,
Obserwuj
Polska

Co latami ukrywał ksiądz Piotr? "Już nie jesteśmy zdani na łaskę Kościoła"

7 min. czytania
24.01.2025 12:00

Ksiądz Piotr jako pierwszy trafił do publicznego rejestru sprawców przestępw seksualnych za sprawą komisji ds. pedofilii. Zaglądamy za kulisy walki, jaką ta instytucja prowadzi z bezkarnością sprawców. - Komisja nie jest już zdana na łaskę kurii diecezjalnych. Ich dokumenty nie są nam niezbędne do prowadzenia przedawnionych spraw - mówi w tokfm.pl mec. Karolina Bućko, przewodnicząca Komisji.

fot. KAROL PORWICH/EastNews
  • Komisji ds. pedofilii ujawniła w publicznym rejestrze nazwisko księdza, który miał molestować dziewczynkę;
  • W ten sposób Komisja walczy z bezkarnością sprawców, których przestępstwa się przedawniły;
  • Zaglądamy za kulisy tej walki. "Kiedy o tym mówię, łamie mi się głos i mocno się wzruszam" - mówi w tokfm.pl Karolina Bućko, przewodnicząca Komisji.

Ksiądz Piotr Ciepłak miał dotykać piersi i nagich pleców dziewczynki z grupy oazowej, którą opiekował się podczas wyjazdu do Olsztyna w sierpniu 1996 roku. Miał też wsunąć rękę w spodnie piżamy dziewczynki, by macać jej krocze. Nie udało mu się, bo napotkał na jej opór.

To ustalenia Państwowej Komisji ds. przeciwdziałania wykorzystaniu seksualnemu małoletnich poniżej lat 15. Właśnie zaowocowały  pierwszym jej wpisem do  Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Czytamy w nim również o innym zachowaniu zakonnika: "W nieustalonej dacie w latach 1997/1998 w Krakowie przy ul. Cegielnianej 43, w przedsionku pomieszczeń parafialnych, jako ksiądz w Parafii Matki Bożej Saletyńskiej, doprowadził małoletnią poniżej lat 15 – (…) do poddania się innej czynności seksualnej, polegającej na pocałowaniu małoletniej w usta".

Przez prawie 30 lat ks. Piotr cieszył się bezkarnością, bo jego sprawa uległa przedawnieniu i śledczy musieli ją umorzyć. Mogła wrócić do niej tylko Komisja, która od 2023 roku jest quasi-sądem. Co prawda, nie może skazywać sprawców przestępstw, ale ma uprawnienia do tego, by we wspomnianym rejestrze umieszczać ich dane: nazwisko, miejsce zamieszkania, zawód, zdjęcie i opis krzywd, jakie zadali dzieciom.

Do rejestru zaglądać musi każdy, kto chciałby zatrudnić np. księdza Piotra do pracy z dziećmi. A więc m.in. proboszcz, organizator kolonii, dyrektor szkoły. Również rodzice mogą zobaczyć na specjalnej mapie załączonej do rejestru, czy wokół ich dzieci nie kręcą się drapieżcy seksualni. Licznik wejść na tę stronę przekroczył już 11 mln.

Księża to największa grupa sprawców. Biskupi już im nie pomogą?

Mec. Karolina Bućko została przewodniczącą Komisji na przełomie 2023 i 2024 roku. Komisja zajmuje się prawie 1,5 tys. spraw wykorzystywania seksualnego małoletnich do 15. roku życia, a najwięcej z nich - ok. 30 proc. - dotyczy księży.

Dotąd duchowni byli wielkimi beneficjentami przedawniania się przestępstw seksualnych na dzieciach. Zazwyczaj biskupi je tuszowali, przenosili drapieżców z parafii na parafię, a poszkodowanym zamykali usta autorytetem Kościoła. W ten sposób marnowali czas potrzebny do prawnego rozliczenia pedofilii.

W dodatku biskupi zwykle odmawiali, gdy Komisja prosiła o dostęp do kościelnych archiwów. Tym poprzedni jej przewodniczący - prof. Błażej Kmieciak - tłumaczył swoje porażki przy próbach pełnego wyjaśnienia przypadków pedofilii wśród księży.

Teraz - jak twierdzi moja rozmówczyni - Komisja nie jest już zdana na łaskę kurii diecezjalnych. Stała się quasi-sądem i ma dostęp do prokuratorskich archiwów. W wielu z tych akt są twarde dowody na winy sprawców. Dlatego zazwyczaj Komisja radzi sobie bez pomocy Kościoła. - Ich dokumenty nie są nam niezbędne do prowadzenia przedawnionych spraw - podkreśla mec. Bućko.

- Czym te krzywdy zadawane przez księży różnią się od pozostałych, którymi się zajmujecie? - pytam.

- Duchowni, zanim skrzywdzą małoletnie osoby, zazwyczaj bardzo długo je sobie zjednują. Nawiązują z nimi więź emocjonalną, aby zmniejszyć ich opór i przygotować do wykorzystywania seksualnego. To długotrwały i pełen cynizmu proces. Może trwać również dlatego, że księża budzą zaufanie rodziców. Dzieci w takich sytuacjach są osamotnione, a winy sprawców przez lata nie wychodzą na jaw. Teraz to zaczyna się zmieniać - tłumaczy mec. Karolina Bućko, przewodnicząca Komisji.

Otrzepują śledztwa z kurzu. Tutaj przedawnienie już nie działa

Gdy Bućko została przewodniczącą Komisji, skorzystała z nowych uprawnień tej instytucji. Zażądała od wszystkich prokuratur i sądów w Polsce, by przekazały akta przedawnionych i umorzonych śledztw, które dotyczyły wykorzystywania seksualnego małoletnich do 15. roku życia. Komisja dostała niemal 400 takich spraw. Otrzepała je z kurzu i zaczęła robić z nich użytek. - Wiele z nich jeszcze w tym roku skończy się kolejnymi wpisami do Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym - zapowiada.

Komisja nie tylko dostaje akta z prokuratury, ale sama odbiera zgłoszenia od poszkodowanych, którzy dzwonią i piszą, a następnie umawiają się na tzw. wysłuchanie. Niektórzy są już w podeszłym wieku. Dopiero w końcówce życia są gotowi opowiedzieć, jak skrzywdzono ich w dzieciństwie. W protokołach z takich wysłuchań w postepowaniu wyjaśniającym przewodnicząca Komisji zapisuje: "schowała twarz w dłoniach", "zaczął płakać", "mówi łamiącym się głosem".

Głos drży również Karolinie Bućko, gdy opowiada mi historie, jakie trafiają do Komisji. Większość z nich rozegrała się w domach, czyli w miejscach, które dla dzieci powinny być bezpieczne. - To nie są pałace o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych, tylko zazwyczaj małe mieszkania. Wszystko w nich słychać i widać. Także po zachowaniach krzywdzonych dzieci. Mimo to rodzice przez wiele lat nie chcą nic widzieć ani słyszeć. To mnie bulwersuje - przyznaje moja rozmówczyni.

Skrzywdzone dziecko poszło do konfesjonału. Usłyszało, że kłamie i dostało pokutę

Wiele drastycznych historii ma podobny schemat. Dziewczynka jest miesiącami czy nawet latami gwałcona przez ojca, ojczyma lub wujka. Matka nie reaguje. Pije albo łyka środki nasenne, gdy jej dziecku dzieje się krzywda. W końcu pyta wprost: "Mamo, dlaczego nic nie robisz, gdy tata przychodzi do mojego łóżka?". Słyszy zimną odpowiedź: "Jak chcesz, to zgłoś się na policję".

- Dziecko nigdy nie jest odpowiedzialne za to, że zostało wykorzystane. Również nie do niego należy zgłoszenie sprawy organom ścigania. Bo jest pod opieką dorosłego, który ma je chronić i reagować. Tymczasem często w takich sytuacjach słyszy, żeby samo sobie radziło. Czyli nie dość, że jeden z rodziców zadał córce czy synowi straszne cierpienie, to jeszcze drugi dokłada dodatkowy ból. Nierzadko w takich domach dziecku zakazuje się mówić o "rodzinnej tajemnicy". Nawet gdy mija 20 czy 30 lat, dalej trwa cisza - tłumaczy przewodnicząca Komisji.

Maluch zostaje więc sam ze swoją traumą. Gdy chce zwierzyć się księdzu w konfesjonale, niekiedy słyszy, że kłamie i dostaje pokutę. - Pięćdziesiąt lat później staje przed Komisją i o tym opowiada. Nie może powstrzymać łez - mówi Karolina Bućko.

Biorą na celownik kolejne dzieci. Korzystają z bezkarności

Pokrzywdzeni, którzy zgłaszają się do Komisji, czasem nawet nie wiedzą, że ta może wracać do spraw przedawnionych. Dlatego najpierw opowiadają swoje historie, a potem dodają zrezygnowani: "Pewnie państwo nic z tym nie zrobicie, ale przynajmniej to wiedzcie".

- Dla niektórych jest bardzo ważne, by państwowa instytucja im w końcu uwierzyła. Bardzo potrzebują poczucia sprawiedliwości. Myślę, że to niezwykle istotne w procesie ich wychodzenia z traumy. Gdy więc później dostaną postanowienie, w którym wskazujemy sprawcę ich krzywd, pokazują je wszystkim. Zwłaszcza swoim rodzinom, które często są głównymi hamulcowymi ujawniania tych koszmarów. Dalej chcą milczeć i krytykują wszystkie próby rozliczenia przeszłości - opisuje prawniczka.

Wielu poszkodowanych zgłasza się do Komisji, by uchronić innych przed drapieżcą seksualnym, który ich wykorzystał. Zdarza się bowiem, że ten dalej jest spowiednikiem, katechetą, opiekunem grupy oazowej albo trenerem. Może więc brać na celownik kolejne dzieci, bo korzysta z bezkarności, jaką dało mu przedawnienie jego sprawy.

- Porusza mnie determinacja tych poszkodowanych, bo walczą o bezpieczeństwo innych. Musieli wykonać ogromną pracę nad sobą, by pomimo traumy zgłosić się do nas. Chcą zatrzymać to zło - podkreśla moja rozmówczyni.

Żołnierz Wojska Polskiego zalał się łzami. "Zobaczyłam w nim dziecko"

Sprawcy zazwyczaj "na chłodno" słuchają o cierpieniach, jakich zadali przed laty, a później wszystkiemu zaprzeczają. Poszkodowani walczą z ogromnymi emocjami, by móc opowiedzieć swoje historie.

- Na początku, gdy objęłam przewodniczenie Komisji, chciałam przyspieszyć z jej pracami. Bo czas działa na niekorzyść poszkodowanych. Mogą nie zdążyć zaznać poczucia sprawiedliwości, ponieważ sprawcy często są w podeszłym wieku i odchodzą z tego świata. Dlatego chciałam, żeby nasza Komisja prowadziła jak najwięcej spraw w danym dniu. Przyznaję, że się myliłam. Szybko się bowiem okazało, że wysłuchania osób, które doświadczyły tak ogromnego cierpienia, trwają po 4-5 godzin. Konieczne są przerwy na opanowanie emocji. Tutaj nie da się niczego przyspieszyć, bo byłoby to bezduszne - tłumaczy.

Zwykle wybucha w nich rozpacz. Prawie nigdy gniew, choć mają do niego prawo. Na ich twarzach najwięcej jest jednak bezradności, zagubienia i poczucia niepewności sprowadzającego się do pytania: "Czy mi uwierzą?".

Karolinie Bućko zapadł w pamięci widok oficera Wojska Polskiego, rosłego faceta, który przed Komisją zalewał się łzami. - Dalej jest w nim to cierpiące dziecko, które zostało skrzywdzone. Mimo że zażywa leki i jest w terapii, to nie umie sobie poradzić z traumą. Gdy go słucham na sali posiedzeń Komisji, ukrywam swoje emocje, bo muszę być profesjonalna. Nie odczuwam ich też tak bardzo, gdy czytam akta sprawy. Dopiero teraz, kiedy o tym mówię, łamie mi się głos i mocno się wzruszam - opisuje.

Takim silnym emocjom poddawani są wszyscy członkowie Komisji, jej prawnicy, a nawet protokolanci. Dlatego moja rozmówczyni deklaruje, że za najwyżej kilka tygodni każdy z nich będzie miał bezpłatny dostęp do pomocy psychologów.

Dla nich to żadna kara. "Frustrujące"

Mec. Bućko przyznaje jednak, że czasem w tej pracy dopada ją wściekłość. Zwłaszcza gdy widzi sprawców, którzy śmieją się w twarz swoim ofiarom. Często dalej są ich sąsiadami w małych miejscowościach. Mają nad nimi przewagę, bo nie dość, że według prawa są niewinni, to jeszcze nikt nie wierzy osobom, które skrzywdzili.

- To frustrujące. Rejestr sprawców jest bardzo ważnym narzędziem do ochrony dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym, ale mam poczucie, że niewystarczającym. Na wielu z nich nie robi to większego znaczenia. Zwłaszcza na tych, którzy nie pracują z dziećmi, bo wtedy wpis do rejestru nie zatrzyma ich kariery zawodowej. Dla nich to żadna kara. A przecież krzywdzili małoletnich przez wiele lat i robili to w drastyczny sposób. W takich przypadkach mam poczucie, że sprawiedliwości nie do końca staje się zadość - podsumowuje gorzko moja rozmówczyni.

Jeśli chcesz umówić się na spotkanie z Komisją, zadzwoń na numer: 22 699 60 52.

Źródło: TOK FM