Chwila prawdy o rencie wdowiej. Seniorzy zniecierpliwieni: Nie mogli tego powiedzieć od razu?
Renta wdowia zacznie być wypłacana 1 lipca. Emeryci czekają na nią od stycznia i są już zniecierpliwieni. - To jak losowanie lotto: nie wiesz, czy wygrasz ani ile. Na moim osiedlu pełno jest takich emerytek jak ja, które już w styczniu puściły lotka w ZUS-ie i teraz wypatrują listonosza z pieniędzmi - mówi w tokfm.pl 76-letnia pani Bogumiła.
Wypłaty renty wdowiej ruszają 1 lipca. Wnioski o nią złożyło ponad milion osób. To dodatkowe pieniądze dla emerytów i rencistów, którzy po śmierci żon lub mężów nie radzą sobie finansowo. A nawet co piąta osoba powyżej 65. roku życia w Polsce jest zagrożona ubóstwem. Seniorzy, którzy spełnią warunki ZUS, oprócz swoich emerytur lub rent dostaną 15 proc. tych, które pobierali ich współmałżonkowie. Lub odwrotnie: 15 proc. własnych świadczeń i całość po bliskich. Od 2027 roku renta wdowia ma wzrosnąć do 25 proc.
- Od stycznia czekam na decyzję, czy dostanę rentę wdowią. To jak losowanie lotto: nie wiesz, czy wygrasz ani ile. Na moim osiedlu pełno jest takich emerytek jak ja, które już w styczniu puściły lotka w ZUS-ie i teraz wypatrują listonosza z pieniędzmi - mówi 76-letnia pani Bogumiła.
O cztery lata młodsza pani Aleksandra kręci na to głową. To jej opinia "na wynos", którą dzieli się z sąsiadkami, koleżankami, a nawet rodziną. - Rząd nie jest skory do dawania. Czasem coś głośno zapowie, a potem po cichu się z tego wycofa. Nie chcę się wygłupić, dlatego nie wierzę, że dostanę - tłumaczy emerytka.
Drugą opinię na rentę wdowią ma dla siebie. Mówi o tym ściszonym głosem i dopiero po dłużej chwili rozmowy. Jak się okazuje, seniorka od miesięcy upłynnia już w myślach zapowiedziane przez rząd pieniądze. Nic lepiej od tych "wydatków" nie pokazuje, jak naprawdę wygląda życie emeryta w Polsce.
Renta wdowia, czyli łzy ZUS-owskiego kocura. "A niech mi popłacze do kubeczka"
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podało, że średnia wysokość renty wdowiej wyniesie 300 zł brutto. A jak to będzie u pani Aleksandry? Mówi, że jej mąż dostawał rentę, która była równa 80 proc. jej emerytury, co dziś dawałoby 1503 zł. Przypomnijmy, renta wdowia to 15 proc. takiego świadczenia, a więc w tym przypadku: 225 zł. Zaznaczam swojej rozmówczyni, że to tylko szacunki.
- Jak kot napłakał - wzdycha seniorka. - Ale dobre i to, niech mi ZUS popłacze do mojego kubeczka. Uporządkuję sobie za to życie, bo mam w nim straszny bałagan. Co miesiąc brakuje mi 200 zł i muszę pożyczać po zaprzyjaźnionych sąsiadach, którzy mają do mnie cierpliwość. Oddaję dopiero, gdy mniej więcej co pół roku dostaję trzynastkę lub czternastkę. Ale ledwie to ureguluję, a już zaległości zaczynają rosnąć. I tak wloką się za mną te niedopłacone miesiące - mówi.
Emerytka najbardziej się boi, że kiedyś śmierć dopadnie ją tuż przed trzynastką. Zostawi wtedy sąsiadów ze swoimi długami. - To byłby wstyd na całą wieczność! Bo wyszłoby, jakbym coś ukradła. Moim marzeniem jest, żeby żyć na bieżąco. Nawet kilka groszy renty wdowiej powinno na to wystarczyć. Tylko żeby dali, bo ja dalej nie jestem tego pewna i w to nie dowierzam - wraca do swojej opinii "na wynos".
Renta wdowia. Seniorzy szturmowali ZUS, a teraz są zniecierpliwieni
Pani Aleksandra jest już zniecierpliwiona, bo żyje w tej niepewności od stycznia. To wtedy ZUS otworzył „okienka", w których przyjmuje wnioski o rentę wdowią. Dziesiątki tysięcy seniorów zaczęło szturmować Zakład, licząc, że to zagwarantuje wypłatę dodatkowych pieniędzy. Ustawiali się w długich kolejkach, a niektórzy nawet mieli ze sobą termosy i kanapki.
- Też stałam wtedy w ogonku po rentę. Pomyślałam, że lepiej być jedną z pierwszych, bo dla ostatnich może nie starczyć. Ale do dzisiaj nie wiem, komu ona przysługuje. W okienku nie mieli czasu, żeby to wytłumaczyć, a stary człowiek nie rozezna się w tym, co tak szybko mówią w telewizji. A gdy rząd coś opowiada, to już w ogóle nie idzie się w tym rozeznać. Jeszcze pewnie miesiąc każą mi czekać w niepewności. Bo jeśli wypłacą rentę wdowią, to razem z emeryturą, a ją dostanę dopiero pod koniec lipca. Chyba że wcześniej wyślą decyzję? - zastanawia się 72-latka.
- Pierwszy warunek ma pani spełniony. To osiągnięcie wieku emerytalnego, czyli 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn - przypominam.
- Już dawno, z pomocą boską, go spełniłam - macha ręką.
- Po drugie: żadnych nowych związków, przynajmniej małżeńskich, po śmierci pani męża - wymieniam.
- Jeszcze by tego brakowało. Jeden chłop na całe życie mi wystarczy - komentuje.
- Po trzecie: do dnia śmierci męża była pani z mężem we „wspólności małżeńskiej"? Brzmi dziwnie, ale chodzi o to, czy żyła pani z nim pod jednym dachem, mieliście wspólny majątek i byliście związani uczuciowo - tłumaczę.
- Byłam, ale ciekawe, jak to sprawdzą. Na szczęście nieboszczyk nie może być już złośliwy ani niczemu zaprzeczyć - wzrusza ramionami.
- Po czwarte: jak dodamy pani emeryturę i tę rentę wdowią, to nie powinno nam wyjść więcej niż 5637 zł. Bo przekroczyłaby pani trzykrotność najniższej emerytury i według ZUS miałaby pani za dużo. Jeśli pobije pani ten limit np. o 100 zł, to o tyle pomniejszą pani "wdówkę". A gdy samej emerytury dostaje pani przynajmniej 5637 zł brutto, to pozamiatane, nowej renty nie będzie - wyjaśniam.
- Gdybym miała taką emeryturę, to już bym nie łaziła do ZUS-u po więcej, tylko zamówiła sobie złoty grobowiec. Dostaję 1879 zł brutto (najniższa emerytura - przyp. autora) - odpowiada.
- Ostatni warunek: po śmierci męża musiała pani załatwić sobie w ZUS prawo do renty rodzinnej. Ale dopiero, gdy skończyła pani 55 lat (dla mężczyzn ten próg to 60 lat). Nie wcześniej - podkreślam.
- Załatwiłam to, jak umarł. Miałam wtedy 63 lata. Czyli co, zaliczyłam ten sprawdzian do renty wdowiej? Nie mogli tego powiedzieć od razu? Każą czekać staruszkom pół roku na decyzję w sprawie 200 zł. Liczą, że nie dożyjemy? Czy to jest poważne? - irytuje się moja rozmówczyni.
Renta wdowia, czyli "bąkowe". "Dobre bym jeszcze za to zjadła"
Pani Bogumiła była listonoszką, a teraz sama czeka na posłańca z poczty. Już prawie nie wychodzi z domu, czasem tylko do sklepu, ale zawsze to potem odchorowuje. Kolana jej wysiadły po kilkudziesięciu latach oblatywania rewirów z torbą pełną listów. O takich, jak ona, mówią: więźniowie czwartego piętra. Historię tego, jak kurczy im się świat, gdy muszą rezygnować z opuszczania mieszkań, opisywałem już w tokfm.pl.
Moja rozmówczyni nie chce podawać do tekstu kwoty swojej emerytury, ale nieśmiało liczy na rentę wdowią w wysokości 300 zł. - Wiadomo, im bogatszy emeryt, tym więcej dostanie, a mnie dadzą tylko na przeżycie. Ale i tak urządziłyby mnie te trzy setki. Nie musiałabym brać od córki ani wnuczki. Przyjdą, w kącie zostawią banknocik, a ja przy nich udaję, że tego nie widzę. Bo gdybym zobaczyła, musiałabym odmówić albo spalić się ze wstydu. To starzy powinni pomagać młodym, a nie odwrotnie - uważa 76-latka.
Z podrzuconych "banknocików" szyje domowy budżet, który raz po raz rozłazi jej się jak stara skarpeta. - Idą głównie na lekarstwa, nie na żadne zbytki. Ale o tych ostatnich też mi się marzy. Nic wielkiego: nowy dywanik, bo ten jest już stary i wygląda, jakby przeszło po nim ruskie wojsko. I dobre bym jeszcze czasem zjadła. Tylko że na to pewnie już nie wystarczy "bąkowego" (od Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, szefowej Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które wprowadziło rentę wdowią) - mówi.
- A czym jest to "dobre" - dopytuję.
- Starzy tylko udają, że nic nie lubią, tylko te kanapki z jajkiem, twarogiem czy konfiturą. Jedzą jak ptaszki, bo ile takich kromek można włożyć do ust, zanim się znudzą. Czasem by się zjadło jak dawniej. Kiedyś robiłam pieczenie, niepieczenie, schaby. Podobno teraz to wszystko jest do kupienia na przecenach, tylko że w Biedronce na drugim końcu miasteczka. Do osiedlowego sklepu jeszcze niekiedy przejdę, ale do tego supersamu już nie. A wstyd tak wnuczkę prosić, żeby coś przywiozła. Przecież nie wzięłaby ode mnie pieniędzy. Jaka musiałabym być pazerna na starość, gdybym brała te banknociki i jeszcze schaby! - łapie się za głowę emerytka.
Wyczekiwanie na rentę wdowią. "Mnożą się teorie spiskowe"
Pani Bogumiła wraca do opowieści emerytów z jej osiedla, którzy już w styczniu "puścili lotka w ZUS-ie". Mówi, że wśród nich da się wyczuć atmosferę wyczekiwania, a w tej mnożą się teorie spiskowe. - Np. pan Mateusz z dołu jest zdania, że rząd specjalnie tak długo każe nam czekać na "bąkowe", bo ma nadzieje, że część z nas nie dożyje. Dla mnie to przesada, troszkę Mateuszowi się bredzi - przyznaje.
Z kolei jej przyjaciółka Helena, która mieszka dwa bloki dalej, uważa, że rząd bierze emerytów podstępem. Bo obiecał rentę wdowią, żeby dobrze wyglądało przed wyborami na prezydenta, a teraz zacznie mnożyć kruczki i przysyłać odmowy. - W to też nie wierzę. Morawiecki przed wyborami obiecywał trzynastki i czternastki, a później już głupio mu było tego nie spełnić. Emeryt w Polsce jest jak mieszkańcy naszego przedmieścia. Gdy tam jeszcze chodziłam, to widziałam, jak im drogę budowali. Po 100-200 metrów przed każdymi wyborami na burmistrza. Po długich latach niektórzy doczekali się dojazdu do domów - opisuje z uśmiechem.
Zaraz jednak zastrzega, że nawet to porównanie jest niezbyt adekwatne. Bo to, co dostają emeryci od państwa, nie przypomina budowania drogi do dostatku. - Te wszystkie trzynastki, waloryzacje i renta wdowia to takie kapanie, od którego nagle nie zrobi się dostatek. Jeśli emerytury mamy niskie, to dodatki niewiele tu pomogą. Byłoby dobrze, gdyby jeszcze zwolnili nas z podatków, bo je przecież już kiedyś potrącili z naszych pensji. Tylko że z tego też nie będzie godnej starości. Może takiej nie ma i już? - zastawia się z bezradnością.
Jak dodaje, w drodze do osiedlowego sklepu widzi seniorów, którzy "zalegają" w kolekturze lotto. Wnuczka ją pytała, dlaczego starsi marzą jeszcze o byciu milionerami. Pani Bogumiła odpowiedziała, że chcą zostawić po sobie wygrane dzieciom i wnukom. - Dopiero teraz sobie myślę, że oni jednak mogą też chcieć czegoś lepszego dla siebie - puentuje moja rozmówczyni.
Źródło: TOK FM