,
Obserwuj
Polityka

Co zrobi Duda bez Pałacu? "Boję się, że będzie chciał być nadal ważny"

9 min. czytania
05.08.2025 12:00

Elżbieta Jakubiak, szefowa Gabinetu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zdradza, co zaskoczyło ją, gdy wchodziła do Pałacu Prezydenckiego. - Przejmowaliśmy kancelarię od "wrogiego" nam obozu postkomunistycznego. Nie miałam tam z nikim przyjaznych kontaktów - opowiada. Snuje też scenariusze co do przyszłości Andrzeja Dudy.

fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl
  • Co się dzieje teraz w Pałacu Prezydenckim? Jak od kulis wygląda przekazanie władzy? 
  • "Może pan się pogubić już za pierwszym razem, gdy dostanie karteczkę, na której złotymi literami zapisano pana nazwisko" - mówi Elżbieta Jakubiak, szefowa Gabinetu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w latach 2005-2007;
  • Jak wygląda zadomawianie się w Pałacu Prezydenckim? "Tak po ludzku to jest niełatwe. Trzeba przekroczyć granicę swojej intymności" - ocenia;

Godziny dzielą nas od momentu, w którym to Karol Nawrocki zostanie oficjalnie zaprzysiężony na urząd prezydenta Rzeczpospolitej.

Konrad Oprzędek, tokfm.pl: Zajrzyjmy za kulisy przekazania władzy prezydenckiej w Polsce. Co teraz się dzieje?

Elżbieta Jakubiak, szef Gabinetu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego: - Do 6 sierpnia Karol Nawrocki jest prezydentem elektem, a w Polsce brakuje regulacji dotyczących jego funkcjonowania. Formalnie więc nie ma swojej kancelarii ani tym bardziej budżetu. Jego współpracownicy sami nie mogliby nawet rozesłać zaproszeń na uroczystość zaprzysiężenia. Wszystko musi się odbywać we współpracy z kancelarią Andrzeja Dudy.

Dlatego teraz wspólnie kończą ustalać, jak minuta po minucie będzie wyglądał 6 sierpnia. Tego dnia o godz. 10 zacznie się posiedzenie Zgromadzenia Narodowego. Andrzej Duda po raz ostatni zajmie miejsce głowy państwa na sejmowym balkonie, a Karol Nawrocki usiądzie na dole w loży prezydenckiej, przy stanowisku marszałka Szymona Hołowni. To właśnie za nim powtórzy słowa przysięgi, po czym automatycznie obejmie władzę prezydencką w Polsce. Potem pożegna Andrzeja Dudę, a ten odjedzie na lotnisko i pewnie odleci do rodzinnego Krakowa.

Na tym etapie można popełnić błędy, które będą miały duże konsekwencje?

- Oczywiście, wiele. Kancelaria odchodzącego prezydenta powinna zadbać o wiele szczegółów, żeby zachować ciągłość władzy. To choćby kwestia wyrobienia okrągłych pieczęci, niby prozaiczna, ale niezwykle ważna. Bo to nimi prezydent podbija każdy dokument, który wcześniej podpisał. Chodzi np. o ustawy i powołania współpracowników. Jeśli Karol Nawrocki nie dostałby swoich pieczęci już w dniu objęcia urzędu, to dokumenty wychodzące spod ręki prezydenta miałyby formalne braki. To niepokojące, zwłaszcza w czasie zagrożeń wojennych, bo przecież prezydent jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP.

Kolejna sprawa to dostęp do kancelarii tajnej, czyli najważniejszych tajemnic państwowych i NATO. Karol Nawrocki dostanie go automatycznie po zaprzysiężeniu, ale części jego współpracownikom trzeba wcześniej wyrobić poświadczenia bezpieczeństwa, by mieli wgląd w te tajemnice. Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP nie może zostać bez zaplecza, które ma mu pomagać w realizacji decyzji. Dlatego już teraz muszą zostać załatwione te administracyjne, ale ważne sprawy.

Kiedy wszystko się zaczyna? Kto do kogo dzwoni?

- Właściwie już w wieczór wyborczy, podczas którego kandydat zazwyczaj się dowiaduje, że został wybrany na prezydenta. Zaczyna się od kwestii symbolicznych, czyli od gratulacji dla zwycięzcy wyborów, które składa urzędująca głowa państwa. Zwykle poprzedza je telefon szefa Gabinetu Prezydenta. Do mnie zadzwonił Waldemar Dubaniowski i zapytał, czy Aleksander Kwaśniewski może pogratulować wygranej Lechowi Kaczyńskiemu.

Skąd wiedział, że akurat do pani może zadzwonić?

- Bo podczas wieczoru wyborczego Lech Kaczyński ogłosił ze sceny, że zostanę szefem jego gabinetu. Nawet tego nie usłyszałam, bo byłam na zapleczu. Prezydent elekt powinien od razu kogoś takiego wskazać, choćby ze względu na telefony z gratulacjami. Nie tylko od urzędującej głowy państwa, ale też z ambasad wielu krajów. Nie dzwonią przecież na prywatną komórkę prezydenta elekta, tylko jego współpracownika. Po ostatnich wyborach szef gabinetu Andrzeja Dudy pewnie wykręcił numer do swojego następcy Pawła Szefernakera i umówił rozmowę dwóch prezydentów.

Co dalej się dzieje?

- Zaczynają się te dwa szczególne miesiące między wyborem i zaprzysiężeniem prezydenta. Kancelaria urzędującego prezydenta organizuje swoim następcom jakieś miejsce do pracy. Nam użyczono pałacyk Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy ul. Foksal w Warszawie, dokąd zaczęto przekierowywać korespondencję do Lecha Kaczyńskiego. To głównie gratulacje, które nadal schodziły z całego świata. Tam też spotykaliśmy się z urzędnikami Aleksandra Kwaśniewskiego i rozmawialiśmy o szczegółach przekazywania władzy.

Do Pałacu Prezydenckiego zaprosiła mnie Jolanta Kwaśniewska. Opowiedziała, jak organizowali inaugurację prezydentury jej męża i jak tworzyła listę gości. Pokazała też, w których salach organizują przyjęcia i zaprzysiężenia ministrów itd. To było miłe spotkanie.

Jakie emocje czuła pani, gdy po raz pierwszy wchodziła do pałacu?

- Różnica między mną i współpracownikami Karola Nawrockiego jest taka, że wielu z nich zna już pałac, a ja tam nigdy wcześniej nie byłam. Przejmowaliśmy kancelarię od "wrogiego" nam obozu postkomunistycznego. Nie miałam tam z nikim przyjaznych kontaktów.

Byłam zdumiona, gdy wchodziłam do pałacu. Zdziwiona tym, jak on wygląda. Nie zobaczyłam godła Polski, tylko jakieś przygnębiające rzeźby. W moim przyszłym miejscu pracy wszystko okazało się zielone: ściany, wypłowiałe zasłony i zużyty dywan w Sali Kolumnowej.

W 2006 roku Robert Mazurek tak opisywał w "Przekroju" pani gabinet: "Duże, pałacowe wnętrze, muzealne, niewygodne meble, na ścianie krzyż i barek pełen napoczętych trunków. Ze dwie niezłe whisky, ale poza tym kiepskie wino, tania wódka i trochę samogonu: jakaś śliwowica, wódka ziołowa, coś kolorowego".

- To była szafa Marka Ungera, szefa Gabinetu Prezydenta Kwaśniewskiego. W ogóle do niej nie zaglądałam. Ten dywan z wygryzioną dziurą zwinęłam z koleżanką, która zresztą była polską arystokratką. Zrobiłyśmy to, żeby nas nie kompromitował.

Andrzej Duda błyskawicznie spotkał się z Karolem Nawrockim, bo już 3 czerwca, czyli dzień po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów. Jak to było z Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim?

- Państwo Kwaśniewscy zaprosili nową parę prezydencką ok. dwa tygodnie przed 23 grudnia 2005 roku, czyli zaprzysiężeniem Lecha Kaczyńskiego.

O czym rozmawia się na takich spotkaniach?

- Podczas kolacji odchodzący prezydent opowiedział swojemu następcy, z jakim politycznym światem go zostawia. A wtedy wiele się zmieniało, bo chwilę wcześniej weszliśmy do Unii Europejskiej. Prezydenci wspominali też dawne czasy, ponieważ Lech Kaczyński był profesorem Jolanty Kwaśniewskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Rozmowa trwała 2-3 godziny. Rewizyta była już po objęciu urzędu.

Wtedy zaczęliście remontować pałac?

- Nie, to zawsze zaczyna się z wyprzedzeniem. Niby urzędujący prezydent ma wyprowadzić się stamtąd do dnia zaprzysiężenia swojego następcy, ale w praktyce to dzieje się wcześniej. Myślę, że Andrzej Duda już tam nie mieszka, tylko przyjeżdża do pracy. W pałacu zapewne trwa remont.

Podobnie było z nami: gdy państwo Kwaśniewscy się wyprowadzili, zaczęliśmy przygotowywać mieszkanie na górze pałacu. Maria Kaczyńska wybrała, co ma być jadalnią, co sypialnią, a co pokojem. Wymieniliśmy meble w gabinecie prezydenta, bo tam dominował brudny róż, którego Lech Kaczyński nie lubił. Wprowadziliśmy klasyczne połączenia kolorów: starego złota i granatu. Ruszyło też przenoszenie rzeczy pary prezydenckiej.

Wynajmuje się do tego firmę przeprowadzkową?

- Takim transportem zajmuje się Centrum Obsługi Kancelarii Prezydenta, dawniej Gospodarstwo Pomocnicze. Jego pracownicy dbają nie tylko o przeprowadzki, ale o ogrody, remonty w pałacu i stan techniczny tamtejszych sprzętów. Szef tego centrum codziennie robi obchód i decyduje, co trzeba wymienić, zreperować, odmalować i uprać. Tam są tysiące biurek i krzeseł, a przez pałac przewija się mnóstwo ludzi. Więc zawsze jest coś do naprawy.

Jak wygląda zadomawianie się prezydenta w pałacu?

- Na początku Lech Kaczyński nie mógł tam znaleźć sobie miejsca i nie chciał się przeprowadzić. Uważał, że gdy już to zrobi, nigdy nie wyjdzie z pracy. Więc jeszcze przez kilka tygodni salwował się ucieczką na ul. Czerwonego Krzyża w Warszawie, gdzie razem z panią Marią miał mieszkanie.

W końcu jednak dał się przekonać do przeprowadzki, bo pani Maria urządziła przytulny dom na górze w pałacu. Był tam fortepian, na którym często grała. Była też duża kolekcja płyt z muzyką klasyczną, jakiej prezydent lubił słuchać.

Jednak zamieszkanie w pałacu wiąże się z dużym przeskokiem. Mało kto wcześniej żył na 200 metrach kwadratowych i niekoniecznie w tak dużej przestrzeni od razu się odnajdzie. Do tego dochodzi zmiana nawyków: prezydent nie korzysta już np. z pralki, bo jego rzeczami zajmuje się garderobiana. Tak po ludzku to jest niełatwe. Trzeba przekroczyć granicę swojej intymności. Ale nie ma rady: przybywa nie tylko koszul, garniturów, smokingów, fraków, tylko przede wszystkim tysiąc obowiązków głowy państwa.

Karol Nawrocki ma już skompletowaną prezydencką garderobę?

- Na pewno jest już po przymiarkach u krawców. Bo zaraz on i pierwsza dama muszą mieć gotowe ubrania na każdą okazję. Przyjdzie też do nich specjalista od protokołu dyplomatycznego z MSZ i pokaże, jak przygotowuje się i czyta zaproszenia na różne uroczystości. Każde z nich będzie zawierało informację, jaki strój obowiązuje na danym przyjęciu. Tutaj długa suknia, a tam taka do kolan. Podobnie z garniturami, krawatami i smokingami prezydenta.

Kiedy w pałacu najłatwiej zachłysnąć się swoim poczuciem wyjątkowości i władzą?

- Opowiem o własnym zachłyśnięciu. Przyszło niecałe pół roku od objęcia urzędu przez Lecha Kaczyńskiego. Miałam wtedy zorganizować wizytę George’a Busha w Juracie. Problem w tym, że prezydent USA na początku w ogóle nie miał tego w planie. Zamiast do Polski zamierzał przylecieć do Niemiec. Baliśmy się, że Polacy mogą poczuć się zlekceważeni i szybko zaczną upodabniać się do europejskich społeczeństw, w których wtedy narastały nastroje antyamerykańskie.

Zadzwoniłam do Joshua Boltona, który w Białym Domu był de facto moim odpowiednikiem. Zaprosił mnie na rozmowy i zorganizował mi niezwykłe powitanie. Już na lotnisko w Waszyngtonie przyjechali po mnie marines (wojskowi z piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych - przyp. autora), a ich oficer zameldował: "Madame secretary, moi żołnierze odwiozą panią do Białego Domu". Podstawiono limuzynę i wręczono mi pudełka M&M'sów z imionami moich dzieci. Pamiętam, że każde opakowanie było w innym kolorze: czerwonym, żółtym i niebieskim.

Poczułam się wyjątkowa, a nawet nadzwyczajna. Bo nie wiem, czy wtedy w Polsce - poza prezydentem - był ktoś, kogo z lotniska marines odebrali z wszelkimi honorami, głównym wejściem wprowadzili do Białego Domu. Byłabym nieszczera, gdybym powiedziała, że ta celebra nie była miłym przeżyciem.

Ocknęła się pani?

- Nawet szybko, bo zaraz przypomniałam sobie, jak duże wyzwanie i odpowiedzialność wzięłam na siebie. Miałam nie tylko przekonać współpracowników prezydenta USA do jego wizyty w Polsce, ale też potem w Pentagonie brałam udział w rozmowach na temat tarczy antyrakietowej i amerykańskich baz w naszym kraju. Gdybym pozostała w tym zachłyśnięciu, nie sprostałabym wyzwaniu. Zostałoby mi tylko wspomnienie blichtru, jakim mnie tam otoczono. A tak mogę powiedzieć, że George Bush odwiedził w Juracie Lecha Kaczyńskiego.

Czyli takie zasadzki czekają na prezydenta i jego urzędników. Jeśli nie będą ostrożni, to w nie wpadną i będą nieskuteczni?

- Tak. Może pan się pogubić już za pierwszym razem, gdy dostanie karteczkę, na której złotymi literami zapisano pana nazwisko. Pod spodem przeczyta pan, że zapraszają go na uroczysty obiad do Białego Domu lub do kancelarii prezydenta Francji. Niektórzy, gdy dostaną taki kartonik, nie umieją się już otrząsnąć z poczucia, że ów blichtr wynosi ich ponad innych.

Andrzej Duda się zachłysnął?

- Znałam go jako naszego współpracownika i nie znajdowałam w nim cech charakteru, które były potrzebne do sprawowania urzędu głowy państwa. A te muszą być wyjątkowe, bo na barkach prezydenta spoczywa odpowiedzialność za życie ludzi. Kiedy zginął w Iraku nasz żołnierz, Lech Kaczyński chodził przybity. To był najsmutniejszy dzień w naszej kancelarii. Prezydent mówił: "Ten chłopak miał dzieci, matkę, miał żonę, a ja go tam wysłałem. To mój podpis go tam wysłał".

A myśli pan, że państwo polskie nie wysyła swoich służb specjalnych na tajne misje, podczas których giną ludzie? Czasem wymaga tego bezpieczeństwo Polski, a prezydent o nim współdecyduje. To nie jest zabawa. Dlatego żeby zostać głową państwa, trzeba być integralnym wewnętrznie, gotowym do poniesienia odpowiedzialności za życie i śmierć ludzi.

Czyli Andrzej Duda nie nadawał się, by zostać prezydentem?

- To brzydkie określenie. Powtórzę: 10 lat temu nie był mężczyzną o integralnej osobowości, która jest konieczna, by zostać prezydentem. Stąd początkowe jego trudności w prowadzeniu tego urzędu. To nieco się zmieniło, gdy w 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie. Musiał podejmować wiele bardzo trudnych decyzji, co go umocniło, utwardziło i dzięki czemu dojrzał.

A Karol Nawrocki ma odpowiedni charakter do tego, by być głową państwa?

- Porównania okazują się trudne, bo też ich życiorysy są zupełnie inne. Mam nadzieję, że prezydent Nawrocki przeszedł szkołę życia i będzie silnym prezydentem.

Andrzej Duda odnajdzie się w życiu po prezydenturze?

- Boję się, że dalej będzie chciał czuć się ważny i wyjątkowy, ale nie znajdzie dla siebie odpowiedniej roli, która mu to zapewni. Bo Pałac Prezydencki jest jedynym miejscem, które daje taką sprawczość i władzę.

Pałac go zmienił?

- Zrobił to na pewno. Nie chcę się z nim porównywać, ale gdy został prezydentem, miał o wiele mniejsze doświadczenie niż my wszyscy, współpracownicy Lecha Kaczyńskiego. Był młody, nie zarządzał ludźmi, nie stawał na pierwszej linii ataku. A pałac żąda zmiany od takiego prezydenta.

Proszę pamiętać, że przez 10 ostatnich lat Andrzej każdego dnia był prezydentem. Nawet jak wyjeżdżał na wakacje albo spał. Sama przez lata wkładałam służbowy telefon pod poduszkę, bo wydawało mi się, że nie można go wyłączyć ani odstawić. Piątek, świątek czy dzień ślubu córki - prezydent zawsze musi być w gotowości, by odebrać telefon, przyjąć meldunek i podjąć decyzję.

Nagle po dekadzie telefon Andrzeja Dudy zamilknie. Ogłuszająca cisza?

- To musi być bardzo trudne. Przez dekadę mnóstwo ludzi chciało się z nim spotkać, uścisnąć mu rękę, bo mieli do niego jakąś sprawę. A za chwilę może nie być nikogo takiego. Andrzej musi więc zorganizować sobie życie na nowo. Robić wszystko samemu, zamiast dzwonić do współpracowników, by zlecać im zadania. Moim zdaniem dobrym wyjściem z tej sytuacji byłaby dla niego kariera naukowa i zrobienie profesury. To daje samodzielność i organizuje czas.

Źródło: TOK FM