advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Polityka

O tym Czarnek nie mówi prawie nigdy. Jego dzieciństwo "trudno nazwać sielskim"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
02.05.2026 07:02

"Z mojego balkonu widać dom, w którym zamieszkał przyszły pan minister. Kiedy tworzyłam radę dzielnicy, to było w 1999 roku, zaprosiłam go do współpracy. Mówiłam mu, że trzeba wziąć odpowiedzialność za naszą społeczność. Widziałam, że jest energiczny. Zgodził się, żeby kandydować, wszedł do rady. Do dziś mam jeszcze ulotki z tych wyborów. To był jego pierwszy krok w samorządzie. Kiedy został ministrem, znajoma mówiła mi: Jadziu, ty jesteś jego matką chrzestną, skoro go zaprosiłaś do kandydowania do rady dzielnicy". Publikujemy fragment książki Justyny Sucheckiej i Piotra Szostaka pt. "Czarnek. Biografia nieedukacyjna".

Przemysław Czarnek
Przemysław Czarnek
fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Justyny Sucheckiej i Piotra Szostaka pt. "Czarnek. Biografia nieedukacyjna", która ukaże się 6 maja 2026 r. nakładem Wydawnictwa Otwartego.

Czerwiec 2021 roku. Przemysław Czarnek przyjeżdża do Goszczanowa, małej wsi pod Sieradzem, między Łodzią a Kaliszem, by wziąć udział w uroczystościach nadania imienia lokalnej podstawówce. Jest jej najbardziej znanym absolwentem, który od kilku miesięcy pełni już funkcję ministra edukacji. Jego dom rodzinny znajdował się naprzeciwko szkoły - jak wspominała w 2022 roku jej dyrektorka. Bo choć powszechnie kojarzony z Lublinem, urodził się w wielkopolskim Kole. Ale tak naprawdę jest chłopakiem właśnie z Goszczanowa, gdzie spędził najmłodsze lata, o czym chętnie opowiada. Zarazem to Goszczanów jest symbolem tego, jak Czarnek buduje relacje, sprawuje i utrzymuje władzę. Dzieciństwo Czarnka w podsieradzkiej wsi trudno nazwać sielskim. Jego ojciec, zawodowy kierowca, zachorował na stwardnienie rozsiane. Matka, pielęgniarka, która odeszła z zawodu i prowadziła sklep 1001 drobiazgów - zachorowała na raka. W 2001 roku, po długiej chorobie nowotworowej, zmarła, gdy jej syn już studiował. Ojciec odszedł osiem lat później. Czarnek niemal nie opowiada o tym publicznie. Jak na człowieka, którego wszędzie pełno, trzeba przyznać, że całkiem mocno chroni swoją prywatność - nie fotografuje się z dziećmi (ma syna i córkę), niezbyt często pojawia się publicznie z żoną. W opowieściach o młodości skupia się na życiu w Lublinie, które rozpoczął jako piętnastolatek - rodzice oddali go pod opiekę wuja, księdza. Był wtedy ministrantem i już marzył o studiach prawniczych. A Lublin otwierał możliwości, których brakowało na wsi - naukę w renomowanym liceum, do którego Czarnek dostał się jako laureat (szczebla wojewódzkiego) olimpiady matematycznej.

Ale w rodzinne strony będzie wracał tak często, jak to możliwe. Najpierw dlatego, że wciąż mieszkała tu jego babcia, a po jej śmierci dlatego, że świetnie rozumie, jak uprawia się politykę w małych miejscowościach.

Jego wizyta w Goszczanowie wiąże się z tym, że podstawówka, którą ukończył na początku lat dziewięćdziesiątych, otrzymała właśnie imię Jana Pawła II. Papież wcześniej patronował istniejącemu w tym miejscu zespołowi szkół. W jego skład wchodziło zlikwidowane reformą PiS-u gimnazjum.

Czarnek mówił do zebranych uczniów, nauczycieli i przedstawicieli rodziców oraz lokalnych władz: "Proces wychowania i szkoła muszą opierać się na wzajemnym poszanowaniu, na miłości, szacunku i prawdzie".

Wspominając własne szkolne lata, podkreślał, że w tej szkole zawsze dbano o istotne w świecie wartości. "Wartości, którym wierny był Święty Jan Paweł II" - precyzował.

Karol Wojtyła, choć nigdy w Goszczanowie nie był, jest dla miejscowości bardzo ważny. Nie tylko jako patron podstawówki. Przed kościołem przy ulicy Tureckiej, jednym z najważniejszych budynków we wsi, stoi jego okazały złocisty pomnik.

"Czarnek. Biografia nieedukacyjna", Justyna Suchecka, Piotr Szostak
fot.

Wydawnictwo Otwarte

Z kościołem wiąże się pewna orientalna (i poliamoryczna) legenda. W XVII wieku Adam Poniatowski, dziedzic ziemi sieradzkiej, ufundował świątynię jako tak zwane wotum błagalne - w intencji powrotu swojego syna z tureckiej niewoli. Według lokalnego podania młody Stanisław pojechał na wojnę z Kozakami - z ambicją, by jak ojciec zostać groźnym wojownikiem i wrócić okryty chwałą. Nie wszystko poszło zgodnie z planem - prawdopodobnie podczas bitwy pod Zbarażem (1649), "na niespokojnych Dzikich polach", został wzięty w jasyr, a potem trafił do pałacu jakiegoś ważnego tureckiego dostojnika gdzieś nad Morzem Czarnym. Tam, jak czytamy na stronie parafii w Goszczanowie (zakładka Legenda o Turczynkach), młody szlachcic "często przekradał się do haremu", gdzie prowadził "długie rozmowy o ojczyźnie (…) kraju nadwiślańskim" z dwiema córkami gospodarza. Tłumaczył im, że w Polsce kobiet się nie zamyka pod kluczem - co, jak nietrudno się domyślić, zrobiło spore wrażenie. Obie się w nim zakochały. On z kolei tęsknił za Goszczanowem, Sieradzem, za husarią i rodowym dworem w Poniatowie - i jakoś tak wyszło, że we trójkę, dzięki „sprytowi sióstr”, uciekli. Po dotarciu do Polski Stanisław nie mógł oczywiście poślubić obu oblubienic, został zmuszony, by wybrać jedną z nich, ale wesele i tak skończyło się tragicznie - kobiety zostały otrute. Można przypuszczać, że nieco inaczej wyobrażały sobie swój los w kraju odmalowanym w opowieściach przez Stanisława jako wprost wymarzony dla kobiet.

"Obie Turczynki zostały pochowane w podziemiach goszczanowskiego kościoła. A po polach Poniatowa, jak mówią ludzie, nocami snują się dwa cienie w powłóczystych szatach - tańczące dziwny, cichy taniec” - czytamy na stronie parafii.

Położona nieopodal niewielka wiejska szkoła też ma długą tradycję. Pierwsze wzmianki o jej istnieniu pojawiają się już w XVI wieku. Obecny budynek powstał po II wojnie światowej. W placówce uczy się dziś kilkuset uczniów. Sama gmina jest mała - około 5,5 tysiąca mieszkańców, w tym około 800 w samym Goszczanowie.

W odległej o pięć kilometrów miejscowości Chlewo jest jeszcze jedna podstawówka. Mieszkańcy chcieli, by jej patronką została Maria Dąbrowska. Na tamtejszym cmentarzu pochowani są jej rodzice, uważani za pierwowzory postaci Barbary i Bogumiła z Nocy i dni. We wsi mówi się, że to interwencja Czarnka sprawiła, że ostatecznie jej patronem został kardynał Stefan Wyszyński.

Czy nas to dziwi? W ogóle. Konsekwencja - również w promowaniu swoich idoli i autorytetów - mogłaby być drugim imieniem Przemysława Czarnka. A Wyszyński był, jest i będzie dla niego postacią szczególnie ważną, o czym przekonamy się jeszcze nieraz.

Tymczasem Czarnek do Goszczanowa przyjechał prosto z Sieradza, gdzie w towarzystwie swojego zastępcy, wiceministra Tomasza Rzymkowskiego, uczestniczył w uroczystości zakończenia roku szkolnego w największej w mieście i regionie, liczącej blisko tysiąc uczniów i zatrudniającej stu nauczycieli, Szkole Podstawowej numer 10 imienia Bolesława Zwolińskiego. Ten apel był jego pierwszym zakończeniem roku szkolnego w roli ministra. Tego lata chłopak z Goszczanowa jest już kimś naprawdę ważnym. I jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. (...)

***

Swoje pierwsze wybory wygrywa. To co prawda jeszcze skromny sukces, bo mówimy o wyborach do rady osiedla, ale patrząc na dalszą karierę Przemysława Czarnka, jest on wart odnotowania. Pokazuje choćby to, że już jako dwudziestodwulatek potrafił zjednywać sobie ludzi. I daje wgląd w to, kim są jego mentorzy i mentorka. Ta historia zaczyna się bowiem od pewnej kobiety, ważnej dla jego dalszych losów.

Jest 1999 rok. Czarnek studiuje prawo na KUL-u i łączy to z urzędniczą pracą w magistracie w Zamościu. Wydaje się, że jego doba jest z gumy, bo jest ponadprzeciętnie aktywny. Mówią o nim "ambitny chłopak". Autentycznie interesuje się lokalnymi sprawami w miejscu aktualnego zamieszkania przy Gajowej, ulicy domów jednorodzinnych na lubelskim osiedlu Sławin. To wtedy zauważa go nauczycielka fizyki i matematyki oraz osiedlowa działaczka Jadwiga Mach. Po latach "Gazeta Wyborcza" nie bez przesady nazwie ją "akuszerką politycznej kariery ministra Czarnka". W rozmowie z dziennikarką Małgorzatą Domagałą tak będzie to wspominać:

"Z mojego balkonu widać dom, w którym zamieszkał przyszły pan minister. Kiedy tworzyłam radę dzielnicy, to było w 1999 roku, zaprosiłam go do współpracy. Mówiłam mu, że trzeba wziąć odpowiedzialność za naszą społeczność. Widziałam, że jest energiczny. Zgodził się, żeby kandydować, wszedł do rady. Do dziś mam jeszcze ulotki z tych wyborów. To był jego pierwszy krok w samorządzie. Kiedy został ministrem, znajoma mówiła mi: Jadziu, ty jesteś jego matką chrzestną, skoro go zaprosiłaś do kandydowania do rady dzielnicy".

Czuć w tych opowieściach o Czarnku pewną matczyną dumę.

Ale i sama Mach ma powody do zadowolenia. Jest jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci Sławina. To właśnie z poparciem mieszkańców tej dzielnicy stała się wieloletnią radną miejską. Radną - to ważne - klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, który jest jedną z samorządowych twarzy Platformy Obywatelskiej.

Dlaczego wprowadzamy to zastrzeżenie? Bo trudno byłoby to wywnioskować na podstawie poglądów. Mach w deklaracjach politycznych i światopoglądowych znacznie bliższa jest wartościom, które zwykliśmy przypisywać PiS-owi i jej dawnemu protegowanemu.

To jednak nie powinno być zaskakujące dla Lublinian, którzy z bliska mogli śledzić jej polityczną karierę. Mach pierwszy raz została wybrana na miejską radną w 1998 roku z listy Akcji Wyborczej "Solidarność". W 2010 weszła do rady już z list PiS-u, choć do partii nigdy nie wstąpiła. W tym samym roku Lublin był jedynym miastem wojewódzkim, w którym w wyborach prezydenckich zwyciężył Jarosław Kaczyński. We wszystkich pozostałych najwięcej głosów zdobył Bronisław Komorowski.

Redakcja poleca

W 2012 roku Mach opuściła klub i utworzyła z grupą radnych partię Wspólny Lublin. Właśnie poparcie tego ruchu zdobył Żuk, który od lat tworzy swoje zaplecze z mieszaniny polityków o skrajnie różnych poglądach. "Taki jest lubelski folklor" - słyszymy od osoby wyjaśniającej nam meandry lubelskiej polityki lokalnej, które łatwo byłoby przeoczyć z warszawskiej perspektywy.

Mówiąc krótko: Mach z dumą opowiada o tym, że nosi obrączkę, która jest dziesiątkiem różańca, nie akceptuje aborcji ani małżeństw jednopłciowych. W 2023 roku głosowała razem z lokalnymi radnymi PiS-u za uchwałą w obronie Jana Pawła II, a przy głosowaniu nad miejskim programem in vitro wstrzymała się od głosu. Przy każdej z tych kwestii Czarnek musiał być dumny ze swojej politycznej chrzestnej.

Cofnijmy się jednak ponownie o przeszło ćwierć wieku. W ulotce wyborczej z tamtego czasu czytamy: "24 października 1999 roku odbędą się wybory do Rady Osiedla Sławin. Nasza dzielnica, jako jedna z niewielu w Lublinie, nie ma jeszcze do tej pory swej reprezentacji. A przecież jest tyle osiedlowych spraw do załatwienia! Wybudowaliśmy domy, kościół, wiele z ulic ma oświetlenie, podłączona jest kanalizacja. Przyszedł czas, aby zadbać również o powstanie placów zabaw, boisk, uporządkowanie parku obok kościoła, uprzątnięcie dzikich wysypisk śmieci. Nikt za nas tego nie zrobi! Konieczny jest jednomyślny głos mieszkańców. Brak reprezentacji osiedla sprawia, że ktoś decyduje za nas, nie pytając, co o tym myślimy".

Pierwsza rada osiedla Sławin liczy osiemnaście osób. Jej kadencja trwa półtora roku. Wszyscy pracują społecznie. Czarnek będzie w radzie pracował dwukrotnie, bo dostanie się do niej również w 2001 roku. Po latach będą spotykali się z Mach w radzie duszpasterskiej przy parafii Świętego Stanisława BM w Lublinie. To tam będą decydowały się losy spraw ważnych dla tej wspólnoty.

Trzeba tu pamiętać, że nawet po latach, gdy stołeczna kariera Czarnka nabierze rozpędu, rzeczy prawdziwie ważne będą się dla niego działy w Kościele i w Lublinie.

Posłuchaj: