,
Obserwuj
Polityka

Była "jak żona komendanta z 'Opowieści podręcznej'". Teraz ostrzega przed Konfederacją

13 min. czytania
08.08.2023 12:00

Kobiety po aborcji nazywała morderczyniami. Uważała, że zamiast z nimi rozmawiać, lepiej izolować je od społeczeństwa. Była też rasistką, która miała uchodźców za podludzi. - Do końca życia będzie mi wstyd, że dołożyłam swoją cegiełkę do popularności Konfederacji. Ludzie, którym opowiadam swoją historię, mówią, że byłam jak żona komendanta z "Opowieści podręcznej" - mówi w tokfm.pl Martyna Kuszyk, była korwinistka.

fot. Archiwum Martyny Kuszyk

Marzy, by milion Polek zagłosowało na Konfederację. Na Instagramie pozuje jednak przytulona do Janusza Korwin-Mikkego, a ten mówi wprost, że jest przeciwny prawom wyborczym dla kobiet. - Pan Janusz chce odebrać prawa wyborcze wszystkim, nie tylko kobietom. Bo jest przeciwny demokracji w ogóle - próbuje uspokajać 33-letnia Klaudia Domagała, działaczka Nowej Nadziei, której do 2022 roku przewodził Korwin-Mikke i która wchodzi w skład Konfederacji.

Jak dodaje, to dżentelmen starej daty. Szarmancki i szanujący kobiety. - Gdy wchodzimy do sali, wstaje z krzesła. Kiedy się witamy, całuje nas w dłonie. Takich mężczyzn już nie ma. Staram się tak wychowywać swoich synów, by przepuszczali kobiety w drzwiach i ustępowali im miejsca jak pan Janusz. To dobre wartości - tłumaczy mama trójki dzieci.

- Taki szarmancki, a mówił: "15-letni syn jest z reguły bardziej inteligentny od swojej matki. Czasami trzeba przylać takiej, żeby zamknęła buźkę, a nie dalej ujadała i dzieciom truła" - przytaczam.

- Pana Janusza trzeba umieć słuchać, a niektóre jego wypowiedzi są wyrwane z kontekstu. Poza tym to publicysta. Jest bardzo logiczny, ale nie zwraca uwagi na to, co inni pomyślą. Nie bierze pod uwagę ich uczuć. Po prostu lubi być kontrowersyjny. Dlatego na czele naszej partii nastąpiła zmiana: pana Janusza zastąpił Sławek Mentzen, który jest wyważony. A co do słów o biciu kobiet... Ja bym ich nie traktowała poważnie. Osobiście popieram surowe karanie wszelkiej przemocy, bez względu na to, kogo dotyczy - stwierdza.

- Co to znaczy, że trzeba umieć słuchać pana Janusza? - dociekam.

- Gdy to robię, skupiam się na tym, co ma do zaoferowania Polsce, np. w kwestiach gospodarczych. A nie na jego opiniach osobistych - podkreśla.

Poprzedniczką Nowej Nadziei była partia KORWiN. To do niej należała Martyna Kuszyk, która nieco inaczej zapamiętała "pana Janusza". - Po każdym spotkaniu z nim miałam siniaki na przedramionach. Bo gdy do niego podchodziłam i chciałam coś powiedzieć, myślał, że chce zrobić sobie z nim zdjęcie. Łapał mnie mocno, ustawiał przed sobą i pozował. A potem mnie odstawiał. Byłam lalką, z którą dobrze się wygląda na focie. Nigdy nie chciał mnie wysłuchać. Po prostu odchodził, by pogadać z mężczyznami - wspomina 29-latka.

Według niej w Konfederacji nie szanuje się kobiet. Są tam głównie dla dekoracji i by przypudrować jej hasła, a następnie przyciągnąć do nich wyborczynie. Jednak pod warstwą tego pudru - zdaniem Martyny Kuszyk - kryje się przemoc. - Do końca życia będzie mi wstyd, że dołożyłam swoją cegiełkę do ich popularności. Ludzie, którym opowiadam swoją historię, mówią, że byłam jak żona komendanta z "Opowieści podręcznej". Bo walczyłam o władzę dla nich, o przemocowy patriarchat i o to, by kobiety zostały zamknięte w domach - wyznaje moja rozmówczyni.

"Jak dojdą do władzy, to zobaczymy, że są zdolni do najgorszego"

Twierdzi, że kobiety po aborcji nazywała morderczyniami. Uważała, że zamiast z nimi rozmawiać, lepiej izolować je od społeczeństwa. Była też rasistką, która miała uchodźców za podludzi. Krzyczała na demonstracjach "Stop islamizacji Europy!" i chciała wyrzucić z Polski wszystkich ciemnoskórych. Osoby LGBT wyzywała od pedofilów. Odmawiała im prawa do związków, nie mówiąc już o adopcji dzieci. Sądziła, że terapie konwersyjne działają i obwiniała ich za to, że się nie "leczą".

- Łyknęłam całą pigułę poglądów, które głosili przy mnie narodowcy. Teraz, przed wyborami, przyczaili się w Konfederacji i skrzętnie chowają swoje hasła. Gdy te wypływają, to narodowcy od Bosaka przekonują, że nie mówili tego poważnie. Ale nie ma się co oszukiwać. Jak dojdą do władzy, to zobaczymy, że są zdolni do najgorszego. Wierzą w dyktaturę i w Polskę, w której są tylko biali oraz heteroseksualni. Nieraz słyszałam, jak na zapleczu mówili o obozach dla osób LGBT, bo te są zagrożeniem dla rodzin - opowiada.

- A ty serio tak myślałaś o kobietach po aborcji, ciemnoskórych i LGBT? Czy wymyślasz swoją najgorszą tożsamość, żeby dowalić dawnemu środowisku i by na tym się wybić? - pytam.

- Nie ukrywam, że na TikToku lubię orać konfiarzy. Ale co mam na tym zyskać? Nie chcę być influencerką, która sprzedaje coś w social mediach i zarabia na tym pieniądze. Nie chcę też działać w polityce. Pracuję jako graficzka w branży gier komputerowych i nie zamierzam tego zmieniać. Opowiadam swoją historię, żeby pokazać ludziom, jak to środowisko funkcjonuje i jaka się w nim stałam. A byłam obrzydliwym człowiekiem i narobiłam bardzo wiele zła. Nie mam zamiaru szukać dla siebie wymówek - podkreśla Martyna Kuszyk.

"Chciał namierzać domówki lewaków i ich bić"

W wieku 17 lat zakochała się w narodowcu z Lublina. Imponował jej, bo był o sześć lat starszy. Przy nim jej koledzy z liceum wydawali się niedojrzałymi chłopcami. - To było niesamowite, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Poza tym dopiero zaczęłam się interesować polityką, a on wiele już o niej wiedział. Wkręciłam się w jego świat - wspomina.

Jak dodaje, gdyby odsłonił się przed nią za jednym zamachem, pewnie by uciekła. Ale on robił to stopniowo. Kiedyś zobaczyła, że ma w glanach białe sznurówki, czyli symbol skinheadów. Zaraz jednak wytłumaczył, że nie jest rasistą, tylko stoi w kontrze do punków. Niby słyszała nienawistne teksty o "pedałach", ale ją uspakajał, że nie jest homofobem. Mówił, że nie ma nic do gejów, byle nie grzeszyli.

Faszystą też się nie czuł, bo nie popierał Hitlera. A że on i jego kumple nosili koszulki z Adolfem i hajlowali na imprezach, to przecież tylko dla żartów. - Robił ze mną to, co teraz narodowcy z wyborcami. Normalizował ekstremistyczne poglądy. Jako nastolatka kupowałam te tłumaczenia i powoli wchodziłam za nim w środowiska Młodzieży Wszechpolskiej oraz ONR - mówi.

Gdy pojechali do Warszawy na Marsz Niepodległości, poczuła się dobrze w tłumie z biało-czerwonymi flagami. Kiedy jednak doszła z nim do placu Konstytucji, zobaczyła bitwę na kamienie "patriotów" z Antifą. - Pierwszy raz widziałam takie obrazy. Łatwo było mi wmówić, że polskość jest atakowana - twierdzi.

Później na proteście przeciw ACTA mijał ich punk z czerwonymi sznurówkami w glanach. Dostał w twarz od jednego z narodowców. Koledzy wytłumaczyli Martynie, że należało mu się, bo to człowiek Antify, a ta bije ich w Lublinie. - Stwierdziłam, że skoro tak, to okej. Bo już wierzyłam, że Polska jest atakowana przez lewaków, którzy chcą molestować dzieci (geje) i je mordować (zwolennicy aborcji). Dopiero po powrocie do szkoły koleżanka, która była ze mną na proteście, powiedziała, że nie chce więcej spotykać się z tym towarzystwem. Dla niej bicie to było za dużo. Dla mnie już nie. Nasze drogi na jakiś czas się rozeszły - wspomina.

Znajomi wiedzieli, że Martyna zaczęła nienawidzić innych. Pewnego razu uprzedzili parę lesbijek, by nie przytulała się przy "narodowej dziewczynie". Wiedzieli, że je obrazi. Koleżance lesbijce wykrzyczała prosto w twarz: "Dobrze, że nie będziesz miała prawa do wychowywania dzieci!".

W końcu - pod wpływem chłopaka - zaczęła izolować się od znajomych, którzy nie rozumieli "wojny o Polskę i tradycyjne wartości". Przekonał ją również, by oddaliła się od rodziców, którzy byli rozwodnikami i - według narodowca - komunistami. W końcu zamknęła się w jego "sekciarskiej" bańce. - Tam zamieniłam się w ekstremistkę i obrzydliwego człowieka - przyznaje.

Jak dodaje, długo trwało, zanim zauważyła, że w tym środowisku tradycyjne wartości są wydmuszką. - Na "dole" non stop było picie alkoholu i zdradzanie dziewczyn, a na "górze" korzystanie z usług pracownic seksualnych. Zaczynałam rozumieć, że to przegrani, smutni kolesie, którzy wcale nie żyją według konserwatywnych zasad. Do tego dochodziła przemoc. Mój chłopak kilka razy mnie popchnął i złapał za włosy. To był toksyczny związek, zakończyłam go po dwóch latach - mówi.

Największy szok przeżyła, gdy na imprezie usłyszała od pijanego narodowca, że uchodźców postawiłby pod ścianą i wystrzelał. - A jeszcze dowiedziałam się, że ówczesny szef ONR pisał na Messengerze o swoim planie dotyczącym gejów czy lewaków w ogóle. Chciał namierzać ich domówki, wpadać tam i ich bić. Wtedy kolega od Korwina stwierdził, że to jest chore. Dopiero gdy to usłyszałam od chłopaka spoza narodowej bańki, wyszłam z transu. Pomyślałam: "Tak, to nie jest, ku*wa, normalne". Odeszłam od narodowców - mówi i zaraz dopowiada, że trafiła z deszczu pod rynnę. Czyli do partii KORWiN.

Konfederacja jest sojuszniczką kobiet?

Droga Klaudii Domagały do ugrupowania Korwin-Mikkego była inna. Zapisała się do niego w 2019 roku, gdy Konfederacja po raz pierwszy dostała się do Sejmu (6,81 proc. poparcia). Jak mówi, sympatyzowała z nią już wcześniej, ale brakowało jej odwagi, by wejść do polityki. - Odwagi nabrałam, dopiero gdy urodziły mi się dzieci. Bo chciałam, żeby żyły w lepszej Polsce. A KORWiN stawiał Polskę i tradycyjną rodzinę na pierwszym miejscu - twierdzi.

To wtedy wymarzyła sobie, że w następnych wyborach milion Polek zagłosuje na Konfederację. Aby osiągnąć ten cel, razem z koleżankami dwoi się i troi w social mediach, by zrzucić ze swojego ugrupowania łatkę "partii mężczyzn". I przekonać wyborczynie, że Konfederacja jest ich sojuszniczką. A właściwie sojusznikiem, bo w ruchu Mentzena nie uznają feminatywów.

Dla Klaudii Domagały usuwanie ciąży to "zabójstwo człowieka". Nie przekonuje jej, że - według sondaży - zdecydowana większość Polek i Polaków jest za zliberalizowaniem prawa aborcyjnego. Uważa, że jeśli ktoś nie chce mieć dziecka, to powinien się zabezpieczać. A jeżeli jedna metoda antykoncepcji nie wystarczy, to może stosować kilka naraz. Całość wywodu okrasza słowami Jana Pawła II, że wolność to odpowiedzialność. - Zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży z płodem z bezczaszkowiem to dla pani okrucieństwo? - pytam.

- Rozwiązaniem są hospicja perinatalne. To miejsca, w których kobiety mają kompleksową opiekę ginekologów, neonatologów, pediatrów i psychologów. Najgorsze jest to, że wielu ginekologów nie wie o istnieniu takich hospicjów i od razu proponuje aborcję. A tam kobieta mogłaby godnie przyjąć dziecko i je pochować - tłumaczy.

- Dla wielu kobiet noszenie w sobie obumarłych płodów to koszmar. Zmuszanie ich do tego to nie okrucieństwo? - dociekam.

- A nie uważa pan, że dziecko ma prawo być godnie przyjęte na świat i pochowane?

- Czyli dobro martwego płodu ponad dobro kobiety?

- Ale dlaczego ponad dobro kobiety? Powinna być zaopiekowana w takim hospicjum. Bo czy nie będzie miała traumy, jak zabije dziecko? Rozmawiałam z dyrektor hospicjum i mówiła, że przychodzą do niej kobiety po aborcji, za którymi traumy ciągną się latami.

- Badania i publikacje naukowe od dawna pokazują, że trauma po legalnej aborcji jest rzadka. Są na nią narażone kobiety, którym odmówiono aborcji i zmuszono do rodzenia.

- Ale ta pani dyrektor pracuje latami z kobietami po aborcji i widzi ich traumy. Nie mówię, że tak jest u wszystkich kobiet, bo każda ma inną psychikę.

- Kobieta powinna mieć prawo do usunięcia ciąży po gwałcie?

- Takie obowiązuje prawo.

- Jako parlamentarzystka chciałaby je pani zmienić?

- Nie ruszałabym tego - odpowiada działaczka Nowej Nadziei.

"Śluby cywilne są zbędne"

Klaudia Domagała uważa, że feminizm szkodzi kobietom i stawia mężczyzn w roli ich wrogów. A jeśli facet nim się nie czuje, to dlatego, że mówi tym samym językiem, co feministki. - Jeżeli ktoś ma inny pogląd, to go atakują. Mówią o tolerancji, ale jak stwierdzam, że jestem mamą trójki dzieci i chciałabym mieć czwarte, to ich zdaniem coś ze mną jest nie tak. Bo feminizm promuje niezależne kobiety, najlepiej singielki, a rodzina je ogranicza w robieniu kariery - ocenia.

- Nie wymyśla pani sobie takiego feminizmu, żeby móc z nim łatwo polemizować? - pytam.

- To prawdziwe zarzuty, które usłyszałam od koleżanek z lewej strony.

Kobieta Konfederacji sprzeciwia się również temu, by np. lesbijki mogły zawierać związki partnerskie, nie mówiąc już o małżeństwach. Bo te - jak twierdzi - mają chronić kobiety i dzieci. A ponieważ ze związków osób homoseksualnych ani jednego dziecka nie będzie, to są "zbędne". - Ja to w ogóle jestem za zniesieniem ślubów cywilnych. Bo moim zdaniem pójście do urzędnika i podpisanie umowy to sprawa zbędna. Więc gdybyśmy te śluby znieśli, nie mielibyśmy żadnego problemu - uważa.

- Pani pewnie nie, a co z niewierzącymi, którzy nie chcą ślubów kościelnych? Należy ich pominąć i zrobić państwo wyznaniowe? - dociekam.

- Mogą wziąć ślub humanistyczny. To taka ceremonia, podczas której ślubują sobie miłość. Owszem, to nie daje im żadnych praw, ale mogą je sobie załatwić u notariusza. Np. podpisać umowę dotyczącą dziedziczenia - mówi.

Twierdzi, że LGBT to ideologia, a geje i lesbijki chcą demoralizować społeczeństwo. Bo swoją intymność wnoszą do sfery publicznej. A o tym, kto z kim sypia, nikt nie musi wiedzieć. - Tylko że to nie jest dyskusja o łóżku, lecz o prawach osób LGBT. Równie dobrze można byłoby powiedzieć innym grupom społecznym, które walczą o swoje prawa: "Róbcie to po cichu, w domach za zamkniętymi drzwiami" - zauważam.

- Nie porównywałabym tego. Są kwestie publiczne, które powinny być częścią debaty, natomiast intymność każdego człowieka powinna zostać w sferze prywatnej – ucina.

- Mówiła pani, że feminiści chcą przypodobać się kobietom, dlatego mówią ich językiem. A nie ma pani wrażenia, że kobiety Konfederacji tak mówią o aborcji, lesbijkach i feministkach, by przypodobać się swoim liderom i księżom? - pytam.

- Zdecydowanie nie, mamy swój głos. Działamy samodzielnie, jesteśmy niezależne, nie pytamy kolegów z partii o zgodę - zapewnia.

Kiedy jednak rozmawiamy przez telefon, w tle słyszę głos mężczyzny, który sufluje odpowiedzi. Gdy pytam, kim on jest, następuje konsternacja. Po chwili polityczka tłumaczy, że to jej mąż - również członek Nowej Nadziei - i że już go wygania z pokoju.

"Wierzyłam, że kobiety są głupsze"

Martyna Kuszyk miała zapisać się do KORWiN-a, gdy skończyła liceum i przeprowadziła się do Warszawy. Jak mówi, pasowała do tej partii jak ulał, bo miała już wiele cech żony komendanta z "Opowieści podręcznej". - Wierzyłam, że kobiety są głupsze i nie powinny głosować. Kompletnie nie skupiałam się na ich problemach, tylko na antyfeminizmie i konserwatyzmie. Uważałam, że musimy siedzieć w domu i wychowywać dzieci, bo to nasz biologiczny obowiązek. Że patriarchat jest odpowiedzią na wszystko. Dziś wiem, jak to brzmi, ale wtedy myślałam, że głoszeniem tych poglądów robię coś dobrego - wspomina.

Jej zdaniem idealna korwinistka to taka, która pokazuje się na spotkaniach z działaczami i wyborcami. Daje tam kobiecą twarz patriarchatowi, a później znika, zanim zdąży zrobić karierę. Trafia do domu członka partii, w którym odnajduje się jako żona i matka. - Na tym polega "kariera" kobiet w tej partii. Po wyborach nie dostają wywiadów w telewizji ani żadnych stanowisk. Mogą dostać najwyżej złotą klatkę w domu działacza. Ja jej nie chciałam, dlatego odmawiałam randek. Chciałam działać, ale uznawali, że jako kobieta nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Po prostu trzeba mnie było jak najszybciej zaobrączkować - ocenia.

Jak dodaje, robiła za dekorację na spotkaniach partyjnych i na protestach, np. przeciwko paradzie równości. Miała też być tanią siłą roboczą, gdy przychodziło do rozdawania ulotek, wieszania plakatów czy zbierania podpisów. Jak twierdzi, w nagrodę Korwin-Mike zaprosił ją i innych działaczy do Parlamentu Europejskiego, gdzie zasiadał jako poseł i miał rozbijać Unię od środka. - Z rozbijania nic nie wyszło. Przez dwa dni głównie piliśmy. Na koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie, na którym udawaliśmy, że śpimy jak Korwin w europarlamencie - opowiada.

Miała też pracować w sztabie głównym partii przed wyborami w 2015 roku i startować w nich z okręgu lubelskiego. Dostała jednak 10. miejsce na liście i nawet nie prowadziła kampanii. Po tych wyborach odeszła z partii.

- Miałam już dość traktowania mnie jak ozdoby i seksistowskich żartów o tym, że kobieta przesiąka poglądami faceta, z którym sypia. Jak jeszcze zobaczyłam, że w tej kampanii korwiniści zaczęli walić w uchodźców, to mi szczęka opadła. Bo zdążyłam się już zliberalizować. Więc wypisałam się z tego syfu - stwierdza.

Zliberalizowała się, czytając inne media niż te narodowe. Otworzyła się też na ludzi o innych poglądach i pod ich wpływem zaczęła łagodnieć. - Algorytmy social mediów zauważyły, że już wychodzę z prawicowych baniek, dlatego zaczęły mi podsuwać inne treści. Coraz więcej czytałam i tak, po nitce do kłębka, w końcu stałam się lewicowa - opisuje w dużym skrócie.

"Żarty" Mentzena

Klaudia Domagała nie zgadza się z tezą Martyny, że kobiety są tylko dekoracją w Konfederacji. Mówi, że choć sama nie jest posłem, to "wychodziła" u kolegów z partii parlamentarny zespół do spraw opieki okołoporodowej. - Posłowie Konfederacji odpowiedzieli na moją prośbę i go powołali. Stworzyli nam przestrzeń, w której matki mogą podnosić problemy, na które natrafiają na porodówkach. A to np. przemoc słowna czy fizyczna, gdy lekarze wypychają siłą dziecko z brzucha kobiety. Po takich zgłoszeniach interweniujemy w szpitalach i u konsultantów medycznych, piszemy do Ministerstwa Zdrowia interpelacje - tłumaczy.

Założyła też Fundację Kobiety Wolności i Niepodległości, która zapewnia np. opiekę wytchnieniową opiekunom dzieci z niepełnosprawnością. - W teorii powinno tym zajmować się państwo, bo nakazuje mu to ustawa. Ale to nie działa. Dlatego gdy mama chce wyjść do lekarza albo choćby na kawę z przyjaciółką, to nasi wykwalifikowani specjaliści zajmują się jej dzieckiem - tłumaczy.

- Mówi pani, że państwo powinno się tym zajmować. Ale za co, skoro chcecie zlikwidować podatki? - pytam, choć Martyna Kuszyk twierdzi, że takie dyskusje z konfederatami są nie do wygrania. Gdy była jeszcze korwinistką, odpowiadała w takich sytuacjach: "Nie państwo, tylko prywatne fundacje nas ocalą. Dlatego podatki należy ciąć".

- Powiedziałam, że państwo powinno zapewniać taką opiekę wytchnieniową, bo teraz nakazuje mu to ustawa. Ale docelowo lepiej będzie, jak te obowiązki przejmą fundacje i stowarzyszenia. Bo są najbliżej ludzi - odpowiada Klaudia Domagała.

- I wtedy będzie można zrobić, jak napisał Mentzen: "Zero PIT. Zero CIT, dobrowolny ZUS, Konkurencja dla NFZ, docelowa likwidacja podatku VAT"? - dociekam.

- Ależ to był żart skierowany do dziennikarzy - mówi Domagała.

- Do wszystkich użytkowników Twittera.  Rozmawiałem z waszymi młodymi wyborcami, którzy w to uwierzyli. Ich problemem jest to, że nie mają poczucia humoru Mentzena? - pytam dalej. 

- Jeśli Sławek pisze "zero PIT, zero CIT i zero TVN", to nie jest program partii. Ten mówi o likwidowaniu części podatków i obniżaniu innych. To jest plan długofalowy. Państwo ma przecież zobowiązania wobec emerytów i ma na utrzymaniu publiczną ochronę zdrowia oraz szkoły. Nie jest tak, że jak dojdziemy do władzy, to od razu zlikwidujemy wszystkie podatki - wskazuje. 

- Z programem Konfederacji może być jak z tzw. ustawami Mentzena, które znikły z sieci, "bo chyba hosting nam wygasł". Gdy  dziennikarz Wirtualnej Polski o nie dopytywał, pani szef mówił, że ich zapisów nie pamięta - mówię. 

- Nasz program jest opublikowany i można go czytać. Z nim idziemy do wyborów - przekonuje moja rozmówczyni. 

Mentzen lubi żartować z mediów, ale nie tylko: "Kobiety nie zmienisz. Możesz zmienić kobietę, ale to niczego nie zmieni". W ten sposób śmieją się też inni liderzy Konfederacji. Dlaczego ta partia ma twarz wyłącznie mężczyzn, którzy rzucają takie dowcipy? I jak ma tym przyciągać kobiety? - dopytuję. 

- Konfederacja ma też twarz Anny Bryłki, naszej rzeczniczki. I Anny Marii Siarkowskej, która jest naszą posłanką. Ale tak, mężczyzn jest u nas więcej, jak zresztą w każdej partii. Bo kobiety mniej interesują się polityką. Te, z którymi rozmawiałam, wolą działać na zapleczu merytorycznym. Po prostu się różnimy od mężczyzn. Częściej wybieramy zawody opiekuńcze, a oni - ryzykowne. Poza tym są dłużej w polityce. Skoro ja dopiero do niej wchodzę, a koledzy są tam po 20 lat, to dlaczego miałabym być jedynką na liście wyborczej? Przecież mają większe doświadczenie. Ale nasze jedynki coraz częściej zajmują kobiety. Myślę, że jesienią będzie nas więcej w Sejmie – ocenia.

- Wejdziecie w koalicję z Jarosławem Kaczyńskim? - pytam. 

- Absolutnie nie. Chcemy rozwalić duopol PiS-PO. Dać alternatywę Polsce dla tego rozdawnictwa, tłamszenia Polaków podatkami i wzrostami cen - odpowiada Klaudyna Domagała.

Dla Martyny Kuszyk jest oczywiste, że jeśli tylko będzie możliwość, to "góra" Konfederacji dogada się PiS-em po wyborach. Mimo że nie spodoba się to "dołom", które od lat są przez liderów karmione skojarzeniami typu: "PiS = socjaliści". - Liderzy wejdą do koalicji, bo liczą na wysokie stanowiska. Chcą z nich wciągnąć jak najwięcej kasy, co już pokazały kariery wszystkich posłów w tym okropnym dla nich europarlamencie. Liderzy Konfederacji są też narcyzami i chcą mieć władzę. Nad kobietami zwłaszcza – podsumowuje moja rozmówczyni.

Źródło: TOK FM