,
Obserwuj
Mazowieckie

Zamknęli dzieciakom drogę do szkoły. "Dlaczego ci państwo nas tak nie lubią?"

Krzysztof Horwat
5 min. czytania
09.10.2024 12:23
Mieszkańcy kilku domów przy ulicy Równej w podwarszawskich Łomiankach blokują dojazd do tamtejszej szkoły. Droga jest prywatna, choć w części należy też do fundacji prowadzącej placówkę. Dyrekcja obawia się, że konflikt z sąsiadami odstraszy rodziców. Dotychczasowa próba załagodzenia sporu przez miasto niewiele dała.
|
|
fot. Krzysztof Horwat, TOK FM

"Moja szkoła" to kameralna niepubliczna placówka działająca przy ul. Równej w Łomiankach od 13 lat. Uczy się w niej ok. 70 dzieci. Niemal jedna czwarta z nich posiada orzeczenie o specjalnych potrzebach edukacyjnych, część to dzieci z niepełnosprawnościami.

Przez lata placówka działała w tym miejscu bez żadnych problemów. Do momentu, gdy wprowadzili się nowi mieszkańcy, którzy - jak twierdzą przedstawiciele szkoły i rodziców - mieli namówić część sąsiadów do blokowania drogi, bo przeszkadzają im hałas i kurz. Droga jest gruntowa. Mieszkańcy od początku września - codziennie rano i po południu - zastawiają wjazd samochodem. Ostatnio zamontowali nawet szlaban, a dwa piloty do niego przekazali tylko właścicielkom fundacji.

"Prywatna sprawa"

Pewnego dnia udaję się na miejsce. Trafiam akurat na moment, gdy przed godziną 8 jeden z mieszkańców wyjeżdża z domu i stawia swój samochód przy wjeździe. Pytam o powody. Mężczyzna nie chce rozmawiać. Zamyka szybę, mówiąc jedynie, że to prywatna sprawa.

Na początku września - jak mówi założycielka i dyrektorka szkoły Renata Rejer - trzy rodziny ustawiły się przy wjeździe z samochodami, paletami, leżakami. - Była też babcia z psem. Oficjalnie najpierw mówili, że się kurzy, a rodzice przekraczają dozwoloną prędkość, choć na tej drodze nie da się jechać szybko - dodaje dyrektorka. Mieszkańcy zarzucają też szkole, że popsuła drogę przy jej wyrównywaniu.

Rodzice kontra sąsiedzi. "Dlaczego ci państwo nas tak nie lubią?"

Na razie rodzice i pracownicy placówki dojeżdżają równoległą drogą. Tam część terenu należy do miasta, bo niektóre grunty udało się wcześniej przejąć. Jednak i sąsiadom z ulicy Wyboistej zaczyna przeszkadzać większy ruch. Ta droga też jest gruntowa.

- Nie po to wyprowadzałem się z Warszawy, żeby mieszkać przy autostradzie - mówi pan Marek. Twierdzi, że rano, w ciągu pół godziny, przejeżdża tamtędy ok. 90 samochodów. Do tego dochodzi lokalny ruch, kurierzy i dostawcy. Poza tym, jak podkreśla, szkoła ma siedzibę przy ulicy Równej i z tamtej ulicy powinna - jego zdaniem - korzystać. - Ta droga nie jest przystosowana do takiego ruchu. Parapety trzeba myć co drugi dzień - skarży się pan Marek.

Kuriozalny pomysł Nycza ws. religii w szkole. Tego domaga się od Nowackiej

Jeśli sąsiedzi z ulicy Wyboistej też się zbuntują, rodzice będą musieli zostawiać samochody przy głównej drodze i odprowadzać dzieci ok. 200 metrów gruntową dziurawą drogą. Część z nich dla świętego spokoju już tak robi.

- Tu są dziury, a zimą powstają kałuże, które zamarzają, więc niedługo zrobi się po prostu niebezpiecznie - mówi Agnieszka Ludiwisiak z Rady Rodziców. W szkole ma dwie córki w drugiej klasie. - Dzieci nie czują się komfortowo, kiedy widzą, że nie są tutaj chciane. Moje córki wręcz pytają, dlaczego ci państwo nas tak nie lubią - dodaje.

- Najlepiej, żeby każdy miał helikopter, a zamiast boiska szkoła miała lądowisko, bo do takich absurdów się to sprowadza - oburza się Katarzyna Nowak, mama uczennicy szóstej klasy. - To nienormalne. Nie rozumiemy stanowiska mieszkańców. Nasze dzieci czują się zagrożone, bo nie wiedzą, o co chodzi. Nieraz już usłyszały komentarz od osób, które przywłaszczyły sobie drogę, że powinny się cieszyć, że jeszcze mogą tędy chodzić. Co jakiś czas pojawia się też starsza pani z miotłą i przegania te dzieci - relacjonuje moja rozmówczyni.

- Sąsiedzi, rozgrywając jakieś swoje interesy, traktują nasze dzieci jak zakładników - mówi z kolei Wojciech Mizerka, który ma dwoje dzieci w szkole. - Właściwie nie wiadomo, o co chodzi. Czy chodzi o drogę, czy o to, że szkoła jest zła. A może chodzi o to, żeby po likwidacji szkoły wzrosły ceny nieruchomości, które ci państwo nabyli - zastanawia się.

- Chciałbym, żeby ta edukacja odbywała się w przyjaznym środowisku - mówi Tomasz Rudyk, tata dwóch synów. Jeden z nich jest neuroatypowy. - Dla niego każda zmiana sytuacji powoduje pewne zawirowania. Odczuł już tę sytuację. Codziennie pyta, co się dzieje. Ten świat trzeba mu szczegółowo tłumaczyć - dodaje.

- Najbardziej oburzające jest to, że na spotkaniu z sąsiadami u burmistrza dostaliśmy propozycję, żeby oznakować dzieci z niepełnosprawnościami pomarańczowymi karteczkami, a do tego wyselekcjonować te 'najbardziej niepełnosprawne', które będą mogły przejeżdżać - dopowiada Agnieszka Ludwisiak.

Burmistrz proponuje rozwiązania

Władze Łomianek są w kropce, bo droga jest prywatna. Wzywane na miejsce służby też rozkładają ręce. Mówią o konflikcie sąsiedzkim i przekonują, że niewiele mogą zrobić.

Samorząd próbuje jednak pomóc. Urząd miasta zorganizował spotkanie, na którym przedstawił kilka rozwiązań. Jednym z nich jest utworzenie parkingu przy głównej drodze, skąd część dzieci mogłaby dojść te 200 metrów do szkoły pieszo. Najdalej idące rozwiązanie zakłada uruchomienie procedury wywłaszczenia.

Ratusz proponuje mieszkańcom wyasfaltowanie drogi w zamian za oddanie miastu za darmo gruntów pod inwestycję. Ci zażądali jednak pieniędzy, a na to samorząd zgodzić się nie może. - Gdybyśmy się na to zgodzili, to jak wytłumaczylibyśmy innym mieszkańcom, którzy od lat oddają nam swoje grunty pod budowę drogi, skąd taki wyłom. Dlaczego ci są lepsi i dostają pieniądze? - tłumaczy burmistrz Łomianek Tomasz Dąbrowski.

Mimo wszystko urząd rozpoczął już tworzenie koncepcji przebudowy. Ma objąć łącznie sześć ulic i powstać do końca roku. - Myślę, że w ciągu 2-3 lat bylibyśmy w stanie ten temat rozwiązać, zakładając, że jesteśmy w stanie się porozumieć z mieszkańcami, mamy zabezpieczone pieniądze i wszystko idzie zgodnie z założeniami - informuje naczelnik Wydziału Inwestycji w urzędzie Tomasz Koc.

Do tego czasu miasto apeluje do mieszkańców i szkoły o wzajemne zrozumienie i kompromis. - Powoli dochodzimy do wniosku, że tam nie ma przestrzeni do mediowania - mówi mediatorka Marzena Mazur, która wspierała szkołę podczas spotkania u burmistrza. - Oni tak naprawdę nie chcą szkoły w okolicy i nie można z nimi porozmawiać - dodaje.

Miasto planuje kolejne spotkanie w tej sprawie.