,
Obserwuj
Mazowieckie

Justyna Wydrzyńska złożyła apelację. "Walka trwa. Będziemy czekać na termin rozprawy"

4 min. czytania
04.05.2023 06:47
Justyna Wydrzyńska, która w połowie marca została skazana za "pomoc w aborcji'', złożyła apelację. - Uważam, że w pierwszej instancji sędzia nie wzięła pod uwagę wszystkich okoliczności całej tej sprawy - mówi TOK FM aktywistka.
|
|
fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Justyna Wydrzyńska jest aktywistką Aborcyjnego Dream Teamu i Aborcji Bez Granic. Od 16 lat wspiera w Polsce kobiety, które potrzebują aborcji. Z różnych przyczyn i w różnych okolicznościach. W połowie marca Sąd Okręgowy Warszawa - Praga skazał ją za 'pomoc w aborcji'. Wyrok: osiem miesięcy ograniczenia wolności. Miałaby pracować społecznie po 30 godzin w miesiącu. Sąd uznał, że złamała prawo przekazaniem tabletek aborcyjnych kobiecie, która ją o to poprosiła. Kobieta ta była ofiarą przemocy ze strony swojego partnera.

Wydrzyńska od początku domagała się uniewinnienia. - Kierowała mną chęć pomocy, gdy nikt już pomóc nie chciał lub nie mógł. Dla mnie pomoc Annie była czymś oczywistym, przyzwoitym i uczciwym - mówiła przed sądem aktywistka. Wielu od początku uznawało ten proces za polityczny, brali w nim udział m.in. przedstawiciele Ordo Iuris. W opinii ekspertów chodziło o to, by pokazać, że - po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej z 2020 roku - aborcja jest w Polsce niedopuszczalna (poza ciążą z gwałtu i stanem zagrażającym życiu i zdrowiu kobiety) i że pomaganie w niej może być surowo karane. 

Będzie apelacja

Aktywistka nie zamierza odpuścić. Razem z prawnikiem właśnie wysłała do sądu swoją apelację. - Walka trwa. Będziemy czekać na termin rozprawy. Uważam, że w pierwszej instancji sędzia nie wzięła pod uwagę wszystkich okoliczności całej tej sprawy - mówi nam Wydrzyńska. 

I dodaje: "Emocje cały czas we mnie są. Kiedy sprawa dotyczy trudnych doświadczeń, które w jakiś sposób są też moimi doświadczeniami, trudno nie mieć emocji na wierzchu. Uważam, że nie należy się ich wstydzić".

- Czasami słyszę, że jestem bohaterką, ale wtedy myślę sobie: "Serio?". To wy mnie nie widzicie na co dzień. Okej, wiem, że wzięłam na siebie ciężar tej rozprawy sądowej wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Czy to jest odwaga? Nie wiem. Dla mnie ważna jest sprawa i to, aby każda osoba, która potrzebuje aborcji, ją dostała - mówi aktywistka z Warszawy. 

Justyna nie kryje, że po wyroku - choć na chwilę - wspólnie z rodziną mogła odetchnąć: od stresu, regularnych rozpraw, nerwów. Choć wiedziała, że to nie koniec i że będzie składać apelację. - Justyna jest skromną osobą, dlatego to ja powiem, że jest wspaniałą mamą, która najczęściej robi kilka rzeczy jednocześnie - odbiera telefon w sprawie aborcji, piecze ciasto i rozwiesza pranie. Poza tym ona tego nie powie, ale ja mogę: Justyna jest megaodważna. To ona w 2006 roku zaczęła pomaganie w aborcjach w Polsce. Bez Justyny nie byłoby tego wszystkiego - mówi jej przyjaciółka z Aborcyjnego Dream Teamu Natalia Broniarczyk. 

Nasze rozmówczynie podkreślają, że liczba kobiet, które potrzebują pomocy w dokonaniu aborcji, nie zmalała i wyrok z marca nic tu nie zmienił. Jak mówi Natalia Broniarczyk, telefony dzwonią cały czas, jest ich ponad 100 dziennie. - Większość to kobiety, które biorą tabletki aborcyjne. Ale jednocześnie każdego dnia siedem osób wyjeżdża z Polski na zabieg aborcji do Holandii, Belgii czy Francji, by tam dostać fachową opiekę medyczną. Mamy wsparcie finansowe m.in. od rządów francuskiego i belgijskiego. A Polska? Nie dość, że nam nie pomaga, to jeszcze kryminalizuje - mówi Broniarczyk. 

Zwraca uwagę na coś jeszcze - w rozmowach z kobietami od niedawna coraz częściej pojawia się temat biedy. Jak mówią, wysoka inflacja, kryzys gospodarczy i galopujące ceny powodują, że nie stać ich na bilet do Warszawy z miejscowości, w której mieszkają. - Ta inflacja odbija się przede wszystkim na kobietach. To one dbają o dom, to im musi wystarczyć pieniędzy na jedzenie czy na rachunki. Każdego dnia zgłasza się coraz więcej z nich, które nie ukrywają, że nie mają pieniędzy nawet na test ciążowy. Jak mówią, to dla nich ponadprogramowy wydatek, którego nie przewidziały w swoim miesięcznym budżecie. I proszą nas o pomoc - dodaje Broniarczyk. 

Jak wskazuje, można się spodziewać, że w górę pójdą też ceny aborcji. - A to oznacza, że musimy myśleć o tym, na ile zabiegów wystarczy nam pieniędzy - w szczególności na te najdroższe zabiegi, w drugim i trzecim trymestrze ciąży, kiedy kobiety mają stwierdzoną wadę płodu i na przykład odpływ wód płodowych. Niejednokrotnie musimy się zastanawiać, czy taka ciężarna przeżyje lot samolotem - mówi nam aktywistka.

- Ja się naprawdę boję - i w Aborcji Bez Granic coraz częściej o tym rozmawiamy - że ryzykowanie życiem tych kobiet, brak wsparcia ze strony polskiego rządu i opieranie się wyłącznie na solidarności międzynarodowej i darowiznach może się skończyć tym, że jakaś kobieta nie przeżyje podróży do Holandii. Umrze w trakcie ucieczki z kraju, w którym nie mogła przerwać ciąży i ratować swojego życia - mówi Broniarczyk.

Jak wyjaśnia, coraz częściej słyszy od zagranicznych lekarzy, że na aborcję wysyłane są z Polski kobiety, których stan nie pozwala na podróżowanie, bo powinny mieć zabieg przeprowadzony na miejscu. - Są takie trudne przypadki, taki stan zdrowia, że to są tykające bomby. Kobiety, które powinny mieć aborcję jak najszybciej, w lokalnym szpitalu, a nie tysiące kilometrów stąd. Tyle że to najczęściej nie wchodzi w grę - dodaje aktywistka. 

Po wyroku TK Julii Przyłębskiej z 2020 roku aborcji w Polsce prawie nie ma - tych legalnych, w szpitalach. Ale to nie oznacza, że nie ma ich wcale. Są poza granicami kraju, wykonywane dzięki wsparciu m.in. Aborcji Bez Granic. Do czasu decyzji TK co roku w polskich szpitalach przeprowadzanych było ok. 1,1 tysiąca zabiegów przerwania ciąży.