,
Obserwuj
Mazowieckie

"PiS won" na elewacji kościoła Świętego Krzyża w Warszawie. Jest akt oskarżenia

2 min. czytania
26.07.2022 15:08
Jest akt oskarżenia za namalowanie napisów "PiS won" i "świeckie państwo" na elewacji kościoła Świętego Krzyża w Warszawie. Prokuratura oskarżyła dwóch mężczyzn m.in. o zniszczenie zabytku.
|
|
fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Chodzi o zdarzenie, do którego doszło w nocy z 23 na 24 grudnia ubiegłego roku. Na elewacji kościoła Świętego Krzyża w Warszawie pojawiły się napisy 'świeckie państwo' oraz 'PiS won'.

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście Północ skierowała w tej sprawie akt oskarżenia wobec dwóch mężczyzn. Mają odpowiadać z art. 108. Ustawy o ochronie zabytków ('Kto niszczy lub uszkadza zabytek, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8') w połączeniu z art. 288 Kodeksu karnego dotyczącym zniszczenia mienia. Oskarżonym może grozić kara grzywny, ograniczenia wolności, a nawet więzienia.

- Nie jestem zaskoczony tym, że jest akt oskarżenia w tej sprawie. Spodziewałem się tego, bo wcześniej dostaliśmy informację o zamknięciu śledztwa. Dalej stoję jednak na stanowisku, że jest to błędne, przynajmniej w zakresie tych zarzutów - mówi nam pełnomocnik jednego z mężczyzn mecenas Bartosz Obrębski. Akt oskarżenia został skierowany do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia.

Obrońca ma wątpliwości, czy namalowanie napisu na elewacji, który bardzo szybko zniknął, rzeczywiście można zakwalifikować jako zniszczenie zabytku. - Będziemy chcieli powołać biegłych do oceny samego budynku: czy jest to zabytek, czy elewacja stanowi element zabytku, czy naniesienie napisu w ogóle można kwalifikować jako zniszczenie. Przed nami cała batalia sądowa - zapowiada mecenas Obrębski.

Pomazana przez wandali fasada kościoła Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu
Pomazana przez wandali fasada kościoła Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Przypomnijmy, jeden z podejrzanych o namalowanie haseł trafił do aresztu. Według sądu istniała obawa matactwa. Sam podejrzany nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. - Dla mnie to pokaz siły - mówił wtedy TOK FM mecenas Obrębski. Dodawał, że mężczyzna nigdy nie był wcześniej karany. Ma rodzinę, normalnie pracuje. Złożone zostało zażalenie i sąd drugiej instancji je uwzględnił - mężczyzna opuścił areszt.

W sprawie zarzuty miała też jeszcze jedna osoba. Tu również prokuratura chciała aresztu, ale sąd - w innym składzie - się na to nie zgodził. Uznał, że nie ma podstaw do stosowania tego najsurowszego środka zapobiegawczego. Nie zastosował zresztą żadnych innych środków zapobiegawczych.

Jak informował wtedy rzecznik Komendy Stołecznej Policji nadkom. Sylwester Marczak, nad sprawą od początku pracowali policjanci pionu kryminalnego Komendy Rejonowej Policji Warszawa I. - Zabezpieczono nagrania z monitoringu. Warto zaznaczyć, że w tym przypadku straty przekraczają 100 000 zł - mówił. Prawnicy mieli jednak wątpliwości, na podstawie jakich wyliczeń policja podała tak wysoką kwotę.