,
Obserwuj
Ludzie

Tragiczne losy pacjentów z Kobierzyna. "Większość nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
10.01.2026 20:06

"Rano zakonnica poprosiła mnie, bym poszła na oddziały i zobaczyła, ilu pacjentów popełniło samobójstwo. Zostali przecież sami, i to w tak niespokojnej atmosferze. Kiedy zaszłam do moich pacjentek, były już poubierane, zasłały łóżka, wszędzie panował wzorowy porządek. Żadna nie targnęła się na swoje życie". Prezentujemy fragment książki pt. "Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie" Krystyny Różnowskiej.

Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Kobierzynie. Wnętrze sypialni oddziału kobiecego (1927 r.)
Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Kobierzynie. Wnętrze sypialni oddziału kobiecego (1927 r.)
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie" autorstwa Krystyny Różnowskiej, która ukaże się 21 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Mando.

(...) - Tu zastała mnie wojna - mówi pani Janina Sroka, stojąc w korytarzu pawilonu oddziału V B. Pacjentki przyglądają się nam z zaciekawieniem, podchodzą drobnym, posuwistym kroczkiem, w ich zmienionych chorobą twarzach bez mimiki i w niespokojnych oczach czają się resztki niewygaszonego pigułkami lęku. Przez otwarte drzwi widać leżącą w sali chorą, któraś z pacjentek szepce mi do ucha, że tamta wyskoczyła oknem z siódmego piętra i złamała kręgosłup. W pobliżu niej siedzi młoda, tęga dziewczyna - spuściła głowę i nienaturalnymi dla rodzaju ludzkiego odgłosami przypomina o swoim istnieniu. Kilka pacjentek snuje się po sali, pozostałe słuchają naszej rozmowy. Pani Janina najwidoczniej przywykła do tych przytłoczonych chorobą postaci i ich nieobecnego wzroku.

- Wtedy w oknach nie było firanek - zauważa, rozglądając się. - Chorzy dłużej znajdowali się w ostrej psychozie, bo, jak wspomniałam, nie było leków, więc nie oszczędziliby nawet firanki. Tam był dzwonek, tu zegar, w tej drugiej, mniejszej sali łatało się bieliznę i pościel szpitalną. Pokażę pani, gdzie mieszkałyśmy. - Prowadzi mnie na korytarz i wskazuje ścianę. - Drzwi zamurowano - stwierdza zdziwiona. - Były, o, tu. "Szałowe" pacjentki umieszczaliśmy na parterze, podleczone na górze.

W czasie wojny było tu strasznie - mówi cicho, by chore nie usłyszały. - Gdy zaczęło się bombardowanie, modliłam się z zakonnicą w kaplicy. Ludzie uciekali przed Niemcami na wschód.

Prawie cała służba szpitalna odeszła, z salowych zostałyśmy tylko we dwie, ja i Kazia Szczur, chyba jedna lekarka, ale zakonnice zostały wszystkie. Dyrektor szpitala też wyjechał. Przyznam, że i ja zamierzałam uciekać, już nawet spakowałyśmy z Kazią walizki. Poszłam do zakonnicy poprosić o chleb na drogę, a ona uklękła przede mną i powiedziała: "Jeśli ty odejdziesz, stracę wiarę". Rzuciłam walizkę i zostałam, bo gdyby zakonnica miała wiarę stracić… - śmieje się, odbierając tamtej chwili jej patetyczność. - Zostałam i nigdy już więcej nie przyszło mi do głowy opuszczać chorych.

"Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie", Krystyna Różnowska
fot.

Mando

Pozostało wtedy chyba około sześciuset pacjentów, potem niektórzy jeszcze wracali. Pootwieraliśmy oddziały. Niektóre chore ubrały białe chałaty i czepki, zostawione przez służbę. Większość pacjentów nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, w szpitalu czuli się bezpiecznie. Nawet oddział sądowy został otwarty i żaden z zabójców nie zrobił niczego złego ani nie usiłował uciec. Rozpuszczono inwentarz, konie, krowy, woły chodziły samopas.

W pierwszym dniu wojny zakonnice ugotowały zupę, a my z Kazią rozwoziłyśmy ją do oddziałów. Potem poszłyśmy z chorymi zbierać jabłka w sadzie, a był wtedy wielki urodzaj na owoce. Razem z pacjentkami, które pochodziły ze wsi, wydoiłyśmy krowy, więc było i mleko do kawy. Wszyscy mówili, że wojna skończy się w dziewięćdziesiąt dni. Nie wiem, kto to wymyślił.

Gdy zbliżali się Niemcy, pojawił się w bramie szpitala polski oficer i przestrzegał nas przed ich okrucieństwem. Mówił, że obcinają nosy, piersi, uszy. Zostaliśmy jednak z chorymi. Schowałam wtedy dwa odbiorniki radiowe. O, tam, gdzie był wówczas wmontowany wentylator. - Wskazuje na ścianę dużej sali. - Niemcy je potem znaleźli, ale nie wiedzieli, kto je ukrył.

Niemcy przyszli we wtorek. A może w środę? - zastanawia się. - Gdy nadjeżdżali od Krakowa, lekarze polecili pozamykać chorych w budynkach oddziałów, a służba zebrała się w suterenach nowego pawilonu V C. Panował strach, wszyscy chcieli się spowiadać. Ksiądz kapelan chodził wśród nas, ciężko chorym dawał błogosławieństwo na godzinę śmierci, chrzcił Żydów, rozgrzeszał. Jeszcze wieczorem byli na terenie szpitala żołnierze polscy, a już następnego dnia przyszli Niemcy. Nasi uciekali w popłochu, gubiąc czapki i buty.

Rano zakonnica poprosiła mnie, bym poszła na oddziały i zobaczyła, ilu pacjentów popełniło samobójstwo. Zostali przecież sami, i to w tak niespokojnej atmosferze. Kiedy zaszłam do moich pacjentek, były już poubierane, zasłały łóżka, wszędzie panował wzorowy porządek. Żadna nie targnęła się na swoje życie. Opowiadały, że w nocy były manewry wojskowe, a to Niemcy nadchodzili.

Poszłam wtedy w stronę prosektorium, skąd było widać miasto, i zobaczyłam Kraków w dymie. Pobiegłam, by powiedzieć o tym siostrom zakonnym zgromadzonym w suterenach. Wysłały nas z Kazią na folwark, byśmy sprawdziły, co się tam dzieje. Patrzymy, a tu Niemcy. Podeszłyśmy do nich z duszą na ramieniu. Mieli mnóstwo koni, czyścili je i wprowadzali do szpitalnej stajni. Jeden z nich, chyba Ślązak, bo umiał mówić po polsku, zapewniał nas, że nie ma się czego bać, pytał, ilu mamy chorych. Powtórzyłyśmy tę rozmowę zakonnicom.

Wśród naszych pacjentów ukryło się wielu polskich żołnierzy, którzy nie mieli już siły uciekać. Wciągnęliśmy ich do dokumentacji szpitalnej.

Redakcja poleca

Na drugi dzień Niemcy zaczęli przejmować szpital. Dyrektorem został zwykły wojak niemiecki, który nie znał się na medycynie. Chodził nadęty i krzyczał, ale wtedy jeszcze decydowali o chorych nasi lekarze, robiliśmy dla pacjentów wszystko, co było można.

Zaczął nam dokuczać głód, bo wydzielano każdemu po dziesięć dekagramów chleba dziennie, gotowałyśmy zupę z pokrzyw i lebiody. Wszyscy niedojadali, chorzy i służba. Na śniadanie dostawaliśmy kawałeczek chleba i pół litra barszczu, który przypominał krochmal, na obiad zupę ze szczawiu lub pokrzyw, czasem z odrobiną koniny, na drugie danie dwa małe ziemniaki albo jeden duży czy buraka w łupinach, albo pół, a na kolację najczęściej kaszę. Pacjentki były tak wygłodzone, że trzeba ich było pilnować, bo odbierały sobie jedzenie. Tylko niektórym rodziny donosiły żywność.

Chorzy umierali z wycieńczenia. Tych, którzy zmarli w pierwszych dniach wojny, pochowaliśmy bez trumien w pobliżu oddziału. Przeniesiono ich potem na cmentarz. Ci, którzy mówili po niemiecku, próbowali upominać się o większe porcje dla pacjentów i pracowników, ale na nic to się zdało.

Zimą brakowało węgla, marzliśmy potwornie, ubieraliśmy chorych w co się dało. Ci, którzy mogli się poruszać, lepiej znosili chłód, ale leżący zaziębiali się, przemrażali ręce, nogi. Przykro było na nich patrzeć, ale nie można było im pomóc. Kilku pacjentów uciekło, zdarzały się też samobójstwa.

Choć nie było kierownictwa, nasz stosunek do chorych właściwie się nie zmienił, byliśmy nauczeni dużej dyscypliny i odpowiedzialności. Martwiliśmy się o pacjentów, bo słyszało się, że Niemcy wywieźli chorych z innych szpitali i rozstrzelali. Niektórych naszych podopiecznych rodziny zabierały do domu, wypisywaliśmy ich chętnie, wiedząc, że będą bezpieczniejsi.

Wkrótce stanowisko dyrektora objął lekarz niemiecki, wiedeńczyk służący w Wehrmachcie, był raczej kulturalny i wyrozumiały. Zresztą Niemcy, którzy na początku przebywali w naszym szpitalu, nie byli tak bardzo okrutni jak ci, którzy przyszli później. Wymagali tylko, by im mówić "dzień dobry" i wykonywać wszystkie polecenia. Wprowadzili naukę języka niemieckiego, ale uczyliśmy się go niechętnie.

Tragedia zaczęła się, gdy przyszli esesmani. Przyjechali w czerwcu 1942 roku, groźni, z trupimi czaszkami na czapkach. Dyrektor miał przygotować dla nich miejsce, czyli usunąć chorych. Zapowiedziano ewakuację pacjentów do Drewnicy koło Warszawy. Miała się odbyć za tydzień, to był czas panicznego strachu. Pozbierano metryczki chorych z ich danymi personalnymi i ułożono listy. Rozniosła się wieść o ewakuacji i odtąd pod bramę przychodzili krewni pacjentów pytać o ich los. Niektórzy chcieli zabrać bliskich do domu, ale wtedy nie wolno nam już było nikogo wypisywać. Ogłoszono, że jeśli kogoś zabraknie, będą rozstrzeliwać pracowników szpitala. I do ostatniej chwili przyjmowano nowych pacjentów. Zwolniono wtedy wszystkich lekarzy polskich i polecono im jechać do Drewnicy, gdzie rzekomo mieli przybyć chorzy. Nie wierzyliśmy w te zapowiedzi, wszyscy podejrzewali, że pacjentom grozi śmierć.

Redakcja poleca

23 czerwca, idąc wcześnie rano do kaplicy, spotkałam naszych furmanów jadących do Mydlnik po wapno. Jeden z woźniców powiedział mi, że przypuszcza, iż wapno będzie potrzebne do zatarcia śladów po rozstrzelaniu pacjentów. Widziałam też wtedy, jak nieco wcześniej, nim zabrano metryczki chorych, nasz późniejszy dyrektor Tadeusz Pańków, wówczas młody lekarz, wypisał kilku żołnierzy polskich, którzy przebywali w szpitalu jako pacjenci. Uratował im w ten sposób życie.

Rano, w dzień ewakuacji, kazano nam się zebrać w sali teatralnej. Ogłoszono, że o godzinie trzynastej będą wywożeni chorzy, a całej służbie polecono opuścić szpital. Jedna z zakonnic zapytała, czy nie możemy zostać z chorymi do końca ich pobytu, gdyż taki mamy obowiązek moralny. Niemcy uzgodnili między sobą, że na każdym oddziale zostaną jedna czy dwie osoby z personelu, a pozostałe przed wyjściem oddadzą im klucze. Kiedy przyszłam na nasz oddział, nie było już żadnej koleżanki, wszystkie uciekły, a klucze zostawiły w moim pokoju. Były pewne, że zostanę z chorymi, więc nie mogłam ich zawieść.

Przywieziono wtedy do nas sześćdziesięciu chorych psychicznie leczonych u ojców bonifratrów w Kalwarii Zebrzydowskiej, mieli być ewakuowani razem z naszymi pacjentami. Wówczas przy szpitalu była zwrotnica, dowożono wagonami węgiel, żywność, słomę. Właśnie do tych wagonów miano załadować chorych. Wszyscy pacjenci przed ewakuacją dostali obfity posiłek: mięso, kapustę, ziemniaki. Dotąd nie wiem, dlaczego przed wyjazdem na śmierć nakarmiono ich wreszcie do syta. A że przedtem długo głodowali, wielu dostało bólu brzucha, biegunki.

Gdy Niemcy przyszli po moich pacjentów, do oddziału VI B, stałam tu, w korytarzu, oparta o ścianę, bo z rozpaczy i żalu brak mi było sił. Mieli ze sobą listy chorych, a pod białymi fartuchami dojrzałam karabiny. Podeszła do mnie zakonnica, która była naszą pacjentką, aby się ze mną pożegnać. Wiedziała, że idzie na śmierć. "Zobaczymy się w niebie" - powiedziała. Bardzo ją lubiłam i starałam się ocalić. Jakiś czas wcześniej, gdy już oznajmiono nam plan ewakuacji, zaprowadziłam ją do klasztoru, z którego przybyła, i prosiłam, by ją przyjęto z powrotem, ale przełożona się na to nie zgodziła. Miałam o to do niej duży żal. (...)

Posłuchaj: