tygodnia. Sprawdź, czy śledzisz newsy uważnie!

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 Czyją kandydaturę na stanowisko wicemarszałka Sejmu zgłosił w poniedziałek klub PiS?

    II

    Po dziesięciu dniach wojny odgłosy wybuchów i bombardowań niemal spowszedniały. Kiedy to się skończy? I gdzie są nasi przywódcy? W telewizji państwowej zero informacji na ten temat - nadaje ona propagandę wojenną bądź pieśni żałobne poświęcone pamięci nieżyjącego przywódcy duchowego.

    Na ulicach ludzie rozmawiają o irańskich rakietach i o tym, że nie zdołały one zapobiec amerykańskiemu i izraelskiemu atakowi. Kolega mówi, że zabicie Chameneiego można porównać do celowania w mózg. Reszta ciała traci wtedy kontrolę i koordynację. Obaj obserwujemy amerykańskie myśliwce i drony na niebie ponad naszymi głowami. Jego zdaniem tu jedna grupa rządzi krajem, a inna prowadzi wojnę i żadna ze stron nie ma pojęcia, co robi ta druga. Tymczasem bajka o powrocie Rezy Pahlawiego, syna ostatniego szacha i księcia na białym koniu, szybko blaknie.

    O godzinie pierwszej czterdzieści sześć rano dostałem SMS-a od rządu: Modżtaba Chamenei został nowym przywódcą duchowym Iranu.

    Redakcja poleca

    III

    Prawie dwa tygodnie po wybuchu wojny jedna z moich sióstr z córką i nasza mama przyszły do mnie na obiad. Kiedy przyrządzaliśmy jedzenie, domem wstrząsnęły dwa potężne wybuchy. Nie wiedzieliśmy, gdzie się skryć. Siostra była przerażona i ściskała córkę za rękę. W panice wołała co chwilę do mamy w kuchni, żeby się przekonać, czy nic jej się nie stało. Mama siedziała na podłodze i odkrzykiwała: "Nic mi nie jest, nic mi nie jest!".

    Fala uderzeniowa wybiła dwa okna w mieszkaniu. Na zewnątrz unosiły się kłęby gęstego dymu i niezwyczajnie silny wiatr wiał ulicami we wschodnim kierunku.

    Parę dni później na Nouruz, czyli perski nowy rok, rodzina znów do mnie przyszła. W ramach obchodów tego święta przygotowaliśmy stolik z Haft Sinem, na który składały się tradycyjne potrawy. Nazwy wszystkich siedmiu zaczynają się na literę "sin", czyli S, a są to: sendżed (owoce drzewiastego lotosu lub oliwnika) dla mądrości, sib (jabłko) dla urody, sabze (zielone kiełki) dla odrodzenia i odnowy, samanu (budyń z kiełków pszenicy) dla siły i mocy, sir (czosnek) dla zdrowia, serke (ocet) dla słusznego wieku i cierpliwości oraz somak (rozgniecione owoce sumaku) jako symbol wschodu słońca, ów moment przejścia od ciemności do światła.

    Tylko że w tym roku niedane nam było takie przejście. Jak każde spotkanie w ostatnich dniach naszą uroczystość także przerywały bombardowania. Dokładnie wtedy, kiedy staliśmy wkoło stolika, podziwiając go, budynek zadrżał od dwóch potężnych eksplozji.

    Nikt się nie poruszył. Nasz strach był namacalny. Po chwili siostrzenica, która ma dopiero dwanaście lat, rozładowała napięcie. "Nie bójcie się", powiedziała do nas, dorosłych, i parsknęła śmiechem.

    Teraz, z wybitymi szybami w oknach, nie mogę już uciec przed hałasem basidżów z meczetu. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co gorsze: grzmoty bombardowań czy błagania basidżów o Boże zmiłowanie.

    Podczas gdy z głośników ryczą ich modlitwy, ja potrafię myśleć tylko o krwi zwykłych ludzi na ulicach po każdym nalocie.

    Kiedy obudziłem się następnego ranka, w sąsiednim mieszkaniu ktoś grał na pianinie. Przez ułamek sekundy wydało mi się, że to normalny teherański poranek. Chwilę później eksplozje pięciu ciężkich bomb przywróciły mnie gwałtownie do rzeczywistości.

    Redakcja poleca

    IV

    Wojna zaostrzyła inny problem, z którym muszą się mierzyć Irańczycy - inflację. Gospodarka i tak już była w stanie swobodnego spadku, ale teraz ceny podwoiły się nawet w porównaniu z ubiegłym miesiącem. Dawniej można sobie było jeszcze pozwolić na zakupy w supermarkecie. Teraz trzeba sprawdzać ceny i nie dziwić się, że coś zdrożało potrójnie. Sztuka polega na znalezieniu produktów najgorszej jakości, bo one są najtańsze. W sklepach spożywczych jest mnóstwo warzyw i owoców, na które nikogo nie stać. To inne oblicze głodu.

    Po Nouruzie władza ogłosiła, że lekcje w szkołach i zajęcia na uniwersytetach będą się odbywały zdalnie z wykorzystaniem wewnętrznego internetu państwowego. Jednocześnie zakazano tak podstawowej rzeczy jak fotografowanie. Ekran mojej komórki ciągle rozświetla się od wiadomości tekstowych:

    Jeśli ktoś próbuje zrobić zdjęcie newralgicznego miejsca lub gmachu, może zostać zatrzymany. Dlatego jeśli zauważą Państwo podobne zdarzenie, są Państwo zobowiązani niezwłocznie zgłosić ten fakt do pracownika Ministerstwa Wywiadu.

    Nie bardzo wiadomo, jak na uniwersytetach można dalej nauczać sztuki i dziennikarstwa, skoro zakazano dokumentowania wojny.

    Ludzie się boją i uważają, że kraj nie jest już bezpieczny. Atak na pole gazowe Południowy Pars, a potem powtarzane wielokrotnie ultimatum Trumpa, że o ile cieśnina Ormuz nie zostanie ponownie otwarta, to zaatakuje on irańskie elektrownie jądrowe, oznaczają niebezpieczną eskalację. Kiedy po czterdziestu dniach nieustannych bombardowań Trump zagroził, że cofnie Iran do epoki kamienia, dostrzegłem strach w oczach wielu ludzi. Trudno sobie wyobrazić, co czuje człowiek świadomy, że ktoś chce go zabić i że wszyscy gotują się na śmierć.

    Po tych jego słowach nie mogłem zasnąć. Wstałem z łóżka i wyjrzałem przez okno. We wszystkich mieszkaniach okolicznych budynków paliły się światła. Każdy czuwał, oglądając wiadomości. Stacja Iran International odliczała czas pozostały do upływu ultimatum Trumpa.

    Ile jeszcze musimy wycierpieć? Jeśli odcięty zostanie dopływ gazu, to jak ludzie mają gotować albo ogrzewać mieszkania? Jeśli zniszczeniu ulegną obiekty jądrowe, pogrążymy się w ciemnościach. Wielokrotnie powtarzane czterdziestoośmiogodzinne ultimatum Trumpa, z zapowiedzią, że mosty i inne elementy infrastruktury będą następne w kolejności, to de facto forma kary zbiorowej.

    Jakiś czas temu okleiłem taśmą okna w pokoju gościnnym, żeby je jakoś zabezpieczyć. Kiedy teraz sprawdzam, widzę, że spartaczyłem robotę. Musiałem być mocno zdenerwowany. Miejscami taśma w ogóle nie przylega do szyby. Dostrzegam też coś, czego wcześniej nie zauważyłem - wzdłuż taśmy siostrzenica ponaklejała swoje nalepki z postaciami z kreskówek. Udaje mi się połączyć z przyjacielem za granicą: "Jutro Trump planuje zbombardować elektrownie". Jeśli do tego dojdzie, nie będę mógł ładować komórki i zostanę całkowicie odcięty od świata.

    Posłuchaj: