Mieszkańcy osiedla "uwzięli się" na sąsiadkę z psem. "Każdy spacer to strach"
Na jednym z osiedli na warszawskim Mokotowie trwa konflikt pomiędzy 56-letnią Anną i jej sąsiadami, szczególnie jednym z nich. Przedmiotem sporu jest pies kobiety. "Nie rozmawiam z tym gównem. Nienawidzę ich. Śmierdzą i są brzydcy" - mówi mężczyzna w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". "Każdy spacer to jest strach, co sąsiad jeszcze wymyśli. Jestem zaszczuta" - komentuje Anna.
- Anna w rozmowie z "GW" opisuje akty słownej i fizycznej agresji ze strony sąsiada. Zarząd w odpowiedzi na jej skargę odpowiedział, że "nie zajmuje się konfliktami osobowymi";
- Na zachowanie psa Anny narzekają także inni sąsiedzi. "Uwzięli się na nią" - komentuje ochroniarz z osiedla;
- Według prawniczki Beaty Siemieniako "zarząd wspólnoty nie ma środków", by chronić 56-latkę przed sąsiadem. Aktywistka Zenobia Żaczek uważa z kolei, że zarząd "wcale nie jest bezradny".
Osiedle przy ul. Bluszczańskiej jest typowym osiedlem zamieszkiwanym przez warszawską klasę średnią. Jedną z mieszkanek jest 56-letnia Anna, która cierpli na zaawansowane reumatoidalne zapalenie stawów. Towarzyszy jej pies - 12-letni niewidomy kundelek Okto.
Szczekanie psa zaczęło przeszkadzać jednemu z jej sąsiadów, który "puścił jej wiązankę" z parteru. "Zamurowało mnie, bo mówił do mnie per "k***o, 'szmato', 'je***na" - wspominała 56-latka w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Od tego momentu konflikt eskalował. Sąsiad miał dwukrotnie przejechać rowerem tuż obok niej, uderzyć ją barkiem, a w maju 2024 r. uderzyć furtką i własnym ciałem. Po incydencie zgłosiła sprawę policji i wspólnocie. "Policjanci twierdzili, że baba jest pi********ta, zawraca im d*pę i żebym z nią nie rozmawiał" - powiedział sąsiad. W piśmie od zarządu Anna przeczytała natomiast, że "nie zajmuje się konfliktami osobowymi".
Sąsiedzi skarżą się na agresywnego psa. "Ten pies ledwie chodzi"
Prokuratura umorzyła dochodzenie dotyczące gróźb, wskazując, że brak "interesu społecznego" i że dalsze działania wymagają prywatnego aktu oskarżenia. Okazało się, że sąsiad Anny nie jest jedynym mieszkańcem osiedla, który ma zastrzeżenia wobec niej i jej psa. "Pies chodzi i s*a tam, gdzie bawią się dzieciaki" - brzmi jeden z komentarzy na internetowej grupie osiedla. Pojawiają się też narzekania, że pies bywa agresywny i nie jest regularnie szczepiony. Publikowane są zdjęcia Anny i Okto, a członek zarządu udostępnia jej numer klatki i mieszkania.
Anna na oskarżenia, że nie wyprowadza psa poza teren osiedla, odpowiada, że nie pozwala jej na to ból spowodowany chorobą. Przedstawia też dokumenty szczepień.
Sąsiad, którego Anna oskarża o agresję, w rozmowie z autorką tekstu przyznaje, że "nienawidzi psów". O kobiecie wypowiada się w niecenzuralnych słowach. "Ona jest piep*****ta. Chodzi jak zombi. Jara trawę na balkonie. Siedzi w domu. Rusza się w tempie pół kilometra na godzinę. W zimie chodzi na dworze w bluzie, w lecie w puchowej kurtce. Mam ją w d**ie. Przez okno zwróciłem jej uwagę, że ma być cicho. Drugi raz już ostrzej powiedziałem: 'G**no mnie obchodzi, co masz do powiedzenia". I wtedy ona nazwała mnie gnojem, więc ją zwyzywałem" - relacjonuje.
Były ochroniarz osiedla potwierdza, że stan zdrowia Anny jest ciężki i uważa, że mieszkańcy i część zarządu "uwzięli się na nią". "Kazali nam prowadzić dziennik oddawania moczu na osiedlu. Mieliśmy wpisywać godzinę, miejsce i właściciela psa. Odmówiłem" - przyznaje. Potwierdza też, że pies "dziabnął go w nogę", bo ten do niego podszedł. "Ten pies nie może się na nikogo rzucić, bo ledwie chodzi" - stwierdza.
Kto może rozwiązać konflikt na Bluszczańskiej? "To oni mają monopol"
Adwokatka Beata Siemieniako ocenia, że wspólnota ma ograniczone kompetencje i że za ochronę obywateli odpowiada policja i wymiar sprawiedliwości. "Uważam, że zarząd wspólnoty nie ma środków, by panią Annę ochronić. Problemem nie jest to, czy pani jest właścicielką lokalu, czy najemczynią, bo ochrona obywateli niezależnie od ich statusu jest zadaniem policji, prokuratury i sądu. To oni mają monopol na zobowiązywanie jednostek do określonego zachowania" - powiedziała ekspertka i przypomniała, że popychanie to przestępstwo naruszenia nietykalności cielesnej.
Inaczej uważa Zenobia Żaczek, działaczka lokatorska i związkowa. "Zarząd wspólnoty wcale nie jest bezradny w sytuacji, gdy jeden mieszkaniec nęka drugiego. Artykuł 16. Ustawy o własności lokali mówi, że jeżeli właściciel w sposób rażący narusza zasady porządku domowego, wspólnota mieszkaniowa może żądać sprzedaży jego lokalu w drodze licytacji. To jest oczywiście sytuacja skrajna. Zazwyczaj wystarczy zagrozić takim działaniem, by zdyscyplinować krewkiego mieszkańca" - komentuje aktywistka w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Posłuchaj:
Źródło: "Gazeta Wyborcza"