Śmierć na plebanii w Drobinie. Rodzina zmarłego o błędach w śledztwie. "Jak to możliwe?"
7 września wieczorem na plebanii parafii w Drobinie koło Płocka (woj. mazowieckie) policja znalazła zwłoki 30-letniego Konrada w mieszkaniu wikariusza Grzegorza S.. Już następnego dnia ksiądz został zawieszony w swojej funkcji i usłyszał nakaz opuszczenia parafii.
Telefon należący do Konrada odebrał Grzegorz S. 'Brzmiał bardzo dziwnie'
Rozmówcy WP opisali, co działo się tuż przed tragedią. Jeszcze w piątek wieczorem (6 września) Konrad rozmawiał przez telefon ze swoją matką, mieszkającą w niewielkiej wsi na Mazowszu oddalonej o 20 km od Drobina. Mężczyzna miał tam przyjechać, tak jak robił to co drugi weekend, ale nie zjawił się.
W sobotę około godz. 9 ojciec próbował dodzwonić się do 30-latka, ale bez skutku. Około godz. 16.30 telefon syna odebrał obcy mężczyzna, który przedstawił się jako Grzegorz. - Tata rozłączył się, myślał, że to pomyłka, bo głos brzmiał bardzo dziwnie. Spróbował zadzwonić kolejny raz jednak znów bezskutecznie - opowiadała w rozmowie z WP pani Jolanta.
Zaniepokojeni bliscy Konrada zdecydowali się pojechać do mieszkania Konrada w Kutnie. Sąsiad mężczyzny ostatni raz widział go poprzedniego wieczora, gdy wychodził spakowany z domu.
- Cały czas się martwiliśmy. Jednocześnie widzieliśmy, że Konrad co jakiś czas miał aktywny status w messengerze na Facebooku. Napisaliśmy do niego wiele wiadomości. Co prawda żadna nie została odczytana, ale profil był aktywny - mówiła siostra zmarłego.
Rodzina Konrada sprawdziła szpitale i pojechała na policję, by zgłosić zaginięcie 30-latka. Jak przyznała pani Jolanta, do zgłoszenia jednak nie doszło. - Po rozmowie z policjantem się wstrzymaliśmy. Zmyliła nas aktywność na messengerze - powiedziała kobieta.
Następnego dnia, w niedzielę, rodzina zmieniła zdanie i ponownie pojechała na komisariat, ale ten okazał się zamknięty. - W dodatku minęliśmy się z radiowozem, który jechał do domu rodziców z informacją o śmierci - relacjonowała siostra.
'Dlaczego nikt do nas nie zadzwonił?'
Bliscy Konrada dowiedzieli się o jego śmierci 18 godzin po tym, jak stwierdzono jego zgon. - Totalnie tego nie rozumiemy, bo on miał przy sobie kartę ICE z numerami telefonów do najbliższych. Jak to jest możliwe, że na plebanii pojawiła się rodzina wikariusza i biskup, a my odchodziliśmy od zmysłów. Dlaczego nikt z plebanii, czy policji do nas nie zadzwonił? - pytali.
Już po przybyciu do Drobina rodzina Konrada spotkała proboszcza ks. Ryszarda Kruszewskiego. "Miał powiedzieć, że auto, którym przyjechał Konrad, widzi po raz pierwszy" - czytamy.
Ksiądz przyznał też, że wikariusz nie pojawił się na mszy o godz. 16. Zjawił się w kościele dopiero o 17., by odprawić ślub. Jak relacjonowano pani Jolancie, ceremonia trwała tylko kilkanaście minut, a zachowanie Grzegorza S. wydało się parafianom "bardzo dziwne".
- Proboszcz powiedział nam, że Konrad leżał w łóżku ubrany w spodenki. Nie miał koszulki. Jak wikariusz wrócił ze ślubu, kazał gosposi dzwonić po pogotowie. Na plebanię przyjechał biskup, który wydał polecenie, by zadzwonić po rodzinę księdza. Przyjechali go zabrać jeszcze tego samego dnia - opowiadała siostra zmarłego.
'Zwłoki oddano nam w masakrycznym stanie'
Zwłoka w przekazaniu informacji o śmierci 30-latka rodzinie to nie jedyny błąd służb. Okazało się bowiem, że rzeczy osobiste Konrada nie zostały zabezpieczone, a telefon, kosmetyczka i klucze zniknęły. Gdy rodzina zmarłego skontaktowała się z mecenasem, okazało się, że przedmioty te są w posiadaniu wikariusza Grzegorza S.
- Po kilkunastu dniach przyszły w paczce z adnotacją od kancelarii reprezentującej księdza, że prokuratura nie zabezpieczyła ich w miejscu zdarzenia. Jak to jest możliwe? - dziwi się pani Jolanta. Co istotne, telefon był zresetowany do ustawień fabrycznych i owinięty taśmą.
- Naprawdę jest tutaj wiele rzeczy do wyjaśnienia. Nie znamy godziny śmierci Konrada. Rzeczy z jego służbowego auta śledczy odesłali do firmy, zamiast do rodziny. Czy sprawdzono kiedy ostatni raz uruchamiano auto? Jak pytaliśmy, czemu nie poinformowano nas wcześniej o śmierci, to prokurator stwierdził, że 'nie ma takiego obowiązku'. Zwłoki oddano nam w masakrycznym stanie. Po sekcji nie były odpowiednio zabezpieczone - mówiła siostra Konrada.
Rodzina zmarłego w domu wikariusza mężczyzny chce wiedzieć, co się stało w nocy z 6 na 7 września. Do tej pory WP nie udało się uzyskać komentarza ani od Prokuratury Rejonowej w Sierpcu (której zakazano rozmawiać z mediami o tej sprawie), ani Prokuratury Okręgowej w Płocku. Kuria Płocka również milczy.
Grzegorzowi S. nie postawiono zarzutów. W śledztwie ma status świadka. Domaga się od władz kościelnych przeprosin i zadośćuczynienia. Biskupi dążą jednak do tego, by przenieść S. w stan świecki.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>